Nie pytaj o wczoraj  zobacz opis świata »

Dopis 1:Była jedną z tych , które bały się jutra...

 

Cassie 64

Od: 11.01.2007,aktywny: dawno temu

Tekstów: 3,

Dopisów: 181,


Była jedną z tych, które bały się jutra. Każdego dnia wklepywała w wątłą twarz tony kremu odmładzającego, jakby chciała w ten sposób zatrzymać czas. Przez wieczność być podziwianą przez wszystkich, młodą, atrakcyjną, dobrze zarabiającą. Zatrzymać tą chwilę w kadrze życia. Prawdę mówiąc, Pawłowi wydawała się wtedy pustą istotą, postrzegającą swoją wartość jedynie przez kryterium urody. Nie znał jej za dobrze, a niefortunnym zbiegiem okoliczności pierwszy raz ujrzał ją podczas zakupów. Skręciła nogę w jego obecności, więc uprzejmie zaoferował, że odwiezie ją do lekarza. Egoistka, jak nazywał ją w duchu, słuchając jej monotonnych opowieści o sobie. Z poczuciem ulgi odstawił ją tuż obok ogromnej willi i odjechał w kierunku swojego życia. Nie spytał jej o imię, nie zamierzając kontynuować znajomości. Przypadkowe, z pozoru tylko, spotkanie miało jednak zaważyć na jego późniejszym życiu. Paweł stał wtedy u progu życia, miał osiemnaście i pół roku, maturę w kieszeni i marzenie o studiach medycznych. Jako wychowanek domu dziecka nie miał jednak wystarczających funduszy. Poszedł do pracy, a zarobione pieniądze przeznaczał na czynsz wynajmowanego mieszkania. Nie wymagał zbyt wiele od życia, dlatego omijały go niespodzianki. Był oszczędny, pozwalając sobie od czasu do czasu na większy zakup, na przykład kilkunastoletniego Forda w całkiem dobrym stanie. Mówili o nim, optymista, wesołek. Każdego potrafił rozbawić, rozweselić. Nikt nie wiedział, że nigdy w swoim życiu nie zaznał miłości. Od chwili urodzin, kiedy jego matka, jakaś smarkula porzuciła go pod drzwiami przytułku, przez nieszczęśliwą młodość, aż do dzisiaj. Nikt nigdy go nie wybrał. Ani, gdy był malutkim, ponoć rozkosznym, berbeciem, ani później. Pewnie dlatego utworzył pancerz ochronny i samotność pustego domu rekompensował podwójnie w pracy, zyskując sympatię otoczenia. Wszystko było w porządku do czasu, kiedy ją spotkał. Spoglądając na jej lekko zapadłe policzki, mocno pokryte różem i pudrem, stwierdził, że jej wiek oscylował między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia. Miała znajome oczy. Wtedy, w ułamku sekundy, pomyślał, że mógłby ją nawet polubić. Kiedy jednak zaczęła opowiadać o swoim, przepełnionym luksusem, a mimo to pustym życiu, stwierdził, że nie nawiąże się między nimi nić porozumienia. Ona, widząc brak zainteresowania na jego twarzy uznała podobnie. Nim odjechał, zauważyła na jego szyi złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie kotwicy. Była niemal pewna, że już go gdzieś widziała.



