Taniec na krawędzi 1  zobacz opis świata »

Dopis 1:Był poniedziałkowy wieczór , siąpił...

 

zielony_mis 12

Od: 29.08.2009,aktywny: dawno temu

Tekstów: 9,

Dopisów: 28,


Był poniedziałkowy wieczór, siąpił niewielki deszczyk. Stał pod wiaduktem, oczekując na tramwaj. Podjechała szesnastka. Wsiadł, usiadł na końcu wagonu i przymknął oczy. Gdy je otworzył, zauważył coś, co zwróciło jego uwagę. Skoncentrował wzrok, czując rosnące tętno. Poczuł zawrót głowy. Zasłonił twarz rękami, zastanawiając się co powinien zrobić...

Tramwaj się zatrzymał. Spojrzał na tablicę z zegarem, było dwadzieścia po dziesiątej. Przesuwając wzrokiem po szarych postaciach, nagle dostrzegł czapkę przykrywającą włosy w kolorze blond i jej właścicielkę, wydawała mu się znajoma. Kobieta wychodziła. Pod wpływem impulsu, nagle wyskoczył z wagonu słysząc sygnał ostrzegawczy zamykających się drzwi. Stanął na przykrytym wiaduktem peronie. Rozejrzał się. Kilka szarych postaci przesuwało się w stronę schodów. Nie mógł jej odnaleźć. Gdy wbiegał po schodach, poczuł przyklejające się do policzków pierwsze płatki śniegu. Stanął na chodniku i ponownie się rozejrzał. Był tu po raz pierwszy w życiu, a miał wrażenie jakby bywał tu codziennie. Takie deja vu graniczące z paranoją. Sięgnął do prawej kieszeni, wyciągając paczkę cienkich, czarnych Marlboro i zapalniczkę. Włożył papierosa do ust i odpalił. Zaciągnął się głęboko i ruszył w kierunku dużego skrzyżowania. Zamyślił się.

- Przepraszam, jak dojść do Paderewskiego - męski głos przywrócił go rzeczywistości.

- Nie wiem - odpowiedział bez namysłu i przeszedł szybko przez skrzyżowanie i wsiadł do pierwszego, nadjeżdżającego autobusu.

Usiadł na tylnym siedzeniu, gapiąc się przez okno na podświetlane reklamy przesuwające się po prawej stronie jezdni. Mrugający w płatkach śniegu niebieski neon przykuł jego uwagę na dłużej. Wysiadł na najbliższym przystanku, cofnął się i spojrzał na neon. Przedstawiał kształt fortepianu, podpisany ”Piano Club”. Prowadziło do niego kilka schodków. Zszedł po nich. Chwycił za klamkę, a gdy drzwi się otworzyły, usłyszał słowa dobrze znanej piosenki ”...et on s'aimera encore, lorsque l'amour sera mort...”. Wszedł do środka zamykając za sobą drzwi.

W lokalu panował półmrok wzmocniony oparami tytoniowego dymu. Stoliki były rozstawione w dwóch rzędach, znalazł wśród nich jeden wolny. Usiadł i zamówił piwo. Kelner postawił szklankę na stoliku, którym była gablota z podświetlanymi szyszkami. Pomyślał o niej. Wstał, poszedł do ubikacji znajdującej się naprzeciw baru. Zamknął drzwi na klucz i rozpiął koszulę. Rozerwał opakowanie i nakleił na tors plaster Transtecu, nieustannie myślał o niej. To dla niej przyjechał do tego miasta i do niej dzwonił każdego wieczoru z budki umieszczonej w parku w centrum. Przez nią upijał się w puste dni prawie w trupa, zapijając do utraty przytomności, koktajl neuro- i tymoleptyków. Na nią niecierpliwie czekał, odliczając spóźnione minuty. Za każdym razem..

Z każdą godziną dostarczał do organizmu kolejne siedemdziesiąt mikrogramów buprenorfiny z plastra przyklejonego na klatce piersiowej. Dzięki temu funkcjonował prawie normalnie. Na tyle, na ile było to możliwe po tych wszystkich latach, podczas których starał się uciec z rzeczywistego świata. Dopiero teraz dotarło do niego, jak potworny błąd popełnił. Stracił właściwie wszystko. Mnóstwo pieniędzy permanentnie inwestowanych w heroinę, pracę, prawo jazdy i zdrowie, a co najważniejsze, stracił Marlenę, jedyną kobietę, na której mu naprawdę zależało. Kobietę, która była inna niż wszystkie. Kobietę, którą naprawdę kochał. Przez połowę życia pojawiała się i znikała, zostawiając po sobie próżnię, której nie potrafił nikt zastąpić. Po kilku latach nieobecności pojawiła się kilka miesięcy przed swoim ślubem. On zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jednak postanowił zagrać vabank, chociaż spodziewał się dokładnie takiego finału. Marzenia zamieniły się w garść psychotropów, ból kolejnej kobiety która go kochała, a z czasem totalne pobojowisko. Nocne rajdy do Berlina, po to by się odurzyć, pięciokrotny pobyt na Oddziale Ostrych Zatruć, w tym trzy dni podłączenia do respiratora. Najgorszy moment, w którym nie chciał żyć, ale mimo wszystko przeżył.

Siedząc przy pustym stoliku, dopijał piwo. Zadzwonił do Thomasa.

- Możemy się spotkać?

- Coś ostatnio za często się spotykamy - brzmiała odpowiedź, ale dobra, będę za pół godziny tam, gdzie zawsze, na Grunwaldzkim.

- Okej - odpowiedział, odstawiając pustą szklankę na stolik.

Thomas nazywał się tak, bo tak kazał siebie nazywać. Był człowiekiem niewielkiej postury, niepozornym, znikającym w tłumie. Posiadał natomiast wielką zaletę: Otóż potrafił załatwić rzeczy, o których inni mogli tylko pomarzyć. Był osobą dość znaną w mieście, więc często nie miał czasu. To była jego podstawowa wada.

Oprócz tego wiecznie się spóźniał. Pomimo że spóźnianie się było nieco mniejszą z jego wad, cholernie wszystkich takim zachowaniem drażnił. Tym razem było jak zwykle. Miał być za pół godziny, pojawił się za godzinę. Wsiedli do jego ubłoconego Mercedesa. Wyjechawszy z miasta, zaparkowali na ustronnej leśnej ścieżce. Wypluł kulkę heroiny, zerwał folię i na kawałku folii aluminiowej rozsypał brązowy proszek. Pierwszy buch. Ekstrakcja czystej słodyczy z brown sugar, rozluźnienie, stępienie afektu. Szczęście i obojętność. Od czasu ślubu Marleny palił prawie codziennie, żeby zapomnieć o niej. Pomagało połowicznie. Płacząc, pisał do Marleny, że jest najważniejsza, że tylko ona, że żadnych używek więcej, że chce mieć dzieci, chce je kochać, chce ją kochać. Tak mocno, jak tylko potrafił. Tak bardzo chciał zbudować dla nich dom. Taki... normalny. Ale ona przestała odpowiadać. W jego mniemaniu, na zawsze.

Powoli stawał się zombie, nie mając o tym zielonego pojęcia. Okrutnie zranił Dorotę która z całego serca go kochała. Zniszczył wszystko, co mógł zniszczyć. Poszedł do leczącego go z uzależnień znanego poznańskiego psychiatry i za pięćdziesiąt złotych kupił receptę na cztery gramy morfiny. Obudził się po trzech dniach pod respiratorem. Prawie udało mu się zabić siebie. Prawie zabił swoich rodziców.

Wstydził się siebie. Brzydził się sobą. Sięgnął dna i postanowił, że nadszedł najwyższy czas, aby kontrolować swoją narkomanię. Chciał żyć!

Żegnając się z Thomasem, ten powiedział:

- Mam coś jeszcze dla ciebie - wyciągnął opakowanie z napisem ”Calypsol”. Pięć ampułek ketaminy, dostępnych tylko dla lecznictwa zamkniętego.

- Chcesz?

- Chcę, odpowiedział bez dłuższego zastanowienia. Zapłacił sto złotych, poszedł do całodobowej apteki, kupił strzykawki i igły i z całym tym asortymentem wpakował się do pierwszej taksówki stojącej na parkingu. Pojechał do domu, usiadł wygodnie na kanapie, zawiązał na ręce pasek i zrobił sobie zastrzyk. Świat zaczął wirować, kalejdoskop obrazów zaczął przesuwać sie przed jego oczyma...

