Zwierze prastare  zobacz opis świata »

Dopis 40: Biegł wąskimi , brukowanymi uliczkami...

« poprzedni dopis
 
***

Biegł wąskimi, brukowanymi uliczkami, rozbryzgując kałuże i potrącając ludzi. Skręcił w prawo i dobiegł do końca alejki. Był na Picadilly Circus. Omiótł wzrokiem ten potężny węzeł komunikacyjny i ruszył w stronę Shaftesbury Avenue, ulicę ukończoną ledwo rok temu, skręcił w prawo w Rupert Street i truchtem dotarł do małego podwórka. Tam przystanął i usiadł na stopniach w bramie starej kamienicy. Zatopił zlaną potem twarz w dłoniach i głośno oddychał.

- Miałem ją... - bełkotał. - Miałem jej ciało... słyszałem serce, czułem krew... Czułem to! Znów są tak blisko! Ona jest taka piękna! A oni tacy ohydni! Wszyscy! Co ja pieprzę?! Opanuj się, człowieku, tracisz zmysły! - wstał gwałtownie i zaczął chodzić w koło, gestykulując i co chwila, przygładzając sobie włosy. - Dlaczego tak bardzo tego chcę?! Dlaczego tak bardzo chcę ją...

- Ej ty! - odwrócił się. - Tak, ty! Czy to nie za ładna okolica na takiego chłoptasia, jak ty? - z cienia wyszło dwóch mężczyzn. Mieli na sobie brudne marynarki i luźne spodnie ciasno spięte w pasie kawałkiem sznurka. Jeden z nich czubkiem noża poprawił sobie ciemnozielony beret. Drugi uśmiechnął się i ukazał parę nadgnitych zębów.

- Czego chcecie? - zapytał wyrwany z amoku. Zaczęli leniwie podchodzić. - Zapytałem czego panowie chcą? - podniósł głos i poprawił surdut, chwytając za klapy.

- Panie, czy to nie oczywiste? Wyskakuj pan z funciaków, albo pochlastamy pana, jak ten z gazet.

- C-co? Jaki z gazet? - zmarszczył brwi i zrobił krok w kierunku oprychów. Ci przystanęli, jakby zbici z tropu.

- No jak to jaki? - zaczął ten niższy. - W gazetach gadajom ło kolejnym morderstwie, panie. Znaleźli jakąś w dokach. Zaciukał ją i łostawił u ryb - zarechotał. - My też pana tak załatwimy, jak nie wyskoczysz pan z kasy. Tak przytniemy, że wyzionie pan ducha łodrazu. Wie pan, tak precyzyjnie, jak to gadają. - Ledwo zamknął jadaczkę, rzucił się do przodu z nożem. Drugi zaczął zachodzić ich od boku. Mężczyzna w surducie uchylił się przed pierwszym ciosem i niczym wąż, jego ręka wystrzeliła do przodu i zakleszczyła się na przegubie bandyty. Szarpnął mocno i wytrącając oprycha z równowagi, wbił mu kolano w splot słoneczny. Wciągając spazmatycznie powietrze, upadł na ziemię. Szybko odwrócił się do drugiego i nie czekając na jego ruch, chwycił go za gardło i rękę, i rzucił go na ścianę. Ten zaczął kopać i wyrywać się. Nóż śmignął pod okiem, zostawiając krwawą pręgę. Piekący ból rozszedł się po twarzy. Ryknął wściekle i rzucił łachmytą jak kukłą. Odbił się od bocznej ściany i rozłożył na mokrym bruku.

- Hm. – prychnął i splunął, ocierając ranę.

 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 3

:P prezent. Za sytuację

*...za gardło i rękę [,] i rzucił go na ścianę...



Bardzo fajny wpis :)

Jeden pluskik za znajomośc Londynu. Jak sie kiedys zgubie to napisze do Ciebie, wtedy bedzie jak GPRS ;P

Drugi plusik za realizm i niesamowicie barwne i plastyczne opisy ;)

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.