Magda była dziewczynką z dobrego domu. Takiego, w którym o pewnych sprawach się milczy, a inne udaje. Tatuś, poważany w okolicy człowiek, przez dwie kadencje burmistrz miasteczka, zawsze jej powtarzał, że powinna być grzeczna i miła dla gości. Przez dom przewijało się wielu ludzi, więc mała Madzia, urocze dziewczątko w jasnych loczkach i bladoróżowych policzkach, zabawiała ich piosenkami i wierszykami. To nic, że fałszowała, czy przekręcała słowa. Oni klaskali, tatuś zacierał dumnie dłonie, a mamusia uśmiechała się ze łzami w oczach. Magda czuła się uwielbiana. Z czasem przestała śpiewać, ale jej zachwycająca uroda sprawiła, że mogła uczestniczyć w rozmowach. Jasne z natury włosy układały się w lekkie fale, a przeciętnie zielonoszare oczy dodawały jej tajemniczości. Nadal zabawiała gości, aż w końcu pewien wzięty fotograf obiecał jej karierę modelki i szansę opuszczenia miasteczka bez perspektyw. Zgodziła się pojechać z nim na casting. Były słoneczne wakacje, więc rodzice zgodzili się na jej wyjazd. Nie wiedzieli, że, gdy całowała ich na pożegnanie, widzieli ją po raz ostatni. Te wakacje Magda, szesnastoletnia, małomiasteczkowa panienka, zapamiętała do końca życia. Poznała smak pierwszej miłości, alkoholu i sławy. Stała się przez wszystkich wielbiona, o czym marzyła. Fotograf spełniał wszystkie jej zachcianki, dlatego nie potrafiła dostrzec, że traktował ją jak zwykłą zabawkę. Porzucił ją, gdy dowiedział się, że jest w ciąży. Wtedy poczuła, jakby życie wymierzyło jej siarczysty policzek w twarz. Przez kilka miesięcy błąkała się po ciemnych zaułkach miasta. Niekiedy ktoś pozwolił zatrzymać jej się na kilka dni. Miała nieodparty wdzięk, którym zjednywała otoczenie. Głos rozsądku mówił, że powinna wrócić do domu. Jednak wiedziała, że oznaczałoby to przegraną i całkowitą rezygnację z marzeń. Dziecko urodziła zimą, na kilka dni przed świętami. Był to chłopiec. Drobny, o maleńkich rączkach i nóżkach. Opatuliła go cieplutko i położyła przed drzwiami szpitala. Obtarła łzy i ucałowała jego zaróżowione policzki, a na szyję założyła złoty wisiorek. Dostała go od ojca, gdy z pomyślnymi wynikami ukończyła podstawówkę. Mimo że było to zaledwie rok wcześniej, wydawało jej jakby minęła cała epoka. Odbiegła potem szybko, wiedząc, że to niedobry czas na sentymenty. Zatrzymała się u emerytowanej nauczycielki, która pomogła jej przebrnąć przez okres licealny. Potem założyła własną firmę. Była wielbiona, ceniona i podziwiana. Mimo to czuła w sobie pustkę. Jakby bezpowrotnie utraciła część siebie.