Berlin, 1992. Codziennie z centrum Gorzowa wyjeżdżał wieczorny autobus. Zawsze miał specyficznych pasażerów tzn. przemytników i złodziei. Wszyscy byli pijani. Jeszcze przed odjazdem autobusu odbywał się co najmniej jeden sparing na ulicy. W autobusie -starym, rzężącym ogórku można było pić i palić. Czasami kierowca też coś sobie chlapnął celem zmniejszenia stresu bo stresu akurat było sporo. Autobus wyjeżdżał o 23:00 z Gorzowa, do Berlina dojeżdżał rankiem. Trzeba było swoje odstać, żeby przejechać granicę. Nieraz się nie udawało i trzeba było zawracać na przejście graniczne w Słubicach. Podczas każdej podróży, Niemcy wymiatali z autobusu piramidę papierosów. Tak zwyczajnie, sczotkami. On należał do drugiej grupy pasażerów, czyli złodziei. Wtedy pół miasta jeździło do Niemiec kraść, a tytuł „jumacz” czy „jumaka” nadawał splendoru. Podczas jednego wyjazdu można było „zarobić” pięciokrotną pensję górnika. Niektórzy jeździli codziennie. Kupowali wtedy mieszkania, dobre samochody. Jeśli chodzi o niego, to był raczej kiepski, zbyt bardzo się wstydził, właściwie, to się sobą brzydził. Jednakże jeździł. Później zaczął kursować bezpośredni pociąg do dworca ”Lichtenberg”. Z samego rana, zamiast iść do szkoły, wszyscy spotykali się w pociągu. Z butelkami wódki, puszkami piwa, czy woreczkami z amfetaminą. Bywało przeważnie śmiesznie i z dużym dodatkiem adrenaliny, ale nie zawsze. Głupio było wpaść. On nie cierpiał takich sytuacji, właśnie przez ten wstyd wypływający ze świadomości bycia złodziejem. Jednakże pewne historie stały się śmieszne i niezapominalne. Jak zbierali wycieraczki z całej klatki schodowej, w bloku przy Karl-Marks-Strasse, żeby zrobić sobie legowiska. Jak winda umocowana w drucianej klatce budziła ich co kilkadziesiąt minut. Jak każdego ranka szło się zawsze po wódkę i ewentualnie po coś do jedzenia. Jak jeden z kolegów uciekał przed policją tunelem metra i wygramolił sie na peron stacji „Stadtmitte”, Po maturze, postanowił spróbować życia w inny sposób. Pojechał do Hamburga. Bywał już w tym mieście co najmniej kilka razy, zawsze mu się bardzo podobało. Tym razem postanowił zostać nieco dłużej. Gdyby spodziewał się wtedy, że będzie to kolejny stracony rok..Ale wtedy oczywiście nie myślał w taki sposób..

Przyjechał tam po kilku latach permanentnego zatrucia amfetaminami. Nie potrafił robić nic sensownego, poza wielogodzinnym włóczeniem się po mieście. Poznał niewiele osób, przeważnie z doborowego towarzystwa polskich meneli. Czasami się spotykali i upijali w trupa. W każdy weekend trafiał do „Polki”, lokalu prowadzonego właśnie przez Polkę. Taką blondynkę o wątpliwej reputacji. Po dzień dzisiejszy ma niespłaconą krechę w wysokości trzydziestu marek. W ”Polce” była szafa grająca, która wyła przebojami „Budki Suflera”. Było też mordobicie każdego wieczoru. Z zadziwiającą punktualnością, bo zawsze koło północy. W każdy weekendowy wieczór wagony metra były wypchane podpitym towarzystwem, z puszkami piwa w rękach. Gdy umieszczone w wagonach głośniki komunikowały „Reeperbahn”, całe towarzystwo wysypywało się na peron, a później do knajp i burdeli, nieodłącznej wizytówki St Pauli.

Większość czasu spędzał jednak sam. Siedząc sam w domu, albo łażąc bez większego celu po mieście, w stanie ciągle pogłębiającej się depresji. Jeśli ktoś się latami stymulował prochami, ten wie, o co chodzi. Poszedł do szkoły, później zaczął zaoczne studia w Szczecinie. Jeździł co dwa tygodnie w obie strony. Nie zaliczył nawet jednego kolokwium.

Chodząc po mieście, kogoś szukał. Nie wiedział konkretnie kogo, ale chyba po prostu miłości. Spotykał same prostytutki. Po kilku miesiącach wieczornych powrotów przez Suederstrasse, rozpoznawali siebie nawzajem, nawet się pozdrawiali i częstowali papierosami. Spotykał je często. Jadąc do szkoły, zawsze go zaczepiały. Nigdy się nie skusił, nie tego szukał. Poznał kiedyś jedną Polkę, czasami do niej jeździł pogadać i zapalić trawkę. Na urodziny ukradli jej wielki kwiat stojący w doniczce na ulicy i wieźli go nocą w koszyku z „Aldiego”.

Gdy było ciepło, lubił chodzić do parku. Hamburskie parki były bardzo zadbane, można było w nich naprawdę odpocząć, albo poprawić sobie nastrój. W jednym z nich było mnóstwo magnolii. Kilka lat później ,siedząc w tym samym parku pisał do Marleny: ”Życzę Ci wszystkiego najlepszego... życia o zapachu magnolii..."

Czuł się bardzo samotny. Każdego dnia. Każdego dnia tak samo. Nawet gdy świeciło słońce.

Pewnego słonecznego dnia pojechał z bandyckim towarzystwem nad jezioro. Zrobili potężną rozróbę. Uciekając przed hordą rozwścieczonych Turków, zgubił buty.

Kiedy wyjeżdżał z Hamburga, gapiąc się przez okno autobusu, czuł się naprawdę szczęśliwy. Po totalnej detoksykacji wróciła nadzieja na przyszłość. Pomimo tej pieprzonej samotności, odbierał ją jako zapłatę za nadzieje.

Znowu się pomylił.



Świtało kiedy się obudził, spojrzał na ścianę brudnego pokoju. Generalnie nie wiedział, co powinien z sobą zrobić. Wiedział, że napewno potrzebował stałego zajęcia, bo poprzednie stracił za odurzanie sie w miejscu pracy. Pracę miał niezła, a jednocześnie tragiczną. Cztery lata siedzenia w zamkniętym pomieszczeniu za spore wynagrodzenie, niektórzy nazwali by to pracą marzeń. Myślał, że ma kierownika przyjaciela, okazało się w praniu, że ma kierownika kutasa, i to niezłego kutasa. W dużej mierze wprawdzie sam był odpowiedzialny za taki a nie inny rozwój wydarzeń. Zresztą każdy pracodawca miałby chyba dosyć pracownika, który nie kontaktuje przez miesiąc, spóźnia się co drugi dzień itd. Tak, czy inaczej, rozdział zamknięty. Wytrzymał pięć lat, to jest i tak bardzo długo, przecież mógł wylecieć po trzech tygodniach.

Zrobił sobie kubek kawy, wziął prysznic. Zerknął na bieżące ogłoszenia z pracą, ale nie znalazł niczego dla siebie. Rozłożył sie wygodnie fotelu i rozmyślał o tej całej chujowej sytuacji w której się znalazł. Nie miał pieniędzy. Nie miał normalnych znajomych. Ostatnio odkrył wprawdzie że istnieje jeszcze świat kulturalny, ale brak pieniędzy uniemożliwiał mu póki co korzystanie z jego uroków. Wszystkich, albo zdecydowaną większość jego znajomych można by spokojnie zakwalifikować do marginesu społecznego. Nie miał nawet do kogo zadzwonić. Od czasu jak odeszła Dorota, zaczął odczuwać samotność i tęsknotę Ale nie za Dorotą, tylko za Marleną. Pieprzona paranoja. Spojrzał na leżące w opakowaniu trzy kapsułki ”Calypsolu”, pomyślał przez chwilę, wyciągnął jedną z opakowania, bawił się nią, po chwili przełamał.

