‘’Biedronka’’ – mekka dla ubogich i nie tylko.
Ostatnio, w mojej małej miejscowości, było święto. Na ten moment czekały z rozrzewnieniem hordy ludzi na czele z domowymi gospodyniami. Albowiem otwarto dyskont, gdzie ‘’każdego dnia są najniższe ceny’’, ‘’taniej nie kupisz’’, ‘’wszyscy kibicujemy reprezentacji’’.
Kilka dni przed startem dało się wyczuć atmosferę podniecenia. W wielu domach kalendarze ukazywały tę datę na czerwono. Ludzie zaczęli planować wolny dzień od pracy, aby załapać się na mega promocje. Rzecz jasna rozumiem tych, którym się gorzej powodzi i widzą szansę na tanie zaopatrzenie się w żywność. Ale nie jestem w stanie pojąć tego, dlaczego ludzie, którzy mają grubszy portfel też fascynują się tego typu wydarzeniem i pędzą swoimi zachodnimi samochodami na zakupy. Oszczędność? Psychologia tłumu? Jak to sklasyfikować?
W dzień otwarcia przechodzę obok całego ‘’widowiska’’. Idę na przystanek. Nie myliłem się. Mnóstwo ludzi już od samego rana koczuje w autach przed marketem. Myślę sobie - żenada..
Wracam z pracy. Najpierw mijam sklep, który do tej pory był największy i bezkonkurencyjny. Pięć samochodów na krzyż, w tym auto właściciela. W godzinach, w których zawsze było tam tłoczno. Dochodzę do Biedronki. Jak było rano, tak i jest wieczorem. Od kolegi dowiaduje się, że była jakaś stłuczka, że ktoś wylądował w rowie i widać tylko dach, że ktoś ma złamaną rękę, bo walczył o pozycję wyjściową, że w ogóle to jeden wielki bajzel. I przypomina mi się skecz kabaretu Ani Mru Mru, gdzie wszyscy pchają się do drzwi marketu, inwalidzi na wózkach, młodzi, starzy, etc. A nie można by tak było po ludzku jakoś? A tak w ogóle to nie można by tego wydarzenia zbojkotować? To by dopiero heca wyszła! Osrać ich i kupować u małych sklepikarzy. Niestety ludzie mają sklerozę. Zapomniano już, jak ten ‘’dobroczynny’’ dyskont traktował pracowników…
Ostatnio, w mojej małej miejscowości, było święto. Na ten moment czekały z rozrzewnieniem hordy ludzi na czele z domowymi gospodyniami. Albowiem otwarto dyskont, gdzie ‘’każdego dnia są najniższe ceny’’, ‘’taniej nie kupisz’’, ‘’wszyscy kibicujemy reprezentacji’’.
Kilka dni przed startem dało się wyczuć atmosferę podniecenia. W wielu domach kalendarze ukazywały tę datę na czerwono. Ludzie zaczęli planować wolny dzień od pracy, aby załapać się na mega promocje. Rzecz jasna rozumiem tych, którym się gorzej powodzi i widzą szansę na tanie zaopatrzenie się w żywność. Ale nie jestem w stanie pojąć tego, dlaczego ludzie, którzy mają grubszy portfel też fascynują się tego typu wydarzeniem i pędzą swoimi zachodnimi samochodami na zakupy. Oszczędność? Psychologia tłumu? Jak to sklasyfikować?
W dzień otwarcia przechodzę obok całego ‘’widowiska’’. Idę na przystanek. Nie myliłem się. Mnóstwo ludzi już od samego rana koczuje w autach przed marketem. Myślę sobie - żenada..
Wracam z pracy. Najpierw mijam sklep, który do tej pory był największy i bezkonkurencyjny. Pięć samochodów na krzyż, w tym auto właściciela. W godzinach, w których zawsze było tam tłoczno. Dochodzę do Biedronki. Jak było rano, tak i jest wieczorem. Od kolegi dowiaduje się, że była jakaś stłuczka, że ktoś wylądował w rowie i widać tylko dach, że ktoś ma złamaną rękę, bo walczył o pozycję wyjściową, że w ogóle to jeden wielki bajzel. I przypomina mi się skecz kabaretu Ani Mru Mru, gdzie wszyscy pchają się do drzwi marketu, inwalidzi na wózkach, młodzi, starzy, etc. A nie można by tak było po ludzku jakoś? A tak w ogóle to nie można by tego wydarzenia zbojkotować? To by dopiero heca wyszła! Osrać ich i kupować u małych sklepikarzy. Niestety ludzie mają sklerozę. Zapomniano już, jak ten ‘’dobroczynny’’ dyskont traktował pracowników…