Od chwili, gdy go zobaczyła nie mogła spokojnie spać. Nie odezwał się słowem, kiedy odwoził ją do lekarza. Niepotrzebnie tyle opowiadałam o swojej pracy, przeszło jej przez myśl, podczas przełączania kanałów telewizyjnych. Miała urlop do czasu regeneracji zdrowia. W pustym, ogromnym domu czuła się samotnie. Miała nikłą nadzieję, że może spotkany przed kilkoma chłopiec odwiedzi ją. W końcu, jak przypuszczała, był jej synem. Wierną kopią swojego ojca. Jedynie włosy miał jaśniejsze, ciemny blond, płowiejący w blasku letniego słońca. Paweł. Jej mały synek z rozkosznymi dołeczkami w policzkach. Przedstawił się, oferując swoją pomoc, gdy siedziała na chodniku, masując obolałą stopę. Była zbyt zaskoczona, by móc cokolwiek powiedzieć. Współcześnie ludzie rzadko poświęcali swój czas na pomoc nieznajomym. Spojrzała na duży, zabytkowy zegar z kukułką. Była już za dwadzieścia dziesiąta. Znudzona doszczętnie głupim filmem o odnawianiu więzi z dorastającymi dziećmi wyłączyła telewizor. Za chwilę miała przyjść Julka, młodziutka córka sąsiadów, chcąca trochę dorobić w wakacje. Wesoła, pełna energii osiemnastolatka, opowiadająca jej o planach maturalnych, imprezach urodzinowych przyjaciół. Miała ciemne włosy, związane zazwyczaj w luźną kitkę i pogodne, brązowe oczy. Nie była zbyt wysoka, raczej drobna, o chudych, patykowatych nogach. W krótkich szortach i trykotowej koszulce wyglądała na znacznie młodszą niż w rzeczywistości. Była jednak szybka i zwinna, dlatego ze sprzątaniem jej domu uwijała się w miarę szybko. Dzisiaj postanowiła poprosić ją o pomoc w znalezieniu Pawła. Wiedziała, jak ma na imię, jak wygląda i jakim samochodem jeździ. Granatowym Fordem Fiesta. Tylko czy te informacje mogły wystarczyć, by odnaleźć jedną osobę w kilkuset tysięcznym mieście? Magdalena doskonale zdawała sobie sprawę z bezcelowości swojego planu. Gdzieś w głębi duszy miała jednak nadzieję, że uda jej się stworzyć więź emocjonalną z synem. I, że dzięki temu zapełni pustkę w swoim sercu. Momentami nienawidziła siebie za decyzję podjętą niecałe dziewiętnaście lat temu. W takich chwilach uciekała w pracę. Jako szefowa agencji reklamowej często miała pełno roboty i świadomość, że jest niezastąpiona zagłuszała jej wyrzuty sumienia. Opanowała to wręcz do perfekcji. Toteż nadmiar wolnego czasu bolał ją bardziej niż skręcona noga. Zgrzyt zamku w drzwiach. To Julia, roześmiana jak zwykle, przyszła do pracy. Miała własne zapasowe klucze.

- Dzień dobry, jestem już! – krzyknęła już od progu.

Gdy zauważyła łzy w oczach swojej pracodawczyni na chwile umilkła.

- Co się stało? – spytała z autentycznym współczuciem w głosie, nieśmiało i tonę ciszej niż zazwyczaj.

- Widziałam się z moim synkiem.



- Kim chciałbyś być, Pawełku? – spytała kierowniczka domu dziecka, gdy kończył gimnazjum.

Planowała początkowo umieścić go w zawodówce, podobnie jak wielu jego rówieśników. Wiedziała jednak, że wyróżniał się na tle uczniów swojej szkoły wybitnymi wynikami w nauce. Dlatego, w ramach wyjątku, postanowiła spytać go o jego marzenia, ambicje. Odparł, że chciałby być lekarzem. Matka jego najbliższego przyjaciela umarła na raka. Jego marzeniem było ratowanie ludzkiego życia i głównie to zaważyło o jego decyzji. Udało mu się dostać do jednego z lepszych liceów w mieście. Przez trzy lata zmagał się nie tylko z nadmiarem nauki, ale też z kpinami kolegów. W szkole nabijali się z niemodnego ubioru i braku pieniędzy na uczestnictwo w wycieczkach i imprezach, a w domu dziecka dawni kumple nazywali go kujonem. Paweł jednak nie zwracał na to uwagi. Wierzył naiwnie, że otrzymana wiedza pomoże mu w życiu. Po maturze musiał opuścić placówkę i rozpocząć życie na własny rachunek. Chwytał się każdej pracy, by móc po roku spróbować zakosztować studenckiego życia. Był dostawcą pizzy, kurierem, a nawet zwykłym robotnikiem typu „przynieś, podaj, pozamiataj” w supermarkecie. W międzyczasie sprzedał samochód i zapamiętał godziny odjazdów tramwajów spod jego osiedla. Nauczył się pokory i cierpliwości, a czas wolny, którego nie miał jednak zbyt wiele poświęcał na pracę wolontariusza w hospicjum. Zaprzyjaźnił się z kilkuletnią, chorą na białaczką dziewczynką oraz sympatyczną staruszką. Pogodną i pogodzoną z losem. Traktowała go jak własnego wnuka; jej prawdziwy wyjechał przed kilkoma laty do Londynu do pracy i tyle go widziała. Obdarzała go matczyną miłością i troską. Obydwoje byli sobie potrzebni. Pierwszy raz w swoim dziewiętnastoletnim życiu Paweł nie był samotny. Święta spędził w towarzystwie podopiecznych hospicjum. Pełnił rolę świętego Mikołaja, rozdającego chorym dzieciom prezenty. Uśmiechy na ich twarzach i świadomość bycia im potrzebnym były dla niego największym prezentem. W nowym roku intensywniej zabrał się do pracy i do nauki. Zamierzał zdawać na studia, jednak obawiał się, że nie zdoła się dostać. Maturę, co prawda, zdał rewelacyjnie, ale obawiał się, że na medycynę dostaną się przede wszystkim dzieciaki ze znajomościami. Przyszywana babcia pocieszała go, że na pewno mu się uda. Był dobrym człowiekiem, a poza tym miał ambicje. Gdy dostał e-maila od uczelni, na którą składał papiery zatrzęsły mu się dłonie, a kubek z trzymaną herbatą upadł na podłogę. Odpowiedź była twierdząca.