Był ciepły letni wieczór. Rozgrzane ulice Szczecina śmierdziały zapachem fekaliów snującym się z bram. Na ulicach było wiele osób, co chwilę ocierał sie o kogoś. Automatycznie wyrzucał z siebie "Przepraszam" i podążał w stronę placu Rodła, gdzie był umówiony z Marleną. Zauważył neon :"Piano Club", wszedł do środka.Na sali panował półmrok. Było głośno i duszno z powodu dymu tytoniowego i niesprawnej klimatyzacji. W lokalu były dwie sale, większa i mniejsza. Przechodząc do mniejszej sali, poczuł na sobie wzrok osób siedzących przy stolikach. Wszedł do środka i zobaczył ją siedzącą przy stoliku znajdującym się w rogu sali. Usiadł, a na ich twarzach jednocześnie pojawił się uśmiech. Pocałował ją.

- Spóźniłeś się, jak zwykle.

- Nieważne.

- A co jest ważne?

– Ty.

Uśmiechnęła się. Delikatnie podała mu dłoń. Czuł delikatną fakturę jej skóry. Niemalże jedwabistą. Na prawie białym tle smukłych palców, kontrastowały pomalowane na czerwono paznokcie. Krwistoczerwone. Siedzieli naprzeciwko siebie, bawiąc się splecionymi palcami.

-Czego się napijesz?

-Tego co Ty..

Zamówili dwa piwa. Jedno z sokiem i słomką. Kelner postawił je na stole pokrytym szklaną taflą, pod którą znajdowały się podświetlone szyszki.

-Cieszę się, że Ciebie widzę. Myślałam, że już się nigdy nie spotkamy.

-Ja też. Ale jednak się spotkaliśmy. I jest jak zawsze..

Zaczęli rozmawiać. O wszystkim. O tym, co upłynęło przez cały ten czas. O tym co czuli, o tym co robili.

-Zaliczyłem rok,,

-Wiem..

-Skąd?

–Wiedziałam ,źe zaliczysz.

-Tęskniłem za Tobą, bardzo..

-Ja też. Też bardzo.

-Kocham Cię,

-Nie, to tylko bajka. Wymyśliłeś ją sobie..

Uwielbiał dotykać jej włosy. W jasnym kolorze blond. Bawił się nimi. Delikatnie dotykał palcami jej warg. Ona subtelnie muskała językiem końcówki jego palców.

-Muszę juź iść

-Zostań, proszę..

-Nie, nie mogę. Muszę wyprowadzić psa. Poza tym, Marcin wrócił do domu. Chodźmy, proszę..

-Dobrze, ale ja nie chcę..

-Chodżmy.. Wyszli na ulicę. Chciał trzymać ją za rękę. Nie pozwoliła mu. Odprowadził ją pod drzwi klatki schodowej. Pocałowała go w policzek i weszła do środka. On odszedł wolnym krokiem z papierosem w ustach i wzrokiem wbitym w nierówności chodnika. Wyszedł na Plac Rodła. Przez plac przejeżdżał ostatni tramwaj w kierunku Niebuszewa

Wychodzące z chmur słońce wybudziło go z narkozy. –Na dziś wystarczy- obiecał sobie. Wyszedł z domu, kupić coś do jedzenia

Przeszedł kilka przecznic, aby dotrzeć do spożywczaka. Wziął kilka produktów i wyszedł. Kawa, bułki, mleko. Spakował to do zielonej, ekonomicznej torby. Wracając, usłyszał krzyk:

-Jeremi?

Odwrócił się, wołała go para starych znajomych. Podszedł do nich

- Co tam nowego? -zapytał

Nic.. Grzesiek nie żyje, Marek siedzi, to tak z grubsza, zamamrotał Tomek, ten wyższy

-Idziesz z nami na piwo?- palnął w jednym ciągu słów

-Nnie..Chyba nie,..

-Dobra, nie pierdol, chodź-zabrzmiała odpowiedź

Poszli do speluniarskiej knajpy w centrum, zamówili po piwie. Rozmowa jednak się nie kleiła. Rozeszli się po dwóch godzinach. Wychodząc nie czuł się pijany, tylko trochę podcięty. Poszedł na piechotę do domu, wszedł, zjadł zakupy. Nie chciało mu się siedzieć w domu. Wyszedł. Zadzwonił do Macieja z pytaniem, czy ma dla niego jakąś gotówkę. Dowiedział się, że ma. Umówili się wieczorem na telefon. Wrócił do miasta i usiadł w całkiem przytulnym lokaliku. Zamówił piwo. Bardzo często upijał się sam i do nieprzytomności. Zdawał sobie sprawę, że stanowi to pewien problem, ale nic nie robił, żeby to zmienić. Mijały godziny, zbliżał się wieczór, a on nadal pił. Po szóstym piwie wstał, zapłacił rachunek i wyszedł ma zewnątrz. Był

chłodny jesienny wieczór. Znowu zadzwonił do Macieja, tym razem doczekał sie satysfakcjonującej odpowiedzi. Wyruszył więc po to, aby go spotkać. Szedł przygarbiony pustymi ulicami, nie rozglądając się zwykle na boki. Nie bez problemu trafił na Śląską- tam gdzie mieszkał Maciej, Nikt nie otworzył mu drzwi Bezskutecznie pukał i dzwonił przez piętnaście minut. Słychać było tylko echo, odbijające sie między ścianami starej kamienicy. Wyszedł na zewnątrz. Okna były ciemne, delikatny deszczyk kropił równomiernie na szarą ulicę. W sąsiedniej bramie trzech nastolatków paliło blanta. Poszedł pustą ulica przed siebie. Przechodząc przez ponowny most, spojrzał w dół. Woda była brudna, właściwie wyglądała jak ściek. Dochodząc do skrzyżowania, po lewej stronie zauważył przystanek tramwajowy. Skrył się pod daszkiem. Zapalił ostatniego papierosa. Po kilku minutach zauważył, zbliżającego się we mgle, kształt niebieskiego tramwaju. Czternastka. Wsiadł do środka, szybko zajmując miejsce starszej pani. Po kilkunastu minutach wysiadł na właściwym przystanku. Podszedł do jakiegoś człowieka:

-Przepraszam, ulica Klasztorna?

-Trzecia ulica w lewo, później druga w prawo. Ma pan może ognia?

-Tak- podał mu zapalniczkę

-Dziękuję..

Dotarł na miejsce, wszedł do środka. Zauważył towarzystwo siedzące w zadymionej sali. Dosiadł się.

- Nie ma go w domu

- To co, ci kurwa, mamy poradzić- odpowiedział których z nich

Zamówili po pięćdziesiątce. Wypili. Czekaj mam pomysł, powiedział Glaca:

- Jedź na Opolską 45, on ma tam jakąś dziwkę, może tam będzie.

Wstał od stolika:

-Dobra, jadę.

Drzwi wejściowe były zamknięte. odruchowo nacisnął klamkę. Otworzyły się. Wszedł do środka. W mieszkaniu panował półmrok. Wszedł do dużego pokoju. Zauważył go od razu. Leżał na tapczanie we krwi. Miał roztrzaskana głowę. Młotkiem, który leżał obok niego na dywanie

-Kurwa, kurwa, kurwa-powtarzał pod nosem. Starał się jak najdokładniej wytrzeć ślady, których kilka zrobił w mieszkaniu. Gdy stwierdził, że wszystko w porządku, pośpiesznie zbiegł po schodach. Biegł przez ulicę otuloną welonem zimnej mgły. Po kilkuset metrach zatrzymał się. Zapalił papierosa. Ciężko oddychał. Minęło tak dobre kilka minut. Postanowił wrócić do „Wojaka”, w którym ostatnio rozmawiał z Glacą. Uspokoił się. Uświadomił sobie dosyć ciekawy fakt. Mianowicie taki, że to już trzecie, większe miasto w którym mieszkał i że zawsze podczas jego obecności w tych miejscach były same problemy. Nie rozumiał tego dobrze. Myślał, że może to przez swoją ogólną aparycję, przyciągał marginalne towarzystwo. Ale to były tylko jego nieistotne w tej chwili przemyślenia. Mgła się zwiększała. Przed jego oczyma rozpościerała się mleczna tarcza z punkcikami światła. Przypomniał sobie reklamę piwa „Dog in the fog”. Przejechał kawałek autobusem, z przystanku do ”Wojaka” było już niedaleko. Miał nawet bilet. W autobusie były śmieszne kasowniki wybijające dziurki w bilecie. Jak dwadzieścia lat temu. Wysiadł, udał się niepewnym krokiem do lokalu. Glaca jeszcze tam siedział. Podszedł do niego:- Znalazłem trupa

-O, kurwa- wycedził Glaca. Widać było jak naprężają się jego mięśnie twarzy.

