Była szara, milcząca i w moich dziecięcych oczach najpiękniejsza. Wara. Suka, półkrwi wilk.
Gdy byłam jeszcze niemowlakiem, latem, babcia zostawiała mnie na kocu pod olbrzymim kasztanem. Jednak już wtedy przejawiałam krnąbrne podejście do nakazów i zwykle w przeciągu krótkiego czasu, który babcia poświęcała na domowe zajęcia, pełzłam na poszukiwanie przygód wprost w duży ogród pełen kwiatów. Ponieważ jednak nigdy nie obierałam tych samych dróg, strażniczką moich poczynań była Wara. Babcia wracając na swój posterunek przy kocu i nie mając mnie w zasięgu wzroku, mówiła krótko: "przynieś". Pies posłusznie znikał w ogrodzie. Jak powiadają dorośli, którzy po latach opowiadali mi tą historię, gdy Wara wchodziła w ogród nie drgnął żaden kwiat, nic nie zaszeleściło. Nigdy nikt nie umiał określić, w której części ogrodu aktualnie pies przebywa. Wyłaniała się w pewnym momencie, trzymając w pysku mnie, za moje śpiochy, jakby niosła szczeniaka i kładła przed babcią. Podobno tak się przyzwyczaiłam do tych przenosin, że nawet nie płakałam. Ale także na mojej skórze nigdy babcia nie widziała psich zębów.
Gdy podrosłam, Wara stała się psem zaprzęgowym. Nie jednokrotnie zimą, wtulona w ciepłe kocyki, umieszczona w dużym koszu wiklinowym na bieliznę, przemierzałam ośnieżone ulice z psem zaprzężonym do sanek.
Tak, ten mieszaniec był wyjątkowy.
Któregoś dnia listonosz ignorując tabliczkę z napisem "Uwaga! Zły pies!" widząc, że furtka nie jest jak zwykle zamknięta na klucz nieopatrznie wszedł na teren ogrodu. Wszedł i to był ostatni świadomy ruch jaki wykonał. Jak później opowiadał, zdążył zrobić kilka kroków w stronę domu, gdy poczuł na plecach ogromny ciężar. Po chwili leżał rozciągnięty na ścieżce, bojąc się poruszyć choćby nawet mięśniem. Ne słyszał nic, szelestu, warkotu, nawet nie zdążył nic pomyśleć.
Uratowała go babcia, która z jakiejś tam przyczyny wybrała się do furtki.
Wara moja strażniczka.
Gdy byłam jeszcze niemowlakiem, latem, babcia zostawiała mnie na kocu pod olbrzymim kasztanem. Jednak już wtedy przejawiałam krnąbrne podejście do nakazów i zwykle w przeciągu krótkiego czasu, który babcia poświęcała na domowe zajęcia, pełzłam na poszukiwanie przygód wprost w duży ogród pełen kwiatów. Ponieważ jednak nigdy nie obierałam tych samych dróg, strażniczką moich poczynań była Wara. Babcia wracając na swój posterunek przy kocu i nie mając mnie w zasięgu wzroku, mówiła krótko: "przynieś". Pies posłusznie znikał w ogrodzie. Jak powiadają dorośli, którzy po latach opowiadali mi tą historię, gdy Wara wchodziła w ogród nie drgnął żaden kwiat, nic nie zaszeleściło. Nigdy nikt nie umiał określić, w której części ogrodu aktualnie pies przebywa. Wyłaniała się w pewnym momencie, trzymając w pysku mnie, za moje śpiochy, jakby niosła szczeniaka i kładła przed babcią. Podobno tak się przyzwyczaiłam do tych przenosin, że nawet nie płakałam. Ale także na mojej skórze nigdy babcia nie widziała psich zębów.
Gdy podrosłam, Wara stała się psem zaprzęgowym. Nie jednokrotnie zimą, wtulona w ciepłe kocyki, umieszczona w dużym koszu wiklinowym na bieliznę, przemierzałam ośnieżone ulice z psem zaprzężonym do sanek.
Tak, ten mieszaniec był wyjątkowy.
Któregoś dnia listonosz ignorując tabliczkę z napisem "Uwaga! Zły pies!" widząc, że furtka nie jest jak zwykle zamknięta na klucz nieopatrznie wszedł na teren ogrodu. Wszedł i to był ostatni świadomy ruch jaki wykonał. Jak później opowiadał, zdążył zrobić kilka kroków w stronę domu, gdy poczuł na plecach ogromny ciężar. Po chwili leżał rozciągnięty na ścieżce, bojąc się poruszyć choćby nawet mięśniem. Ne słyszał nic, szelestu, warkotu, nawet nie zdążył nic pomyśleć.
Uratowała go babcia, która z jakiejś tam przyczyny wybrała się do furtki.
Wara moja strażniczka.