Pierwszy dzień był dla niego okropny. Zabłądził w olbrzymim budynku akademii i pomylił sale, w których miały się odbyć zajęcia. Żałował, że nie znał nikogo, kto mógłby mu pomóc, ale nie poddawał się. Zatrzymał się przy dużej planszy z rozpiską wszystkich pokoi. Zapamiętał to miejsce. Obok znajdowała się stołówka, z której dochodził nieprzyjemny odór przypalonej kapusty. Paweł wzdrygnął się.

- Przepraszam – zagadnęła go nagle drobniutka szatynka w białej bluzce. – Nie wiesz może, gdzie jest sala – wyjęła z kieszeni dżinsów niewielką karteczkę. – 438.

- Właśnie jej szukam – uśmiechnął się zawadiacko. – Paweł.

- Julia.

Dziewczyna nie skojarzyła wysokiego, przystojnego blondyna z poszukiwanym niegdyś synkiem sąsiadki. Zresztą, w tym roku w okresie wakacyjnym pracowała na gospodarstwie swojej ciotki na wsi i nie miała kontaktu z sąsiadką. W ciągu roku szkolnego, kiedy dość ostro wkuwała też rzadko zwracała na nią uwagę; w końcu zapomniała o zadaniu i o pracy w jej rezydencji. Wszystko to stało się przeszłością; nieistotnym „wczoraj”. Teraz istniała tylko chwila obecna. Razem z Pawłem szli na spotkanie organizacyjne, stając się z każdą sekundą sobie bliżsi. Odkryli wiele wspólnych zainteresowań, a ich swobodną rozmowę przerwało dopiero pojawienie się przed szukaną salą. Obydwoje wybuchli śmiechem i, przepraszając grupę za spóźnienie, zajęli miejsca obok siebie. Od tego dnia stali się niemal nierozłączni, zarówno na zajęciach, jak i po nich. Julia została wolontariuszką w tym samym hospicjum, co Paweł, a chłopak długie, jesienne wieczory spędzał w dużym domu dziewczyny. Nie skojarzył dzielnicy bogatej dzielnicy z miejscem zamieszkania kobiety, którą przelotnie zobaczył rok wcześniej. Nie pamiętał jej nawet. Stopniowo za to zaczął poznawać uczucie miłości. Miał też szansę okazać się bohaterem. Gdy okazało się, że jedyną szansą uratowania życia małej Kamilce (dziewczynce, z którą zaprzyjaźnił się w hospicjum) jest przeszczep szpiku kostnego, postanowił jej pomóc. Okazało się, że w całej rodzinie nie znalazła się osoba, która spełniałaby odpowiednie warunki. Paweł postanowił poddać się badaniom i gdy dowiedział się, że mógłby być jedynym, odpowiednim dawcą, nie wahał się. Nie obchodziło go, że może opuścić się w nauce, ani protesty Julii. Po latach, tuż po tym jak zgodziła się wyjść za niego za mąż, wyznała, że podziwiała go za jego upór i poważną decyzję. Dzięki tej sytuacji zrozumiała, że potrafił się poświęcić dla zdrowia obcej dziewczynki i że będzie dobrym lekarzem. Przytaknął jej bezwiednie, żałując, że nie opowiedział Julii o swojej przyjaźni z Kamilką. Zamiast tego pocałował, a wieczorem planowali swoją przyszłość. Widzieli ją wtedy w różowych barwach.



