Bracia

AgAp

Od: 20.03.2011,aktywny: dawno temu

Tekstów: 1,

Dopisów: 0,


Opis świata:

dwaj bracia - jeden wychowany na książęcym dworze w mieście, drugi w wiejskich warunkach zamieniają się ze sobą?
rozdział 1 i co dalej

Mer z ciekawością przyglądał się tej nieznanej, północnej krainie.
Zanim tu dotarł, wyobrażał sobie pusty, skalisty krajobraz. Jednak Tana była krainą zieloną, choć pozbawioną lasów i bujnych łąk. Na cienkiej warstwie gleby rosło jednak bogactwo małych roślinek o twardych gałązkach i liściach. Ciekawa była różnorodność ich form, kolorów małych kwiatków i owocków.
Pasły się na nich tutejsze zwierzęta- okryte długą, grubą sierścią owce o wiele większe od znanych im owiec, i kuce, o wiele mniejsze od koni, lecz równie silne. Mer gratulował sobie pomysłu przesiadki na tutejsze wierzchowce- nie mieliby paszy dla swoich koni.
Ciekaw był, jak oni przerabiają tę wełnę. Może i dla jego ludzi dobre byłyby takie opończe, nie krepujące ruchów lecz chroniące przed chłodem? Przewodnicy poruszali się w nich bardzo zgrabnie.
Prowadzili ich cieniami ścieżek, nie różniącymi się dla niewprawnego oka od szlaków zwierzęcych czy nawet śladów po spływającej wodzie. Merowi czasem zdawało się, że okrążają po dwa razy te same stosy porośniętych krzewami głazów, zwane tu górami, ale w końcu przewodnicy też mieli prawo do swoich tajemnic. Dopóki czuł się wśród nich bezpiecznie.

Tak, czuł się tu o wiele bezpieczniej niż w stolicy. Wprawdzie nigdy nie mógł do końca ufać swoim ludziom, jednak po paru dniach pobytu w obcym kraju wszystkie ewentualne waśnie musiały zostać odłożone. Teraz wszyscy musieli ufać sobie nawzajem, by wyjść stąd cało. Problemy mogą zacząć się dopiero wtedy, gdy będą przekonani, że pokonali niebezpieczeństwa.

Przewodnicy zapewniali, że o tej porze roku raczej nic im nie grozi- ani kąśliwe owady, ani burze śnieżne, ani głodne drapieżniki. Kazali im jednak zachowywać się cicho i polować tylko za pomocą łuku.
Raz czy dwa Mer widział z dala jakby uprawne poletka, ogrodzone płotami z cierni, ale zaraz skręcali w skały. Nie chciano im pokazać wiosek, co było zresztą zrozumiałe. Mer jednak zaskoczył przewodników przy posiłku.
- My też chętnie zjedlibyśmy chleba i kaszy, i uczciwie zapłacili- stwierdził.
Po krótkiej naradzie, oszczędnymi gardłowymi słowami, jeden z ludzi ściągnął z rożna jedną pieczeń i zniknął za skałami.
Na następny posiłek był świeży chleb a w południe pojawiły się małe gliniane garnczki kaszy z mięsem i jarzynami. Przewodnicy z większym szacunkiem spoglądali na Mera, mówiąc coś między sobą.
Pociągnął więc tą grę dalej.
- Znalazłem klamrę, którą zgubiłem dwa dni temu. Myślałem, że już nie odzyskam, ale chyba nie z powodu klamry chodzimy w kółko?- zapytał następnego ranka. Co prawda przewodnicy zwykle dokładnie sprawdzali teren i zacierali ślady, lecz Mer zdołał ich przechytrzyć ukrywając sprzączkę.
- W okolicy krąży niedźwiedź, chcemy uniknąć z nim spotkania- odpowiedzieli mu natychmiast.
- Potrafimy zabić niedźwiedzia- odparł tak samo Mer, zwołując swoich ludzi.
Trzej przewodnicy spojrzeli na starszego. Nie mówił on ani słowa w języku przybyszów i zachowywał kamienną twarz, ale z kierunku spojrzeń można było wyczytać, że to on podejmował decyzje. Teraz też porozumieli się jakoś.
- Przygotujmy się na niedźwiedzia- ostrzegł swoich rycerzy Mer.