-Jej?- zapytał po chwili.

-Jego-odpowiedział.

Glaca wyraził ponownie tę samą ekspresję sprzed kilku sekund. Tym razem ”Kurwa” było słychać w połowie lokalu.

-Wisiał mi siano

-Mi też..

-Dużo?

- Sporo..Brzmiała odpowiedź.

-A chuj z tym wszystkim. Każdemu jest przypisany jego dzień-powiedział Glaca.

Glaca podobnie jak on wierzyli w przeznaczenie, nie wierząc w Boga ani innych Bogów. Uważali, że życie nie jest przypadkowe, że rządzą nim reguły, które jeszcze nie zostały poznane. W tej kwestii byli idealnie zgodni.

- Co chcesz zrobić? -zapytał

-Nie wiem- Odparł Glaca. Musimy odzyskać siano, jest mi potrzebne.

- Mnie jeszcze bardziej..

-Jutro sie umówmy, a w międzyczasie przemyślmy.

–Tak.

- To nara..

-Nara

Poszedł do domu, czując wewnętrzny niepokój. Wszedł do mieszkania, trochę zjadł. Po wzięciu prysznica zauważył rozerwane opakowanie „Calypsolu”. Odłożył je na półkę. Poszedł spać.

Nazajutrz obudził sie wcześniej niż zwykle. Poszedł do sklepu, zjadł śniadanie i zaczął rozmyślać nad planem działania. Maciej -osoba, która była winna mu pieniądze nie żyła. Tak nawiasem mówiąc, to on Macieja nawet lubił. Wypili wspólnie niejedną butelkę wódki.

Dzwonił po znajomych, jednak musiał minąć pewien okres czasu, zanim czegoś się dowiedział. Po pierwsze, część ludzi mówiła niechętnie, po drugie, część osób dowiedziała sie o tym zabójstwie właśnie od niego.

Okazało się, że Maciej miał przed śmiercią poważną sumkę pieniędzy, o czym wiedziało kilka osób. Poza tym, Maciej mieszkał u Marty, właśnie na Opolskiej, która była heroinistką i prostytutką. Z pierwszego faktu Maciej zdawał sobie sprawę, z drugiego niekoniecznie. Zresztą już teraz było to niemożliwe do sprawdzenia.

Więc pozbierane fakty przedstawiały się następująco: Maciej miał ostatnio dużo pieniędzy i żył z prostytutką Martą, zaś w mieszkaniu Marty znaleziono jego zwłoki i najmniejszego śladu po Marcie. Rozwiązanie zagadki wydawało się banalnie proste. Trzeba znaleźć Martę i zabrać jej pieniądze, zanim zdąży je rozpierdolić.

Zadzwonił do Glacy. Ten przytaknął. Musimy znaleźć tę sukę. Bezwarunkowo.

Umówili się na szóstą po południu.

Była dopiero dwunasta w południe. Był zestresowany, spięty. Bał sie, że może przyjść do niego Policja, a byłoby z wielu przyczyn lepiej, gdyby tak się nie stało. Zachciało mu się zapalić. Zadzwonił do Thomasa

- Masz kulkę?- zapytał,

-Mam.

-To za pół godziny tam gdzie zawsze.

W międzyczasie zadzwonił do niego znajomy a właściwie trójka znajomych, z propozycja spotkania się. Zaprosił ich na palenie. Zgodzili się. Thomas przyjechał punktualnie.

Siedzieli w czterech w jego samochodzie ustawionym przed przekrzywiona brama prowadzącą do ogrodów pracowniczych. Czarny powoli rozwijał kulkę. Jarek wygładzał na szybie kawałek folii aluminiowej. Czarny rozwinął, nasypał na folię solidną porcję brązowego proszku. Błysnął płomień zapalniczki. Wdychane opary zmieniły sposób myślenia wszystkich uczestników. W samochodzie było słychać tylko wdechy i wydechy.

-Nie wydaje wam się, że to gówno nas zmienia, stajemy się, kurwa kimś innym..-rzucił nie zastanawiając się szczególnie nad sensem.

-Eee...No coś w tym jest. Inaczej myślimy, inaczej czujemy, inaczej przeżywamy emocje. Też mam wrażenie, jakbym stawał się jakimś jebanym zombie.-rzucił Jarek

-Nie pierdol, kurwa nasyp. A ty trzymaj długo w płucach, marnujesz dobry towar.

-No ten jest zajebisty, kurwa. Nie taki jak wczoraj. Zrób coś. Włącz pierdoloną muzykę i daj mi papierosa..

-Dobra, dobra. Na chuj wy tyle myślicie?

Zbliżała się trzecia po południu. Odwiózł towarzystwo do centrum i zaparkował w jednej z bocznych uliczek w okolicy. Było kilka minut po trzeciej. Zamknął na chwile oczy. Obrazy zaczęły się przesuwać..

Mieli po kilka lat. Mieszkali na nowopowstającym osiedlu z wielkiej płyty. Bawili sie w załogę G. U niego w domu nigdy nie było w porządku. Zawsze były awantury. Dzień po dniu. Słyszał głos pijanego ojca..Nagle wszystko się rozwiało. W okno samochodu pukał bileter parkingowy.

-Bilecik proszę,

--Proszę bardzo.

Zbliżała się osiemnasta. Pojechał w kierunku Glacy. Juz jakiś czas prowadził samochód, sądowo pozbawiony uprawnień. Wiedział, że się w końcu nie uda. I to w najbardziej kulminacyjnym momencie. Ale póki co stał w korku, oczekując na zielone światłoSpotkali się z Glacą na hotelowym parkingu. Wysiedli z samochodów, zapalili papierosa.

Wiedzieli od kogo zaczną poszukiwania. Od Kęsego. Kęsy był inwalidą, jeździł na wózku. Prowadził melinę w samym centrum miasta. Zawsze można było do niego przyjść. I przychodzili wszyscy: złodzieje samochodów, handlarze narkotyków, prostytutki. Można tam było spotkać cały margines. Wjechali powoli na podwórku bloku ,Glaca wlazł przez okno, otwierając mu drzwi. Było kilka osób, ale ani śladu Marty. Była za to Patrycja, też dziwka, która dobrze znała poszukiwaną.

-Gdzie ona jest-zapytał Glaca.

-Nie wiem-wydusiła Patrycja.

-Dobrze wiesz szmato-gdzie ona jest -wrzasnął Glaca.-Zajebać ci?

- Jest u Araba, tam jej szukajcie-wydukała Patrycja ze łzami w oczach

-Okej- powiedział Glaca.-Ale jak kłamiesz, to tu wrócę i ci tak wpierdolę, że przez rok nie znajdziesz amatora.

Wyszli, pojechali na stacje benzynową. Zatankowali. Zjedli po dwa hot-dogi. Zapalili znowu. W końcu zostawili jego samochód na parkingu, przesiedli się do samochodu Glacy i wyruszyli do Araba. Mieli kawałek do przejechania, więc wspominali dawne czasy.” Jak to było kiedyś..”. W końcu dojechali na miejsce. Arab nie otwierał. Ale bardziej podświadomie niż świadomie czuli, że są w środku.

- Bo ci wypierdolę drzwi- wrzasnął Glaca.

Drzwi sie otworzyły. Wyszedł Arab

-Jest u ciebie Marta?.

-Nniee.

Glaca go odsunął i wszedł do wewnątrz mieszkania. Na tapczanie siedziała Marta. Glaca podszedł i od razu uderzył ją w twarz.

-Dlaczego to zrobiłaś?.

-Nic nie zrobiłam, przyrzekam. Znalazłam go takiego, wystraszyłam się i uciekłam.

-Kłamiesz-powtórzył Glaca.

-Nie, przyrzekam na wszystko, to nie ja to zrobiłam.

- Masz pieniądze-zapytał.