Stary dom, z którego odpadło kilka płatów białego tynku stał na skraju lasu i niewielkiego miasteczka. Mieszkała w nim kiedyś dwójka starych ludzi, były burmistrz i jego niepracująca żona. Nie mieli żadnych krewnych. Ich jedyna córka, według opinii wszędobylskich plotkarek, uciekła ze swoim fagasem gdzieś z kraju. Ładna była, miała powodzenie wśród miejscowych, ale nie wiedziała sama, czego chciała. Któregoś dnia dom od gminy odkupiło młode małżeństwo, natychmiast biorąc się za remont generalny. Niektórzy, w przystojnym, jasnowłosym lekarzu doszukali się rysów nieśmiałej żony burmistrza. Plotki krążyły, jednak ważniejszym wydarzeniem było otwarcie nowej przychodni. Paweł i Julia szybko stali się uwielbiani przez miasteczkową ludność. Ich życie toczyło się sielankowo, dopóki mężczyzna nie poruszył tematu dziecka. Wtedy spokojna zazwyczaj Julia wpadła w panikę, twierdząc, że najpierw chciałaby ugruntować swoją pozycję zawodową i finansową, a dopiero potem pomyśli o posiadaniu potomka. Że to ona będzie przez dziewięć długich miesięcy w ciąży, będzie musiała wstawać do ryczącego dzieciaka po nocach i gotować lekkostrawne obiadki. Potem rozpłakała się histerycznie. Paweł nie odzywał się. Był wściekły, że ich wizje szczęścia różnią się diametralnie. Nie potrafili się porozumieć, jednak nie chcąc dawać mieszkańcom miasteczka kolejnego tematu do plotek, udawali zgodne małżeństwo. Codziennie po pracy chodzili na długie spacery, uśmiechając się do przechodniów. Wieczorami, gdy mężczyzna znów zaczął wspominać o dzieciach, zaczynali się kłócić. Paweł próbował tłumaczyć Julii, że chciałby stworzyć normalną rodzinę. Taką, jaką można zobaczyć na zdjęciach w folderach biura turystycznego. Mama, tata, dwoje dzieci plus pies, koniecznie czarny w białe łaty pod brodą.

- Zawsze marzyłem o takiej rodzinie – wyznawał, gdy znużona ciągłymi uwagami męża wychodziła z pokoju. – Nie rozumiesz! Całe życie marzyłem o rodzinie!

Paweł miał nieco dziecinne wyobrażenie szczęścia. Starał się dążyć do stworzonej w dzieciństwie wizji przyszłości i myślał, że Julia, jako jego żona, podporządkuje mu się. Jednak Julia zmęczona ciągłą grą wyjechała bez słowa pożegnania. Samotność sprawiła, że popadł w depresję. Zatęsknił za dawno zmarłą „babcią”, powierniczką jego kłopotów. I małą Kamilą, która z pewnością już dorosła. Czasami zastanawiał się, jak byłoby, gdy teraz ją spotkał. Ciekawiło go, czy nadal byłaby dla niego przyjaciółką. Był pewien, że z ładnej dziewczynki stała się piękną kobietą. Dziwiło go tylko, że za każdym razem, gdy ją sobie wyobrażał, miała twarz Julii. Któregoś dnia znalazł w szufladzie zabytkowej komody czarno – białe zdjęcie, na którym jasnowłosy aniołek uśmiechał się od ucha do ucha. „Magda, 2 lata” przeczytał na odwrocie fotografii. Nie wiedział, dlaczego, ale czuł, że z tą dziewczynką „coś” go łączy. Jakaś niewidzialna więź. Był ciekaw, jak potoczyły się jej losy. Czy jest szczęśliwa?