Górski niedźwiedź okazał się mniejszą, lecz szybszą i bardziej drapieżną bestią, niż znane im wielkie, ciężkie nizinne niedźwiedzie. Poharatał trzech ludzi, nim go pokonali, niszcząc doszczętnie skórę. Przewodnicy walczyli razem z nimi i jeden z nich też był ranny.
Starszy obejrzał rannych, raz jeszcze spojrzał na ciemniejący od rana dziwny pas chmur- ciemnych, lecz poprześwietlanych smugami światła- i zdecydował o zejściu do wioski.

Wioska była całkiem niedaleko, lecz niewidoczna pośród skał. Obejścia oplecione były chrustem a niektóre domki wręcz pokryte były darnią. Były to najcieplejsze, zimowe kryjówki, doskonale izolowane zarówno od mroźnego powietrza, jak i od przemarzniętej ziemi.
Teraz jednak wiele czynności wykonywano w obejściu. Stały tu murowane letnie piece, w których grzano też wodę na pranie i kąpiel. To, co uderzyło podróżnych, to czystość i porządek. Każda czynność miała swoje miejsce. Pod stołem, na którym przygotowywano jedzenie, stał pojemnik na resztki. Wykładane deskami ścieżki prowadziły do kolejnych pomieszczeń i zagród. Przed domem mieszkalnym ganek na okrycie i obuwie. Nawet biegające po obejściach psy i dzieci miały swoje miejsca do których uciekały skarcone.
Gospodynie w codziennych, lecz zdobionych powtarzalnymi wzorami ubraniach popatrywały na nich ciekawie, nie odrywając rąk od roboty.
Bardziej czuli niż widzieli obecność mężczyzn za okiennicami wyższych frontowych pomieszczeń.
Rannych zabrano zaraz do domu kogoś, kto zajmował się uzdrawianiem, o czym świadczyły porozwieszane pęki ziół, a pozostałych rozdzielono po kilku w poszczególnych domostwach. Nie było tu chyba żadnego dużego pomieszczenia dla całej wsi. Jednak i na taką okoliczność Mer przygotował swoich ludzi, ustalając zawczasu sygnały gwizdami i światłem.
W domu, do którego wszedł Mer ze swymi dwoma towarzyszami, wskazano im miejsce na bagaże i zaproponowano łaźnię.
Ciepła kąpiel byłaby ogromną przyjemnością, lecz Mer oglądał dokładnie całe pomieszczenie, poprzedzielane chruścianymi ściankami.
- Nie bój się, nie bój, nikt nie zrobi krzywdy obcym w swoim domu- usłyszał niski, lekko przeciągły głos. Do pomieszczenia wszedł, na wpół rozebrany jak i Mer, człowiek niższy od niego i smaglejszy, lecz doskonale podobny. Poruszał się wolno i czujnie, a gęsta broda nadawała mu starszy wygląd, choć był przecież młodszy od Mera.
- Szukałeś mnie przecież, co?- dodał, podchodząc do balii.
Ludzie Mera zawahali się przy drzwiach. Odprawił ich ruchem głowy. Przez chwilę zbyt wiele uczuć dławiło mu gardło. Wspomnienie jakiegoś głosu, zapachu, uczucia. Cień matczynego głosu, zapachu…
- Czekałeś, aż ci zabiję niedźwiedzia- odrzekł wreszcie.
- Tak, nie sądziłem, że tak go poharatasz- Wem miał czas przygotować się do tej rozmowy, Mer musiał pokonywać zaskoczenie.
Jego brat dolał gorącej wody, zrzucił koszule i wszedł do balii. Mer wolał zimniejszą kąpiel, lecz zrobił to samo. Udo Wema przecinała brzydka blizna.
- Uczyłem się jeździć konno w opłotkach- wyjaśnił.
- Te koniki skaczą w ogóle?- zdziwił się Mer.
- Właśnie nie- nie zdołał ukryć uśmiechu Wem.
- Mnie posadzono na konia po zbyt obfitym obiedzie, w otoczeniu dworu i dam- wspomniał Mer.
- Tak, byłeś ślicznym paniczykiem- mruknął już bez uśmiechu Wem.
- A ty młodym wilczkiem. I zazdrościliśmy sobie nawzajem- dworu i swobody. Ojca i matki. I albo tak pozostanie nadal, i ci, którzy nas rozdzielili będą korzystać z naszej słabości, albo my zdecydujemy inaczej i będziemy silni- znalazł wątek swej przemowy Mer.
- Mnie tu jest dobrze. Nie wciągniesz mnie w żadne swoje wojenki- zaoponował Wem.
- A jednak pozwoliłeś mi aż tu przyjechać. Ciekawy jesteś świata, którego cię pozbawiono- zbił ten argument Mer.
Wem wyszedł z wody. Rozmowa zaczęła przybierać poważniejsze tory. Mer również zaczął się wycierać. Bardziej wyczuł, niż usłyszał ruch brata. Nagle obaj wiedzeni tym samym impulsem w tej samej chwili rzucili się na siebie.
Towarzysze Mera i domownicy Wena oglądali przez chwilę kłębowisko zaciekle walczących mężczyzn.
Nie, nie tak zaciekle. Gdyby walczyli z przeciwnikiem, cios w czoło byłby ciosem w oczy a kopniak w kolano trafiłby w krocze.
Zmierzywszy swe siły i uznawszy że są równe, tak samo niespodziewanie przestali walczyć.
Opłukali się i ubrali, po czym przeszli do izby, gdzie przygotowano posiłek.
- Więc z czym to paniczyk sobie nie radzi, że potrzebuje pomocy?- zaatakował teraz słownie Wem.
- Radzę sobie, radzę, z wieloma rzeczami, ale nie chce mi się robić wszystkiego samemu. Mam na oku parę ciekawych przedsięwzięć, gdyby towarzyszył mi ktoś zaufany- odparł ze sztuczną niedbałością Mer.
Wem parsknął krótko.
- Mówisz, że byś mi ufał!? Też coś!
- Jesteś zadowolony z tego, co masz- pokazał ręką Mer.
- Widać tu kobiecą rękę, prawda? Nie chciałbyś tego stracić. Ale chciałbyś jeszcze czegoś więcej w życiu dokonać niż tkwienie tutaj.
Wywód był celny i Wem nie bronił się przez chwilę.
Dołączyli do nich pozostali i był to sygnał, że na dziś dość poważnych rozmów.