-Mam. Sięgnęła do torebki, wyciągając rulony dwustuzłotowych banknotów. Glaca zaczął liczyć: -Jest dla mnie, jest dla ciebie i jeszcze zostało dla niej.

Dobra spadamy stąd. –powiedział Jeremi. W momencie otwierania drzwi mieszkaniowych usłyszeli wrzask

-Policja, na ziemię!!

Po 48 godzinach wyszedł z aresztu. Co najważniejsze z pieniędzmi. Nie postawiono mu żadnych zarzutów, pomimo że zdążył już dobrze poznać tutejszy wymiar sprawiedliwości. Był zadowolony, chociaż padał deszcz i co chwile musiał ścierać drobniutkie kropelki z twarzy. Nadepnął na podmytą płytkę chodnikową, spod której trysnęła woda, zalewając mu pół nogawki- Kurwa-zaklął pod nosem. Poszedł do najbliższej restauracji, zamówił schabowego z kiszoną kapustą i setkę wódki. Zjadł, wypił, zadzwonił do Glacy. Glaca tez był już na wolności, podczas rozmowy dowiedział sie, że Martę też zwolnili. Czyli jednak to nie była ona..

Zabójstwo Macieja, niewiele go w sumie obchodziło. To znaczy nie do końca, ale..miał ważniejsze sprawy na głowie. Ważne, że miał pieniądze, bo dzięki temu miał zapewniony byt na najbliższe dni. Poszedł do domu, po kilkunastu minutach usłyszał dzwonek do drzwi. Przyszło dwóch znajomych. Jeden z butelką wódki, drugi z plecakiem Desperados. Wyszła całkiem fajna imprezka. Po dwudziestej wszyscy się rozeszli. Sprzątając ze stołu, zauważył niedokończone opakowanie „Calypsol’. Zastanawiał się przez chwilę, czy uciekać w sny. Uciekł..



Przed oczyma przesuwał mu się kalejdoskop barwnych obrazów. Spotkał sie późnym popołudniem z Marleną na gorzowskim rynku. Chodzili, trzymając się za ręce po mieście. Bawił sie jej delikatnymi palcami. On pił gin z tonikiem a ona go całowała. Wtedy wydawało mu się, że ich związek jest tak blisko w jego zasięgu, jak nigdy dotąd. To był czas, kiedy dobrze kradł w Niemczech; miał sporo pieniędzy. Wynajął mieszkanie, tylko z tą myślą, że uda im się zamieszkać razem. Dzwonili do siebie codziennie, mówiąc dziesiątki czułych słów. Czuł sie bardzo szczęśliwy, mając ją przy sobie. Pewnego dnia wszystko sie rozleciało. Sielanka nie trwała długo. To była słoneczna niedziela. Stojąc na balkonie, powiedziała mu, że wyjeżdża. Do znajomych we Wrocławiu.. W gardle miał kluskę. Wiedział, że to nie są żadni znajomi, tylko jakiś palant. Prosił ją :

-Nie jedź.

-Pojadę...muszę.

–Proszę..

-Nie proś, proszę..

Wyjechała we środę. Dochodził do siebie bardzo długo; przez pierwsze dni nie mógł w ogóle funkcjonować. Leżał pijany od dziesiątej rano, co chwile sprawdzając „Wiadomości przychodzące”. Po jakimś czasie zaczął pracować, poznał Dorotę. Z miesiąca na miesiąc obraz Marleny sie zacierał, powoli zachodził mgłą. Zaczął pracę nad doktoratem. Rozpoczął kolejne studia w Krakowie i Poznaniu. Czuł sie dowartościowany. Minęło kilka lat. Któregoś dnia na ćwiczeniach z fizjologii zwierząt zadzwonił telefon..Marlena..:” czy możemy chwilkę porozmawiać?..”

Byłoby dużo lepiej, gdyby nie zadzwoniła. Ale zadzwoniła..

Wybudził się z narkotycznego transu, był środek nocy. Spojrzał na telefon. Trzecia piętnaście. Zobaczył obrazek koperty na wyświetlaczu komórki. Treść wiadomości go zmroziła. Na niebieskim ekranie świecił sie na czerwono napis ”UWAŻAJ”

Zaczął sie zastanawiać nad zniknięciem z miasta. Potrzebował czegoś nowego. Miał mieszkanie w Poznaniu. Wprawdzie było ono wynajmowane, ale zawsze mógł zerwać umowę. Mógł też wynająć inne. Poznań był dla niego miastem bliskim, w końcu przemieszkał tam kilka lat. Tam poznał Dorotę. Zastanawiając się nad sobą przez chwilkę pomyślał, że chyba miał szczęście w życiu, bo przeważnie trafiał na dobrych ludzi. Dorota, była bezdyskusyjnie osobą dobrą. Tylko..nie miała tego czegoś..Mimo wszystko spędzili ze sobą szmat czasu, bo prawie cztery lata. Czasami bywało całkiem fajnie. Gotowali sobie jedzenie. Palili blanty, chodzili na piwo. No i nie czuli sie samotni. Na całe szczęście nie dała się wciągnąć w heroinę, chociaż obydwoje byli już na skraju przepaści.

Zasadniczo nie mieli większych problemów. Główny problem tkwił w tym, że on cały czas szukał kogoś innego. Bezustannie. Taka pogoń za czymś, co było z zasady niedefiniowalne. Za namową Doroty, jeździli trochę po świecie- wycieczka na Kretę pozostanie na zawsze w jego wspomnieniach. Wypożyczyli samochód i objeździli wyspę wzdłuż i wszerz. Prawie razem spadli w przepaść. Byłoby idealnie, gdyby ją kochał. Ale on jej nie kochał. To wiedział na pewno. Z kibla herakliońskiego lotniska wysyłał sms-y do Marleny. Znów upłynęło trochę czasu, doszło do tego, że między nim a Dorotą pojawiły się plany matrymonialne. Z perspektywy czasu można było zauważyć, że dobrze się stało, że nie zostały zrealizowane.

Mimo wszystko Dorota zostanie na zawsze w jego pamięci. Cztery lata bez jednej kłótni. Wspólne wyjazdy do Berlina, wspólne znajomości z arabskimi dealerami. Wspólne aplikowanie sobie mieszanek kokainowo-heroinowych, po których uprawiali dziki seks. Wspólne chrupanie pieczonych skrzydełek niedaleko stacji Jannowitzbruecke. Mnóstwo wspólnych wspomnień. I już tylko wspomnień..Nadszedł taki dzień, w którym już nie było wyboru: vivre ou survivre...

Siedział tak w jednym z wielu szczecińskich pubów i rozmyślał. Wypił juz trzy piwa i zaczynał mieć lekki mętlik w głowie. Wiedział, że to piwo nie będzie tym ostatnim. Nigdy nie udało mu się skończyć na trzech piwach. Raczej po ośmiu. Był w stanie który lubił, a którego jednocześnie nienawidził. Uwielbiał stan świadomości po alkoholu, ale wiedział, że ani nie prezentuje, ani nie myśli wtedy najlepiej. Tych samotnych rajdów po knajpach uczył sie latami. Bywał w swoim życiu już w większości knajp w Szczecinie. Zastanawiał się nad najbliższą przyszłością. Wariant wyjazdu wydawał mu sie bardzo prawdopodobny. Zamierzał zrealizować go w ciągu najbliższych dni. Zadzwonił do Thomasa. Miał wyłączony telefon. Było to o tyle dziwne, ponieważ Thomas miał zawsze włączony telefon. Zawsze. Nawet o drugiej, czy trzeciej w nocy. A tu informacja, że abonent jest wyłączony. Fakt ten zastanowił go na tyle, że odmówił kolejnego piwa. Zaczął dzwonić po znajomych. Nikt nic nie wiedział. Thomas rozprowadzał heroinę, a problem był taki, że w Szczecinie heroiną nikt nie handlował. W tym biznesie nie rządziły prawa rynku. W Szczecinie i Poznaniu browna nie można było znaleźć, natomiast we Wrocławiu i Zielonej Górze nie było z tym żadnego problemu. Widocznie ktoś chciał, żeby tak było. Szedł ulicami omijając po drodze kałuże. Brudna woda chlapała mu na nogawki spodni. Doszedł do Placu Rodła. Spojrzał na budynek, w którym kiedyś ,przez kilka lat mieszkała Marlena. Przypomniał sobie jak jej cytował Broniewskiego ”(...)Róża polną gałęzią cierniową/wrosła we mnie bym nie mógł odejść/to dlatego krwawi każde słowo/to dlatego tak boli młodość(..)”Jeszcze raz spojrzał w okna jej byłego mieszkania, w oknach świeciło się światło-ktoś tam mieszkał. Otrząsnął sie, wsiadł do pierwszego tramwaju w kierunku Niebuszewa. Poszedł do Mukiego. Muki był bardzo specyficznym człowiekiem; Był zabawny i inteligentny. W czasach, gdy handlował amfetaminą, trzymał ją pod portretem Jezusa. Lubił jego towarzystwo, bo był wyjątkowo antydołujący. Zapukał do drzwi. Cisza. Zapukał jeszcze raz. Cisza. Zadzwonił do Glacy-Nie wiesz, co sie dzieje z Thomasem?