Magdalena zapaliła papierosa. Coraz rzadziej spoglądała w lustro, widząc że każdego dnia przybywa jej zmarszczek. Była nieszczęśliwa. Nie udało jej się odnaleźć synka, a wyczerpująca praca zaczynała ją nużyć. Starzała się. Już nie była interesującą kobietą; potencjalnych kochanków, którzy w uprzednich latach umilali jej samotne weekendy, nie mogła skusić ani sztucznym biustem, ani złotą kartą kredytową. Coraz częściej myślała o powrocie w rodzinne strony. Wiedziała jednak, że nie ma, czego tam szukać. Dom, w którym mieszkali jej rodzice, pewnie opustoszał. Zrezygnowała więc, coraz bardziej pogrążając się w apatii. Decyzję o powrocie podjęła przypadkowo. Niegdyś żywiołowa i wygadana Julka sąsiadów, teraz raczej przygaszona, odeszła od męża i wróciła do dawnego domu. Spotkały się przypadkiem.

- Nie pytaj mnie o wczoraj – rzekła zagadnięta dziewczyna. – Dusiłam się w tej małej mieścinie. Nie mogłam tam być.

Była wyraźnie zmieszana; wyglądała, jakby miała ochotę się rozpłakać.

- Rozumiem. Nie musisz się tłumaczyć – odparła i wreszcie zrozumiała, że nie może dłużej tu zostać.

Jeszcze tego samego dnia spakowała najpotrzebniejsze rzeczy do skórzanej walizki. W nocy nie potrafiła usnąć. Wpatrywała się w krążące w powietrzu niewielkie płatki śniegu, rozpuszczające się pod wpływem dodatniej temperatury. Już nie bała się jutra. Jak marnotrawna córka miała powrócić do domu, ubrać choinkę starymi ozdobami i udawać, że wszystko jest w porządku. Jutro trzydzieste piąte urodziny miał jej syn. Pogodziła się już z myślą, że nigdy go nie zobaczy. Następnego dnia włożyła walizkę do dużego bagażnika. Zamknęła puste mieszkanie, włączyła alarm. Nawet jeśli czuła się przez chwilę bohaterką tandetnego melodramatu, nie mogła zapomnieć o prozaicznych aspektach życia. Złodzieje nie próżnują w czasie świąt, pomyślała. Potem odpaliła swój elegancki samochód i rozpoczęła podróż w kierunku dawno zapomnianych miejsc.



Sama nie wiedziała, czego się spodziewała. Dom wyglądał całkiem inaczej; niegdyś białe ściany pokryte były żółtą farbą, a drewniany dach szczycił się teraz ciemnobrązową dachówką. Okna były z brązowego drewna, a tuż na metalowej bramie widniał bilboard z reklamą prywatnej przychodni lekarskiej. Siedziała w samochodzie, bezmyślnie wpatrując się w zapalone w pokoju światło. „Ktoś już tutaj zamieszkał” pomyślała zrezygnowana. Była niemal pewna, że ów obcy człowiek wyrzucił wszystkie, rodzinne pamiątki. Nie zdziwiłaby się, gdyby tak było; nie stanowiły przecież dla niego żadnej wartości. Rozpłakała się, sama nie wiedząc, co się z nią dzieje. Nigdy przecież nie było sentymentalna. Siedziała z twarzą, ukrytą w dłoniach. Z eleganckiego koka wysunęło się kilka kosmyków jasnych włosów. Nagle zauważyła, że ktoś zapukał w okno jej samochodu. Podniosła wzrok, widząc tylko zarys postaci. Szczupły, wręcz chorobliwie chudy mężczyzna w luźnej kurtce, przyglądał jej się z pewną nieśmiałością.