Nazajutrz odkryli nieco kart. Wem zabrał brata na przejażdżkę. Pokazywał swe okolice i opowiadał, co tu osiągnął. Ci tak pogardzani na nizinach „dzicy” ludzie byli wolni i traktowali się nawzajem z szacunkiem. Spory rozstrzygali nie przez walkę, lecz przez sąd. W razie sporu zbierała się rada starszych- równa ilość osób z każdej strony- i obradowali tak długo, aż znaleźli dobre dla wszystkich rozwiązanie. W tak małych społecznościach kontrola przestrzegania go była naturalna.
- Nie jestem naiwniakiem, wiem, co potrafią ludzie w stolicy- inaczej by mnie tu nie było. Ale jak ludzie sami coś wymyślą, to bardziej tego przestrzegają- opowiadał Wem.
Mer miał właśnie możliwość przejęcia władzy w niewielkim księstwie od strony morza.
- Ale jak się w to zaangażuję, i zostawię sobie za plecami całą tą stolicę, to niewiele z tego wyjdzie- obawiał się.
- I chcesz żebym ja
- Rozejrzał się tam. Może możnaby zostawić to miejsce na jakiś czas, albo tam osadzić kogoś zaufanego…
- A mój braciszek w całym swoim księstwie nie ma nikogo zaufanego- zakpił Wem.
- Mam, mam parę osób. Ale najpierw mam brata- oburzył się Mer.
- Wcześnie sobie o mnie przypomniałeś- burknął Wem.
- Wtedy, gdy mam ci coś do zaproponowania. Miałem cię wciągać we wszystkie te intrygi?
- A skąd, jeszcze by mnie przekabacili przeciwko tobie- powiedział śmiejąc się Wem.
- Co bym z tego miał?- dodał po chwili.
- Monopol na handel?
- Nie mam czym handlować.
- A ta wełna waszych owiec? Co z nią robicie? Pokaż mi jakieś warsztaty?- zaciekawił się Mer.

