MATRIX - sto lat później  zobacz opis świata »

Dopis 1: Andrzej! Laura omal nie przewróciła...

 

Klonus 14

Od: 04.10.2006,aktywny: dawno temu

Tekstów: 4,

Dopisów: 36,


- Andrzej! - Laura omal nie przewróciła się lądując niepewnie tuż koło wielkiego klimatyzatora.

- Poradzi sobie - żelaznym uściskiem Paweł podniósł ją na nogi i rzucili się wzdłuż dachu by dogonić resztę grupy. Pierwsi z niej już skakali na kolejny budynek.

Młodzi sprinterzy, jak siebie nazywali, rzeczywiście mogli sobie poradzić w momencie, gdy się rozdzielili. Każdy miał przy sobie komórkę z numerem centrali, z której dowiedział się, jak wrócić do reala. Tym razem jednak gonił ich agent, a to już nie to samo.

Kula świsnęła tuż przy głowie Laury. Adrenalina nie pozwalała jej się jednak zatrzymać. Była już w locie i po wylądowaniu na następny dach płynnie przeszła w bieg ku kolejnej krawędzi. Zdążyła przy tym wyprzedzić Karola. Nie był tak wprawnym biegaczem. Tak naprawdę tylko kilka razy był w Matrixie, a tu nagle ten agent.

Nie czuł nóg od biegu, nie czuł płuc. Wiedział, że jeśli stanie, ani się nie ruszy, ani nie zdoła nawet nabrać wdechu. Biegł więc pchany instynktem i świszczącymi w powietrzu kulami.

Wtem coś chwyciło go za nogę. Spojrzał w dół jedynie po to, by zauważyć piorunochron, którego wcześniej nie widział. Z nogą zahaczoną o drut przekoziołkował poza krawędź dachu. Rękoma starał się panicznie chwycić czegokolwiek. Dłoń trafiła na coś twardego. W pierwszej chwili zimne, naraz zalało wnętrze zaciśniętej dłoni ogniem. Puścił. Usłyszał stuk, jakby pękała bardzo wielka bańka i znalazł się w mieszkaniu.

Później uświadomił sobie, że chyba w locie chwycił rynnę, obrócił się na niej i wpadł przez okno do pomieszczenia na ostatnim piętrze. Teraz jednak nie zastanawiał się nad tym. teraz trzeba było uciekać. Ruszył pędem do drzwi.

Zbiegł klatką schodową na sam dół. Ręka znów zaczęła go piec. Dopiero teraz zauważył, że była cała we krwi. Spojrzał po sobie. Skórzana kurtka uchroniła go od większych obrażeń w związku z przebijaniem się przez okno, lecz z lewego ramienia sterczał całkiem spory kawałek szkła, a nieznośne swędzenie na szyi i czole świadczyć mogło, że nie obyło się bez zadrapań.

Wybiegł na podwórze. Pierwsze kilka panicznych spojrzeń skierowane we wszystkie strony na raz dało kruche zapewnienie, że w okolicy nie ma nikogo w białej koszuli i czarnym garniturze. Gdy się uspokoił nieco, zauważył, że przygląda mu się chińczyk. Azjata podszedł do niego i powiedział:

- Wyrocznia cię oczekuje.

- Co? - odparł zdyszany Karol rozglądając się wciąż na boki.

- Choć za mną - powiedział tamten i powolnym krokiem ruszył ku jednym z drzwi wychodzących na podwórze. Karol, zagubiony, przestraszony, zmęczony a nade wszystko zbity z jakiegokolwiek tropu, ruszył za nim.

Po chwili, gdy obaj już znikli z podwórza, drzwi, którymi Karol dostał się na nie, znów się otworzyły. Stanął w nich postawny mężczyzna z białej koszuli, czarnym garniturze i ciemnych okularach. Rozejrzał się, powiedział coś do mikrofonu w mankiecie marynarki i wrócił skąd przyszedł.
 
1
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 9

Wow, zapowiada się bardzo ciekawie :) Pomysł fajny, pierwszy wpis inspirujący, jedynie Chińczyk tak nagle wyskakujący z krzaczorów trochę wytrąca z równowagi;)

Trzymam kciuki za opowiadańsko.

Tekst mnie poruszył do tego stopnia, że musiałem sięgnąć po ogórka i go zjeść.
Dobrze, że każdy miał przy sobie telefon z numerem do centrali, uff.
I te świszczące kule, niczym uciekające świerszcze w letni deszcz.
Ten Chińczyk jakiś mizerny. Dobrze że zdążyli do szkoły, na zakończenie roku szkolnego, mężczyzna w białej koszuli i czarnym garniturze to dyrektor?

Chińczyk wyszedł rzeczywiście nieco sztucznie, ale jakoś nie miałem lepszego pomysłu na wprowadzenie Serafina (o ile dobrze pamiętam imię). Był pomysł, by bohater od razu wpadł na Wyrocznię, ale wyszłoby to jeszcze gorzej.

A co do ogólnodostępnego telefonu, to zawsze się zastanawiałem, czemu w Matrixie tak się ograniczali pod tym względem. Neo zabrał ze sobą uzbrojenie całej polskiej armii, a na komórkę stać było jedynie Trinity. Nawet jeśli miało to jakiś sens (którego nie dostrzegam), to wątpię, by tej przyjemności odmówiła sobie grupa nastolatków biegająca dla zabawy po mieście.
No i rozwiązuje to problem wydostania samotnego bohatera do reala.

Tekst byłby wiarygodny, gdyby do Wyroczni prowadził obywatel Boliwii.

Może Ci się wydaje, że żartuję, ale naprawdę uważam, że Boliwijczyk miałby tu większe pole do popisu. To trochę tak jak w grze w szachy, trzeba przewidywać ruchy naprzód i wybrać najlepszy wariant. Obstawiam Boliwię.

Ja w takim razie obstawiam Wenezuelę. Jest tam więcej gangsterów i muzyków ulicznych. Wenezuelczyk miałby tu większe pole do popisu. To trochę jak w grze na skrzypcach, trzeba wyczuć w sobie muzykę, by móc ją uzewnętrznić;)

Trzeba by zapytać Wyrocznię, kto ma do Niej prowadzić. Ale ktoś musi do Niej doprowadzić, żeby Ją zapytać. Pan Boliwijczyk musi się w sobie skupić, nie wiem czy jest już dość dobrze wykształcony, żeby osiągnąć odpowiedni stan skupienia i mimo hałasu ulicy odnaleźć właściwy trop (przy całym szacunku dla skrzypienia)

Zastanawiająca konkluzja, Klonusie, jeżeli Nemo zabrał ze sobą uzbrojenie całej polskiej armii, dlaczego, biorąc pod uwagę nasze wspaniałe, kawaleryjskie tradycje, nie zabrał ze sobą koni?

Ja bym wziął.

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.