- Dobry wieczór – uśmiechnął się lekko. – Może wejdzie pani do środka. Zrobił się straszny ziąb.

- Nie chcę panu przeszkadzać. Pewnie spędza pan teraz spokojny wieczór z rodziną.

Zmieszał się. Nawet w ciemności dostrzegła, że momentalnie przygryzł wargę i odwrócił wzrok.

- Nie musi się pani o to obawiać – odparł sucho. – Nie mam rodziny.

- Przepraszam – zająknęła się. – Nie wiedziałam.

- Nic nie szkodzi – mruknął niewyraźnie. - Co panią tu sprowadza? Gdyby była pani pacjentką, z pewnością nie płakałaby pani w samochodzie.

- Nie, nie – zaprzeczyła. Po prostu... kiedyś tutaj mieszkałam – wyznała.

- Pani Magda? – spytał, uśmiechając się. – Dziewczynka z fotografii. Proszę wejść. Zrobię gorącej herbaty. Jeśli ma pani jakiś bagaż, wniosę go. Od dawna chciałem panią poznać – wyjawił. – Miałem dziwne uczucie, że mamy ze sobą coś wspólnego.



Gorąca herbata parzyła ją w język. W świetle kuchennej lampy zobaczyła, że mężczyzna ma znajome szarozielone oczy, które po latach wydały jej się bardziej szare. Jasne włosy były krótko obstrzyżone i przeszyte kilkoma siwymi pasmami, ale nie miała wątpliwości. Mieszkańcem jej dawnego domu był Paweł, porzucony przed kilkudziesięcioma laty synek, który miał największe prawo, by ją za to znienawidzić. Przez dłuższą chwilę obydwoje milczeli. W końcu Magdalena złożyła mu, jakby mimochodem, życzenia urodzinowe. Zdziwił się, skąd znała datę jego urodzin. zdecydowała się powiedzieć mu, że jest jego matką. Zastygł na moment, przyglądając się jej w zadumie.

- Wiedziałem – odparł. – Powinienem się tego domyślić od samego początku. Czułem z panią jakąś dziwną, nieokreśloną więź.

- Nie nienawidzisz mnie za to, że cię zostawiłam? – spytała z wyraźną konsternacją.

- Byłaś wtedy głupim dzieciakiem – uśmiechnął się, z lekkim przekąsem. - Wybrałaś taką, a nie inną drogę. Rozumiem to. Skosztowałaś luksusu i nie miałeś ochoty zmieniać swojego życia. Wybrałaś dla nas obu najlepsze rozwiązanie.

- Nie pytasz mnie o powody? – zdziwiła się.

- Po co? Nie chcę rozdrapywać przeszłości – zirytował się. – To już nieistotne.

- Mogłabym tutaj zostać do świąt?

Zgodził się. Przez te kilka dni udawali zgodną, kochającą się rodzinkę. Magdalena, nie zważając na łamiące się paznokcie, dzielnie szykowała potrawy wigilijne. Paweł zadzwonił do Julii z życzeniami, zapraszając ją na wigilię. Powiedziała, że nie może mu nic obiecać. Tamtego dnia w miasteczku zdarzył się wypadek. Paweł, jako lekarz, musiał pojechać w celu udzielenia pierwszej pomocy. Okazało się, że kierowca ciężarówki wyszedł bez szwanku, a ranny jest tylko starszy mężczyzna, jadący luksusowym samochodem. Gdy Paweł badał go w swoim gabinecie, długo i z pewnym niedowierzaniem mu się przyglądał.

- Przepraszam – zagadnął w końcu. – Nie zna pan może Magdaleny Rudnickiej, kiedyś tu mieszkała?

- Jestem jej synem – uśmiechnął się. – Zna pan moją matkę?