Warsztat stał w prawie każdym obejściu. Tkaniem i handlem zajmowały się tu kobiety. Posługując się jedynie gwarą pokazywały mu swoje oferty- tkaniny, kroje ubrań, wzory. Jak zrozumiał, wzory były tu bardziej ozdobami niż znakami tożsamości i można je było umieszczać na wyrobach na handel. Wem, podobnie jak inni mężczyźni nie bardzo rozumiał, dlaczego kobiety zamiast samodzielnie utkać i uszyć to, co chciały, wolały wymieniać się swoją pracą.
- Daje sąsiadce 2 motki a odbiera wyrób z jednego- dziwił się Wem.
- Ale za to ma pewność, że tkanina będzie bez skazy- tłumaczył Mer.
- Sama nie może tak utkac?-
- Z tą gromadą drobnych dzieci wokół? Sąsiadka ma dwie synowe, siedzi cały dzień na ganku, to i równo tka!
- Widzę, że to rozumiesz- westchnął Wem.
Powód tego westchnienia stał się zrozumiały wieczorem.

Stół znów nakryty był do wieczerzy z kobiecym smakiem, a gdy zjedli, Wem nie podał trunków, lecz uchylił drzwi. Do izby weszła młoda, okrąglutka kobietka, zerkająca wesoło spod chustki. Wem patrzyła na nią z dumą a ona na niego z radością.
- Brat mój chce, byśmy rozwinęli handel z nadmorskim księstwem, opanowując drogę rzeczną, i uniezależniając się od handlu ze stolicy. A na handlu to kobiety najlepiej się tu znają- szorstko wyjaśnił Wem. Niechętnie pokazywał bratu swoją kobietę, a jeszcze na dodatek czynił ją partnerką w interesie.
- Tak, od mężczyzn będzie zależało utrzymanie w bezpieczeństwie drogi rzecznej, a od kobiet dobór oferty- wyjaśnił, dwornie skłaniając się, Mer.
- Morskie księstwo?- zdziwiła się i uśmiechnęła Afa.
- A toż jest u nas legenda, że kiedyś, kiedyś, dawno temu nasi ludzie poszli nad morze za naszą księżniczką- powiedziała melodyjnie. Znała dobrze wspólną mowę, lecz wymawiała słowa ze śpiewnym miejscowym akcentem.
- Tu o handel, nie o legendę chodzi!- rzucił Wem.
- Wspólna legenda- w handlu ważna rzecz- zaoponował Mer, patrząc intensywnie na kobietę. Usiłował ukryć to, co czuł, całą tę burzę uczuć, jaka go ogarnęła. Czuł zarazem, że przeżywa coś nowego i niezwykłego, jak i to, na co całe życie czekał. Próbował opanować drżenie głosu, spojrzenie, czułość, niecierpliwość…
Na dworze zorientowaliby się natychmiast, co się stało. Jego brat na szczęście nie był tak subtelny, i dalej rozpowiadał o planowanym przedsięwzięciu.
Najgorsze, że zorientowała się ona. Widział jak odwraca głowę, by nań nie patrzeć, gdy mu odpowiadała. Widział pulsujące na jej twarzy rumieńce.
Całe z trudem sklecone braterskie porozumienie stanęło teraz o krok przed klęską.

- Dość na dzisiaj- zdecydował wreszcie Wem, wstając i podchodząc do drzwi komory. Spojrzał prowokująco na żonę, ale tym razem nie protestowała, gdy wyciągał kubki i przebierał wśród antałków. Afa pożegnała się, nadal unikając bezpośredniego spojrzenia- i wyszła do niewieściej izby.
- A może ty inną wolisz rozrywkę, co? Może ci urządzić łaźnię?- zapytał brata.
- Łaźnię?- mruknął Mer w roztargnieniu.
- No, wiesz, wiele dziewcząt chciałoby cię poznać- uśmiechnął się Wem.
- I można tutaj….takie rozrywki?- zainteresował się nieco Mer.
- Jak kobieta zaprasza, to można i trzeba- rozlał trunek brat.
- Im więcej zaproszeń przyjmiesz, tym większy zaszczyt uczynisz, a trochę królewskiej krwi się nam przyda.
- Twojej pewnie już tu sporo krąży-przepił do niego Mer.
- No, wiesz, na początku, jak byłem w drużynie, te dziewczyny, które zostawały po wygaszeniu ogniska…- to właśnie po to…
- No a jak są dzieci?- pytał Mer.
- Jak chcesz to płacisz na ich utrzymanie, i wtedy możesz je kształcić lub wydać wedle swojej woli. A jak nie, to dysponuje nimi rodzina dziewczyny.
- Słusznie. A małżeństwo?
- Małżeństwo to jest umowa. No, moja Afa to tak jak nasza matka- potrafi rachować, prowadzi interesy, dom…
- Macie dzieci?
- Będą lada moment- burknął Wem i Mer zmienił temat.

