Trójkąt Bermudzki.  zobacz opis świata »

Dopis 11: Ashton rozlepił leniwie powieki ....

« poprzedni dopis
 

Aletheia 112

Od: bardzo dawna,aktywny: ostatnie 2 miesiące

Tekstów: 0,

Dopisów: 188,


***
Ashton rozlepił leniwie powieki. Zasłonił machinalnie uszy, słysząc metaliczny dźwięk stukania o kraty.
– Obudź się Święty Królu – dojrzał suchą sylwetkę kobiety, o brzydkiej, pomarszczonej, choć nadal młodej twarzy, krzywych zębach i zapadniętych oczodołach.
Mężczyzna rozejrzał się. Nadal leżał na stercie siana, na której umosił się wieczorem, w tej samej pozycji, w której zapadł w błogi sen. Czy oznaczało to, że wszystkie nocne zdarzenia były jedynie omamem? Może tylko niektóre z nich? A może właśnie teraz śnił? Może ten cały przeklęty świat był jedynie majakiem jego umysłu? Ashton nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań. Spróbował wstać. Zakręciło mu się w głowie, kiedy starał się utrzymać równowagę. Czuł się psychicznie wycieńczony, niepewny wszystkiego co widział, czy odczuwał. Niczym schizofrenik podczas swej szalonej wizji.
– Kim jesteś? – wysyczał. Zmrużył oczy, spoglądając w kierunku kobiety.
– Nie obawiaj się Święty Królu. Jestem tu po to, by cię zaprowadzić do Heliotty.
– Ach tak. – Ashton posłusznie przeszedł przez kraty, podążając za niewiastą przez ciemne korytarze. Kobieta niosła nad dłonią jedną z onych świetlistych kul, które widział uprzedniego dnia przy ścianach.
– Słyszałaś może o Artemis? – zapytał po chwili zamyślenia.
– Tak. – Dziewczyna wyglądała na zdziwioną. – Mieszkała niegdyś w tej samej celi, co ty Święty Królu. Pamiętam ją. Była bardzo smaczna.
– Jak dawno została zjedzona?
Niewiasta tylko poruszyła ramionami.
– Nie wiem. Nie umiem liczyć.
Ashton podążał nadal za kobietą, zamyślony. Widział mijające go w milczeniu niewiasty, witające go skinieniem głowy i złożeniem rąk, jak gdyby był ważną osobistością, nie zaś ofiarą obrzędową. Westchnął ciężko, zrezygnowany. Nie wiedział nawet ile pozostało mu czasu, zanim zostanie brutalnie zgwałcony, okaleczony i pożarty żywcem. Spojrzał na łyse kobiety bez rąk, oczu, z wybitymi zębami, kalekie, brudne, bose, wychudzone i zastanawiał się co jest lesze: życie tutaj, w znoju, cierpieniu, poddanym pracy ponad siłę, czy szybka choć bolesna śmierć.
– Dlaczego dziś nie przyszła po mnie Kakarotta? – zapytał, nie licząc nawet na odpowiedź.
– Nie wiem – kobieta odwróciła się lekko, posyłając mu swe spojrzenie. – Kakarotta to twoja córka, prawda? Jest bardzo podobna do ciebie.
Ashtona przeszył niemiły dreszcz. Stanęła mu przed oczyma niewinna Susie, przemieniająca się w ułomną Kakarottę. Rzeczywiście podobieństwo między dziewczynkami było bardzo widoczne.
– Jak mogę być jej ojcem? – wypowiedział machinalnie, bez cienia uczuć. – Przecież to nielogiczne. Ona jest córką Gigerotty. Mój Siralion i jej Salingon, czy jak wy to zwiecie się jeszcze nie połączyły. Więc nie jest możliwe aby Kakarotta była moją córką!
Kobieta zaśmiała się.
– To ty mówisz nielogiczne rzeczy, Święty Królu – stwierdziła. – Cóż za niską cywilizację reprezentujesz, by nie rozumieć tak prostych spaw?
Ashton westchnął, zrezygnowany. Nie widział sensu dłuższej dyskusji z tą niewiastą i tak już dość go wystraszyła. Nie chciał dłużej wysłuchiwać podobnych przypuszczeń. Miał cichą nadzieję, że za chwile po prostu otworzy oczy i znajdzie się w domu, lub chociażby znów na morzu, w swym statku.
– Jesteśmy na miejscu – zatrzymała mężczyznę, przed sporej wielkości, metalowymi drzwiami. Skinęła w ich kierunku i pokłoniła się, składając ręce. – Oto siedziba Heliotty, poczekam tu i dopilnuję, by nikt wam nie przeszkadzał, wybierać godne Świętego Króla odzienie.

***
Charlotta dostrzegła, iż drzwi sypialni córki są otwarte na oścież. Spojrzała wymownie na Susie, jedzącą właśnie budyń na śniadanie i cierpliwie, współpracując z balkonikiem, dotarła do wejścia pokoju.
– Kochanie, nie ma już Arnolda? – zapytała zdziwiona, nie widząc kochanka córki, który zawsze pozostawał przynajmniej do południa.
– Nie chcę go znać… – Charlotta stała zaskoczona. Nigdy jeszcze nie widziała swej córki w takim nastroju, bladej, rozczochranej, z podkrążonymi oczyma.
– Ty płaczesz? – wydusiła z siebie, troskliwym głosem. Starała się, niezdarnym krokiem, dotrzeć bliżej.
– Dziś rano dzwonili ze straży morskiej – odpowiedziała zwięźle. – Mówili, że Ashton… że on… – głos kobiety załamał się po tych słowach.
– Mówiłam ci babciu? – Charlotta dopiero teraz uświadomiła sobie, że Susie musiała słyszeć rozmowę. – Mówiłam ci? Tatuś jest w klatce i trzeba go uwolnić.
– Susie, nie teraz – ucięła Charlotta. – Idź się pobawić do swojego pokoju, kwiatuszku, potrzebuję porozmawiać z mamusią.
– Ale babciu, później spróbujemy przywołać tatusia tą metalową, prążkowaną płytką, za pomocą której wywoływaliśmy kiedyś duchy?
Po plecach Charlotty przeszedł lodowaty dreszcz.
– Susie, dość! – Krzyknęła, wyraźnie wzburzona – Nie waż się dotykać tej płytki, szukać jej, ani nawet myśleć o niej! A teraz zostaw mnie samą z mamą. Tatuś na pewno zabłądził na morzu i się znajdzie!
 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 0

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.