-Ponoć znaleźli jego samochód dwadzieścia kilometrów od Szczecina. Spalony.



-Co ty pierdolisz?!

-Niestety, przepowiednie czasami się sprawdzają.

-Kurwa, tutaj się robi dziki zachód. Chyba trzeba stąd spierdalać..

-Tutaj zawsze był dziki zachód, tylko tak na to nie patrzyłeś..

Znali się wszyscy od dobrych paru lat. Zaczynało sie od kradzionych samochodów. Stare czasy. Były takie noce, kiedy w Szczecinie ginęło kilkadziesiąt aut. Później doszedł handel narkotykami i oczywiście burdele. Wojna trwała cały czas; co jakiś czas znajdowali trupa a pobicia były standardem dziennym. Swojego czasu wszyscy w tym siedzieli, dziwne jest to, że przyjaźń czy sympatia kilku osób przetrwała te niełatwe czasy. Pomijając fakt, że sami przetrwali. Był czas, że każdy polował na każdego. Teraz Szczecin był całkiem inny .Półświatek zszedł z ulicy do podziemia.

-Jeśli potrzebujesz czegoś, to mów, bo wczoraj zrobiłem zdążyłem jeszcze zrobić całkiem niezłe zakupy

-Potrzebuję. Kulkę, albo dwie. i...a masz tą ketaminę, którą ostatnio sprzedawał?

-Mam, nawet dwadzieścia ampułek i nie jest mi specjalnie potrzebna. Zatrzymam sobie z trzy ampułki a resztę mogę ci spokojnie dać..

-To przyjedź do mnie za godzinę

-Okej

Poszedł do domu, zaczął zmywać naczynia, później włączył odkurzacz. Po jakimś czasie odezwał sie dzwonek domofonu. Wchodził Glaca.

-Kurwa, wszystko się pierdoli- zaczął na wstępie

-Wiem, brzmiała odpowiedź- spierdalam do Poznania albo Wrocławia.

-W Poznaniu już byłeś-Powiedział Glaca.

-To dobrze i źle, znam ludzi, ale ludzie znają mnie. Poznań to nie Nowy Jork. Ale mimo wszystko mam tam chatę i dużo przyjemnych wspomnień.

-Jak uważasz, ale masz racje, lepiej spierdalaj, tutaj sie robi niebezpiecznie.

-Taa..

Wziął od Glacy dwie kulki, kilka tabletek ekstasy i cała ketaminę, która tamten przy sobie posiadał.

Jedna kulkę rozwinęli, zapalili. Jeremi włączył muzykę, gadali o dupie Maryny przez cały wieczór. Było przyjemnie. Glaca wyszedł po północy.

Jeremi długo nie mógł zasnąć. Bał się. Na szczęście mógł bać się tylko o siebie, bowiem rodziny nie posiadał. Mimo wszystko nie chciał zostać znaleziony z przestrzeloną głową w podmiejskim lasku. Gdy w końcu zasnął, świtało.

Następnego dnia obudził go łomot do drzwi: - Policja. Proszę otworzyć.

-Już-krzyknął.

Otworzył drzwi-policjanci weszli do mieszkania.

-Czy zna Pan Tomasza Krzaczewskiego. A właściwie to raczej znał, ponieważ znaleźliśmy jego zwłoki. W związku z tym zapraszamy Pana na komisariat.

-Znałem go, ale słabo. Nie jestem w stanie wiele Państwu pomóc...Nie wiedział nawet, że Thomas miał nazwisko Krzaczewski.

-Mimo wszystko, zapraszamy..

Ubrał się i pojechał z nimi. Przesłuchanie trwało cztery godziny, a on odpowiadał właściwie jednym słowem

-Nie wiem..

W końcu go wypuścili. Poszedł do domu, spalił trochę browna, żeby zobojętnieć emocjonalnie i zaczął pakować swoje rzeczy. To znaczy przerzucał je na dwie kupki, te które idą do śmietnika i te które zabiera. W końcu przygotował bagaż. Zniósł go do samochodu. Zapalił papierosa i głęboko zaciągnął się dymem. Włączył telefon. Ten go poinformował o nieodebranych połączeniach od Agaty. Zadzwonił do niej. Zapytała go, czy nie weźmie jej ze sobą do Poznania, bo ma kilka rzeczy do załatwienia. O wyjeździe dowiedziała się od Glacy.

-Dobrze, nie ma sprawy, odpowiedział.

Agata była osoba o specyficznej osobowości. Była bardzo inteligentna a jednocześnie w jakiś sposób szalona. Lubił spędzać czas w jej towarzystwie, z czasem odkrył, że właściwie nigdy się ze sobą nie nudzili. Dlatego zgodził sie na tę propozycję.

Wszedł do baru mlecznego, zamówił filet rybny z ziemniakami. Przeżuwając posiłek intensywnie myślał o ostatnich wydarzeniach. Dwa trupy. Nie wiedział, czy są ze sobą powiązane. Nie wiedział dlaczego zginął Maciej, bo dlaczego zginął Thomas, mógł chociaż podejrzewać. Niby te sprawy nie dotyczyły jego samego, ale czuł, że grzebiąc sie w tym wszystkim, wystawia sie na celownik. I ten nocny sms. Przeszły go ciarki.

Wyszedł z baru, kierując sie w stronę ulicy Wojska Polskiego. Ominął leżący na chodniku, przewrócony kosz na śmieci. Po drodze wstąpił do knajpy, bo nabrał nieziemskiej ochoty na zimne piwo.

Myślał dalej..Maciej miał przed śmiercią dużo pieniędzy..Może wziął coś od kogoś i się nie rozliczył. Hipoteza była prosta ale prawdopodobna. Thomas..Odstrzelili go za zły wpływ na miejscowy rynek. Coraz więcej ludzi przerzucało sie z marihuany na brown sugar. Ktoś na tym tracił. Zapłacił za swoje piwo, wyszedł.

Wziął prysznic i usmażył sobie jajecznicę. Zadzwonił do Agaty:

-Będziesz na ósmą?

-Dostosuję się-brzmiała odpowiedź.

Była osiemnasta. Było szaro i ponuro. Lekka mgła unosiła się nad chodnikami. Przechodnie pochowali się w niej przed całym światem. Przeszedł sie jeszcze raz po centrum: Śląska, Jagiellońska, Plac Grunwaldzki. Na Alei Fontann zaczepił go menel. Prosił o coś do jedzenia. Kupił mu parówki. Zauważył szczęście w oczach tego człowieka. Dziwnie sie poczuł.

O ósmej zadzwonił domofon. Odebrał, to była Agata. Zaprosił ją na kawę. Poprosiła, żeby zszedł na dół i spakował jej ciuchy. Zszedł, po chwili wrócili razem. Zaczęła opowiadać jak nakręcona, poprawiło mu to humor w ciągu kilku minut. Zawsze tak było, jej obecność bezsprzecznie poprawiała mu humor. Wsiedli do auta, Agata postawiła kozak w przerwie pomiędzy fotelami

-Co ty robisz? - spytał.

-To na drogę-powiedziała Agata, wyciągając z kozaka 0,75 l wódki żołądkowej gorzkiej. Roześmiał się.

-Dalej jesteś stuknięta.

Teraz ona się roześmiała-nic się nie zmieniło.