Owszem, skorzystał z oferty brata, licząc, że to przywróci mu spokój. Zadowolił wszystkie trzy wesołe dziewczęta, które przygotowały mu łaźnię, ale nazajutrz czuł smutek.
Afa raz i drugi chciała wypytać go o szczegóły ich projektu i obyczaje w świecie poza górami, ale wykręcał się od tego spotkania niezręcznie.

Nie zamierzała ustąpić. Jeśli tam, w świecie, byli tacy mężczyźni jak Mer, to dla kobiet otwierały się nowe nadzieje. Nie tylko handel, lecz i znajomości z pięknymi, zadbanymi, dwornymi mężczyznami.
Wychowana w surowych warunkach wiedziała, że byt rodzinie zapewnić może mężczyzna silny, biegły w swej pracy, zdolny do walki i obrony. Ale do przyjemnych znajomości, flirtów i zabaw byli mężczyźni tacy jak brat jej męża.
Wiedziała, że Wem lubi również przelotne spotkania i zabawy z nowymi dziewczętami, ale oboje pewni byli, że zamierzają utrzymać swój związek. Byli towarzyszami w walce z życiem, i tego nie zamierzali zmieniać. Nie, nie mogła poddać się uczuciu do jego brata, nawet jeśli…., nawet jeśli….
Krew w niej płonęła, lecz Wem zrobił dużo, by nasycić ten ogień.
- Podoba ci się mój brat?- zapytał nagle, gdy już odpoczywali.
- Jest przecież podobny do ciebie- odparła natychmiast z kobiecym sprytem.
A może rzeczywiście właśnie to tak rozpalało jej uczucia?
- Ale gładszy, przystojniejszy, paniczyk- sączył swój żal z nigdy do końca nie zagojonej rany Wem.
- Z pewnością- w jego świecie- są to atuty- uspokajała go żona.
- Cały czas myślę- która z kobiet by go zainteresowała? Nie wiesz, dlaczego jest sam? – dodała, by usprawiedliwić swoje zainteresowanie Merem.
Nie wiedział. Interesowało go również, czy brat może mieć dzieci. Bo jeśli tak, a on nie to…
Lepsza braterska krew, niż całkiem obca. Ale istotnie, lepiej pomyśleć o tym później, gdy brat będzie już zaangażowany gdzie indziej.
- Masz rację. Wypytam go o to- przytaknął.

Mer nie chciał o tym mówić, podobnie jak Wem o dzieciach.
- Nigdy nie wiem, czy kobieta jest zainteresowana mną, czy moją pozycją- powiedział tylko, odnosząc to do jakiegoś dawnego przeżycia. Wem niewiele rozumiał, ale kobiecie to wystarczało. Do grupki osób które Mer uczyć miał zasad handlu, dobrała kobiety mające własny posag lub majątek.

Ból, ból przełamujący całe ciało, którego źródło było chyba jednak w głowie. Nawykiem wojaka sprawdził- ręka, noga, lewa, prawa, brzuch, plecy….głowa! głowa znowu wybuchła bólem.

Kolejne przebudzenie. Przyćmione światło i kojący, chłodny dotyk.
- Będzie dobrze- mówił spokojny, kobiecy głos o głębokiej barwie.

Kiedy obudził się znowu, głowa jakby mniej bolała. Najlepiej było wcale nią nie ruszać. Ułatwiała to głęboka wnęka w posłaniu, unieruchamiająca kark, barki i głowę.
Nie mógł wydobyć głosu.
- No, jak ci tam?- Wem podał mu parę łyków ziół.
- Muszę też…
Brat podał mu nocnik.
- Co się stało?- zapytał wreszcie Mer.
- Spadłeś z konia.
- Z tego konia?!- zakpił leciutko Mer.
- Zapomniałeś, że one nie skaczą, u licha!
Mer był zbyt obolały, by usłyszeć lęk w głosie brata.