Mężczyzna zamilkł. Wyglądał, jakby nad czymś usilnie się zastanawiał. Przypomniał sobie dzień, w którym Magda powiedziała mu o ciąży. Nawrzeszczał na nią, a ona uniosła się honorem i uciekła. Szukał jej potem przez całą jesień, w końcu zrezygnował. Dostał szansę pracy w Paryżu; nie mógł zrezygnować. Wielokrotnie jednak myślał o uroczej dziewczynie. Na emeryturze wrócił do kraju. Miał przeczucie, że Magdalenę znajdzie w domu, w którym się wychowała.

- Jest tutaj? – spytał syna; bo tego, że opiekujący się nim lekarz był jego synem, nie miał wątpliwości.

- Tak, przyjechała do mnie na święta – uśmiechnął się. - Miał pan szczęście, że przyjechał pan akurat teraz. Postanowił spędzić z nimi wigilię. Podobnie jak oni czuł się samotnym człowiekiem, któremu życie przeciekało przez palce. Gdy usiedli do stołu, słuchając emitowanych w radiu kolęd, zadzwonił dzwonek do drzwi.

- Czyżby niespodziewany gość przyszedł? – zażartował Paweł, idąc otworzyć, a jego rodzice wybuchli śmiechem.

Za drzwiami stała Julia, trzymając w dłoniach niedużą paczkę.

- Cześć, przywiozłam ci prezent.

- Witaj, zapraszam do stołu. Mam nadzieję, że zjesz z nami kolację – zaproponował.

- Z nami?

- Cóż, w ciągu kilku dni okazało się, że mam rodziców. Po kłótni, jaką mama urządziła mojemu ojcu i po jego, nieudolnych zresztą, przeprosinach, zgodnie stwierdzili, że w święta nie powinni się kłócić.

- Żartujesz? – w oczach Julii zapłonęło zainteresowanie.

Na chwilę z trzydziestokilkuletniej kobiety poważnej stała się małą, ciekawską dziewczynką. Paweł uśmiechnął się. Wziął płaszcz od kobiety i powiesił go na wieszaku obok futra matki. Zaprowadził ją, trzymając pod rękę do jadalni. Już po chwili zasiadła z nimi do stołu, dołączając do swobodnej dyskusji z cyklu: „o pogodzie”. Trudniejsze tematy z nienagannym taktem zostawiane są na później. Paweł uśmiechnął się do osób, które stały się dla niego namiastką rodziny.

 
1
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2

Za długie by przeczytać za jednym zamachem :)


Mam kilka uwag:


Egoistka, jak nazywał ją w duchu, słuchając.. – ja bym napisała „tak nazwał ją…”


a przeciętnie zielonoszare oczy dodawały jej tajemniczości. – jak wyróżniała się urodą, to jej oczy też raczej nie były przeciętne L


Miała urlop do czasu regeneracji zdrowia- to chyba nie opis przypadku klinicznego?


Miała nikłą nadzieję, że może spotkany przed kilkoma chłopiec odwiedzi ją.  – zabrakło słowa


W końcu, jak przypuszczała, był jej synem.- dopiero pisało, że nie zainteresował ją, a nagle ta pewność…



I przydało by sie rozdzielić osobne wpisy: ***, oraz akapitami opis jednego zdzrzenia - trochę przeszkadza w czytaniu.


Ale opo wciągające, wiec jeszcze dziś dokończę czytanie...:)




Okna były z brązowego drewna, a tuż na metalowej bramie widniał bilboard z reklamą prywatnej przychodni lekarskiej. – trochę karkołomne zdanie…


urodzin. zdecydowała się – po kropce Z


trochę za dużo się dzieje, jak na tak krótkie opowiadanie, ale za to, że się wzruszyłam, mimo zakończenia - miłego, jednak dla mnie zbyt wygładzonego - plusy  za wzruszenie, za szczerość tchnącą ze słow.


Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.