Poczuł jak heroina, znajdująca sie w jego mózgu przestaje działać. Wyciągnął kulkę, nasypał na folię.

-Co ty kurwa robisz- prawie krzyknęła Agata.

-Jestem uzależniony od jakiego czasu- powiedział.-ale to jest ostatnia kulka, którą mam.

-I co dalej? - zapytała Agata

- Zamierzam przestać

-To nie będzie takie łatwe, trochę się pomęczysz..

-Wiem.

Pomyślał o tych kilku nadchodzących tygodniach, które go czekały. Bał się. Wiedział, że będzie cholernie cierpiał. I że nic nie będzie proste. Zatrzymał się na czerwonych światłach. Agata odkręciła butelkę. Światła zmieniły kolor na zielone. Wyjeżdżali ze Szczecina..

Było już ciemno, gdy dojeżdżali do Gorzowa. Butelka wódki była opróżniona w połowie. Jeremi wpadł na pewien pomysł:

-Może zostałbym w Gorzowie kilka dni, zanim nie dojdę do siebie..?

-Jak chcesz, ja tak czy tak , muszę jechać do Poznania, ale mogę za to pojechać jutro.

W Gorzowie miał grupkę znajomych, na których mógł zawsze liczyć. Zadzwonił do Zebiego.

-Mogę wpaść do ciebie na kilka dni, mam pewien problem?

-Jasne, dzisiaj właśnie będzie mała imprezka, wpadaj śmiało.

-Ale ja nie jestem sam..

-Tym lepiej- roześmiał się Zebi w słuchawce.

W mieszkaniu Zebiego było kilkanaście osób. Wszyscy byli weseli, podkręceni. Poznał starych znajomków. Wszyscy się ucieszyli ze wspólnego spotkania. Gorzów był jednym z miejsc, które były dla niego szczególnie ważne. Był miastem w którym się wychował, tutaj kończył szkołę średnią. Dzięki temu, chcąc, nie chcąc, znał pół miasta. Podczas tego wieczoru było naprawdę przyjemnie. Było dużo marihuany i męski striptiz. Wypili pokaźną ilość wódki, po czym zmęczony usnął na kanapie.

Rano obudziły go skręty. W slangu narkomańskim oznacza to silne bóle występujące po odstawieniu heroiny. Wymiotował, czuł się strasznie połamany i był w stanie totalnej depresji. Z godziny na godzinę było coraz gorzej. Poprosił Zebiego, żeby ten załatwił mu Transtec, ewentualnie Tramal. Gdy Zebi wrócił z butelką Tramalu, on był już na granicy szaleństwa. Mięśnie bolały go jeszcze bardziej niż rano, depresja się pogłębiła, do tego wszystkiego doszła jeszcze biegunka. Wypił prawie gram Tramalu. Po jakimś czasie bóle częściowo ustąpiły. Ale tylko częściowo. Nadal odczuwał objawy odstawienia tego syfu. Fizyczne i psychiczne. W międzyczasie Agata pojechała do Poznania samochodem, który jej pożyczył. Zaś on siedząc na kiblu rozmyślał w jakie gówno się wpakował. Dwa trupy, niejasna sytuacja co do przyszłości i jeszcze te skutki wielomiesięcznej zabawy. Miał do siebie pretensje, że tego nie przewidział.

Trzy dni biegał między łóżkiem a ubikacją. Czwartego dnia nastąpiła lekka poprawa. Ktoś załatwił mu Transtec. Przykleił plaster, piątego dnia czuł, że wszystko wraca do normy. Następnego dnia obudziła go muzyka płynąca z odbiornika postawionego w kuchni” Je me souviens d’un phare, je me souviens d’un signe, d’une lumiere dans le soir, d’une chambre anonyme..”Słyszał tę piosenkę po raz drugi w życiu. Pierwszy raz usłyszał ją w Krakowie, w jakimś hostelu. Wspomnienia wróciły, jakby ktoś wcisnął przycisk ”on”.

Było lato. On stał na peronie krakowskiego dworca, oczekując na pociąg z Wrocławia. Pociąg przyjechał punktualnie. Zauważył ją z daleka, wyglądała jak zwykle ślicznie. Przytulili się mocno. Wieczorem chodzili po rynku trzymając się za ręce, sprawiając wrażenie, jakby byli ze sobą dziesięć lat. Jak zwykle ilość tematów przekraczała czas, na który mogli sobie pozwolić. Gdy się całowali, on myślał, że los może sie jeszcze odwrócić. Następnego dnia odprowadzał ja na dworzec. Miał w oczach łzy, gdy wsiadała do pociągu. Pociąg ruszył, Marlena zamachała mu przez okno, później wysłała sms-a , że bardzo tęskni. Po kilku miesiącach wzięła ślub.

Wrócił do rzeczywistości. Czuł się juz całkiem dobrze, postanowili zrobić sobie wieczorek pożegnalny. Kilka butelek piwa, parę blantów. Nastawił budzik na siódmą rano, żeby zdążyć na pociąg do Poznania.



Poranek był deszczowy. Wycieraczki cyklicznie zbierały strumienie wody spływające po przedniej szybie taksówki. Zatrzymali się przed dworcem. Zapłacił za kurs po czym wszedł do budynku stacji. Przy kasach nie było kolejki, w związku z tym bilet otrzymał natychmiast. Po kilku minutach wsiadł do pociągu, który wjechał na peron. Pociąg był prawie pusty, więc mógł sobie pozwolić rozsiąść się wygodnie. Połknął kilka tabletek Relanium, dlatego, że nie czuł się jeszcze całkiem zdrowy, odczuwał takie chore, patologiczne pobudzenie, z powodu którego nie mógł się zrelaksować. Po niecałej godzinie wysiadł z pociągu w Krzyżu. Spojrzał na tablicę odjazdów, pociąg do Poznania był dopiero za godzinę. Wyszedł do miasta, gdzie skierował sie w stronę pierwszej, otwartej ”Żabki”. Kupił trzy butelki „Desperados”. Wrócił na stację i usiadł na ławce stojącej na peronie. Wypił trzy butelki jedną po drugiej. Obok niego stała grupa Chińczyków

-Do you have a cigarette for me?- spytał jednego z nich.

-Yes. of cours- odpowiedział tamten, podając mu papierosa

Spalił papierosa, po kilku minutach usłyszał z głośników trzeszczący głos pani, zapowiadającej przyjazd pociągu do Poznania. Pociąg wjechał na peron. Wszedł do środka. Usiadł w przedziale, w którym siedziała młoda, ładna dziewczyna. Zmierzyli siebie wzrokiem, jednak nie powiedzieli do siebie słowa przez całą podróż. Podróż zresztą nie trwała długo. Wyszedł na peron poznańskiego dworca. Wsiadł do tramwaju, pojechał do swojego mieszkania. Usiadł na kanapie. Zadzwonił do Glacy:

-Co nowego?

-Źle. Pytają się o pieniądze, które wzięliśmy. Ponoć nie były one dla nas. Chcą, abyśmy je oddali. I to z procentem.

-Ładny chuj..

- Ja już tych pieniędzy nie mam.

-Ja też

-Co zrobimy?

-Nie wiem, ale jak się do nas dobiorą, będzie nieciekawie.

Wyłączył telefon, zamyślił się.

Zadzwonił do Agaty. Umówili się w jednej z knajp na Starym Rynku. Oddała mu kluczyki od samochodu. Po krótkiej rozmowie rozstali się.

Wrócił do swojego mieszkania, wziął prysznic, podgrzał w mikrofalówce obiad, na koniec się przebrał. Wyszedł do miasta. Pogoda trochę się poprawiła, widać było ludzi spacerujących po chodnikach. Przeszedł się po centrum, postanowił pójść na piwo do jednej z knajpek przy Starym Rynku. Miał w Poznaniu dwa ulubione miejsca, w których spędzał czas nad kuflem piwa. Innych lokali nie tolerował. W jednym z nich spędzał przez długi czas wszystkie piątkowe i sobotnie wieczory, do drugiego chodził głównie na afterparty. Usiadł, zamówił piwo. Od razu pojawili się znajomi. Po kilku godzinach intensywnych, pijackich rozmów, zmienił lokal. W drugim lokalu panował olbrzymi tłok. Dopchał się do baru z piwem po dobrych kilkunastu minutach. Zamówił kufel piwa, wypił, zamówił drugi kufel. Gdy odchodził od baru poczuł szturchnięcie i znajomy głos:

-Jeremi?