Za to chętnie wsłuchiwał się w głęboki, kojący głos uzdrowicielki. To ona zabezpieczyła mu głowę w deskach, bandażach i poduszkach.
Wdzięczny za ukojenie bólu Mer po kilku dniach zrozumiał, że ma tak leżeć- tygodniami?!
- Później zrobimy fotel z wysokim oparciem i posadzimy cię- uspokajała uzdrowicielka Nena.
- I mam tak tkwić, pod opieką kobiet?!
- Wolisz chłopców?- zakpił nerwowo brat.
- Niewielu wychodzi żywym z takiego upadku. A ty jeszcze pamiętasz swoje imię, imiona innych, i władasz rękami. To niezwykłe szczęście- tłumaczyła Nena.
- Bo też nikt tak jak Nena nie składa kości.
- Nie pamiętam, jak to się stało. Zupełnie nie pamiętam- zaoponował Mer.
- Jechaliśmy obejrzeć resztki dawnej warowni- zaczął Wem.
- Mieliśmy jechać. Zaspałem i obudziłem się z tym bólem- no tak, to niemożliwe- zbierał myśli Mer.
- Upadek z łóżka takich ran nie powoduje.
Obecność Neny uspokajała go, ale zaraz potem wpadał w irytację.

- Nie mogę tu zostać tak długo! Nie miałbym po co wracać do stolicy!
- Gdybyś tu został, to byłoby takie nieszczęście?- kpił brat.
- Ja zaczynałem od gromady wyrostków zwerbowanych do ochrony wioski, a ty byś nie potrafił zacząć od czegoś takiego?
- Myślisz, że ja dostałem wszystko gotowe? Też musiałem walczyć!- irytował się Mer.
- Mam nadzieję, że to nie jest tajna narada, bo słychać was na dole- weszła do izby Nene. Jej pozycja pozwalała na wtrącanie się do rozmowy mężczyzn.
- Jak myślicie- dlaczego los chciał, by stało się coś takiego? Co można teraz z tym zrobić? Jak to wykorzystać? Co możecie zrobić? Na co macie wpływ? – podsunęła im inny kierunek myślenia.

- Ta kobieta ma dar od losu- uspokoił się Mer, gdy Nena po zbadaniu go wyszła.
Przyjechał tu, by- szukać wsparcia? Czy bratniej duszy?
Przyjechał tu dumny, by dać bratu część swego powodzenia.
Teraz los wszystko odwrócił- to on był zależny od brata, mógł wszystko utracić, stać się ubogi.
Przyjechał tu dumy a stał się ubogi. To pierwsza zrozumiała dlań wskazówka losu.

- Chciałem tyle ci dać a tymczasem stałem się zależny od ciebie- powiedział, gdy Wem, jak co dzień, przyszedł go odwiedzić.
- Przyjechałeś tu pochwalić się, o ile jesteś lepszy ode mnie, że osiągnąłeś tyle, iż możesz dać mi jakiś ochłap!- warknął Wem. Źle panował nad sobą od czasu wypadku brata.
- Nie. Potrzebowałem współpracownika, partnera, brata. Miałem nadzieję, że naszym rodzicom nie całkiem dało się nas rozdzielić- skoro Mer już raz zdobył się na szczerość, nie umiał tego zatrzymać.
- Acha, to ty jesteś ten lepszy, bo wyciągasz rękę na zgodę, a ja ten gorszy, bo się waham?
- Jesteś moim bratem. Tak samo uparty jak byłem ja. Ale na dworze z tym nie przeżyjesz. Pewien nauczyciel nauczył mnie dyplomacji- mówienia tego, co inni chcą usłyszeć- aby uśpić ich czujność i osiągnąć swoje cele. Nauczyłem się tego tak dobrze, że on sam prosił mnie o zwolnienie gdy miałem go już dość. Nie, z tobą ta sztuka nic nie dokona. Twoja prostoduszność byłaby nie do pokonania na dworze. Za to nie dorównuję ci siłą ciała, co widać. Chciałem jeździć tak jak ty, bez siodła…
- Jakbyś nie widział mojej nogi.
- Jakbym nie sądził, że zrobię to lepiej. Że zawsze zrobię wszystko lepiej od mego małego dzikiego braciszka. Lepiej pisałem, pamiętałem, posługiwałem się sztućcami…
Jako synowi króla nikt mi nie śmiał dołożyć.
Dopiero jak zaczęli mi zagrażać, przyjechałem do ciebie po obronę.
- Mieli się zająć mną, by odwrócić uwagę od ciebie?
- Nie, miałem nadzieję że ich pokonasz.
- Dobra- Wem przysunął krzesło i usiadł patrząc w twarz brata.
- opowiadaj dokładnie wszystko, co się tam dzieje, i kto za co odpowiada- polecił.