-Kinga?!



Nie widział jej kilka lat. Kiedyś przyjaźnili się blisko. Spotykali się często, lecz ich spotkania nigdy nie przekroczyły granic przyjaźni. Znajomość się rozluźniła, kiedy Kinga poznała jakiegoś faceta. Spotkania zamieniły sie w kilka telefonów i sms-ów. Z czasem zapomniał o niej. Teraz stał naprzeciwko przyglądając się jej. Była bardzo ładna, upływające lata podkreśliły jeszcze jej kobiecość. Na jej twarzy widniał szczery uśmiech. Na jego zresztą też. Obydwoje cieszyli sie z nieprzewidzianego spotkania. Prawie jednocześnie zadali pytania:

-Co u Ciebie..?

Opowiedział jej historię ostatnich kilkunastu miesięcy, zasmuciła się.

-Przykro mi, że tak się u Ciebie potoczyło..W sumie, masz trochę problemów.

-Mam, niestety. Ale dzisiaj to nie jest ważne. Napijemy się wina?

- Jasne. Czerwonego, półwytrawnego?

-Oczywiście..

Kupił butelkę wina. Kelner nalał dwie lampki.

Tym razem ona zaczęła opowiadać o swoim życiu. Jej facet dawno odszedł, jest sama, czuje się samotnie, dlatego samotnie upija się w lokalach. Chociaż nie do końca samotnie, bo zawsze się ktoś przysiądzie. Tak się jakoś zawsze składa. Pomyślał, że ona właśnie chce, żeby tak właśnie sie układało.

-Co robisz poza tym-spytał.

-Pracuję w klubie-odpowiedziała

W klubie-pomyślał. Kinga była bardzo inteligentną osobą, dla której praca w klubie kompletnie nie pasowała. Przemilczał to. Butelka wina powoli się opróżniała. Rozmawiali o wszystkim. Od miłości po politykę. W międzyczasie w klubie zrobiło się luźniej. Część osób rozchodziła się do domów. Butelka zrobiła się pusta. Zamówili kolejną butelkę wina. Wraz z wypitym alkoholem, Jeremi czuł, że zaczynają się do siebie niebezpiecznie zbliżać. W tym czasie podeszła do stolika para z zapytaniem, czy mogą się przysiąść.

-Tak-powiedział Jeremi, czując, że to najlepsze rozwiązanie. W klubie było gęsto od dymu tytoniowego, towarzystwo było coraz bardziej pijane. Nazywał to miejsce „wysypiskiem śmieci”, ponieważ zbierali się tu ludzie inteligentni, kulturalni, jednakże prawie każdy z bywalców tego klubu miał jakiś problem z samym sobą. Można było tam spotkać zarówno osiemnastolatków jak i pięćdziesięciolatków. Większość z problemami.

Rozmowa z Kingą się urwała. To dobrze-pomyślał. Nie chciał iść z nią do łóżka, nie potrafił sprecyzować dlaczego, ale czuł, żeby lepiej tego nie robić. Dopili drugą butelkę wina. Para, siedząca przy ich stoliku wyszła z lokalu. On także czuł, że powinien juz stąd wyjść. Była czwarta rano. Starał się sobie przypomnieć ile razy spał tu z głową na stoliku..Dużo.

-Jedziemy do mnie?- zapytała Kinga

-Dobrze-odpowiedział po chwili wahania.

Taksówkarz zatrzymał się pod sklepem, kupili kolejna butelkę wina. W jej mieszkaniu nalał sobie pełną szklankę i po krótkiej chwili milczenia zapytał:

-Czym ty się naprawdę zajmujesz?

-Dlaczego chcesz wiedzieć?

-Chcę, więc..

-Milczenie trwało tym razem dłuższą chwile. Po czym odpowiedziała:

-Jestem prostytutką, czy jak wolisz kurwą. Przeszkadza ci to?

-Nie.



Następnego dnia obudził go kac. Otworzył oczy, przez chwilę zastanawiał się, gdzie tym razem się znajduje. Spojrzał na leżącą obok Kingę, co natychmiast przypomniało mu o zakończeniu wczorajszego wieczoru. Poszedł do kuchni, otworzył lodówkę. W lodówce dostrzegł pół butelki wódki. Nalał sobie pół szklanki, wypił. Błyskawicznie poprawiło mu to nastrój. Wrócił do pokoju, budząc owiniętą pościelą, półnagą Kingę

- Cześć kochanie- powiedziała, otwierając oczy

-Cześć kochanie- odpowiedział

-Już się obudziłeś, co robisz?-zapytała

-Piję wódkę- odpowiedział zgodnie z prawdą

- To nalej mi też- poprosiła

-Jasne.

Przyniósł z kuchni dwie szklanki, rozlał to co zostało w butelce, szklanki postawił na szafce

-Otwórz, proszę szufladę- poprosiła go aksamitnym głosem.

Otworzył, w szufladzie leżał pokaźny worek z marihuaną oraz kilka paczek bletek.

-Skręcisz-zapytała

-Taaa. Odpowiedział bez namysłu.

Wział bletkę, nasypał do niej trawkę zmieszaną z tytoniem, zawinął. Postukał jointem kilka razy o blat biurka, aby zawartość się ułożyła, odpalił, podał Kindze. Zaciągnęła się głęboko.

- Co robimy?- zapytała.

- Nic-odpowiedział. Zaraz muszę pojechać do domu.

-Dlaczego?

-Mam kilka spraw do załatwienia.

Kłamał. Nie miał nic do załatwienia, ale nie chciał zostać u niej. Czuł potrzebę wyjścia, podświadomość robiła swoje, a on nie chciał z nią walczyć.

- Skręcisz jeszcze jednego- poprosiła

- Skręcę- odpowiedział, po czym sprawnie wyprodukował drugiego jointa.

Spalili go szybko. Ubrał sie, przemył noszącą ślady imprezy twarz, założył buty.

-Idę- powiedział

-Zadzwonisz do mnie- spytała

-Jasne-odpowiedział, naciskając klamkę.

Wyszedł na zewnątrz. Było jeszcze dość wcześnie rano. Spojrzał na zegarek. Ósma trzydzieści. Postanowił napić sie piwa. Pojechał na dworzec PKP, obok którego znajdowały sie blaszane budy w których serwowano piwo. Wszedł do środka, ominął grupkę meneli, zamówił piwo i usiadł przy najbardziej oddalonym stoliku. Zamyślił się. Zastanawiał sie nad Kingą. Poznał w życiu dużo prostytutek. Co najmniej połowa była ładna, inteligentna, z klasą. Kiedyś, gdy jeszcze nie korzystał z ich usług, wyobrażał sobie prostytutki jako kobiety prymitywne, o niskiej inteligencji. Już po pierwszych kontaktach zmienił zdanie. Na całkowicie przeciwne. Cóż, nie pierwszy raz zaskoczyło go życie.

Zamówił kolejne piwo. Wypił je szybko. Wstał, zarzuciło go na ścianę. Wyszedł z baraku, kierując sie w stronę domu. Po kilku minutach uświadomił sobie, że nie da rady dojść o własnych siłach. Wpakował się do pierwszej napotkanej taksówki. Zapłacił, wtoczył sie do mieszkania, położył na kanapie. Zadzwonił do Glacy. Glaca miał wyłączony telefon. Zaskoczył go ten fakt, jednak zaskoczenie rozpłynęło sie w ogarniającej go senności.



 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2

To jest już lekka przesada! Rozumiem długi wpis w KONKURSOWYCH, bo tam raczej nie powinno się blokować opowiadania. Jeśli do jutra TEGO nie skrócisz - blokuję opowiadanie. Może to na Ciebie jakoś wpłynie, bo powtarzanie, że nie należy robić tak długich wpisów, nie działa. Pamiętaj, że to jest jawne łamanie regulaminu.


Rozumiem, że może Cię długo nie być, ale nieobecność nie tłumaczy, iż wcześniej trzeba było myśleć, zanim złamałeś regulamin. Zgodnie z poniższym - blokuję wpis. Proszę zgłosić się do Moderatorstwa.


Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.