ELIKSIR MŁODOŚCI  zobacz opis świata »

Dopis 11:Ciche światło "Mgła już wyrusza...

« poprzedni dopis
 

Aletheia 112

Od: bardzo dawna,aktywny: dawno temu

Tekstów: 0,

Dopisów: 188,


CICHE ŚWIATŁO.
"Mgła już wyrusza. Rozpuszcza grzywę nad pustynnym szlakiem. Dlaczegóż podążasz wędrowcze drogą tych, co polegli w cieniu przepastnej głupoty?" – z Tajemnej Teczki.


Bob lubił drzewa. Uwielbiał godzinami wpatrywać się w zawiłe, fraktalne wzory na liściach. Pierwotne znaki prawdziwego języka natury. Kochał gładzić dłońmi spękany pień. Wyczuwać pod opuszkami tętno krążących we wnętrzu soków. Zwieszać się z gałęzi, wychwytując delikatną cyrkulację wiatru z oporem przeciskającego się między liśćmi.

Tak. Bob z pewnością lubił drzewa.
Nie trudno je lubić.
Szczególnie, iż tak mało dotyczą człowieka wpatrzonego w czubki własnych butów.
Lub butów swego przyjaciela.

Tego dnia dane było Bobowi oddawać się kontemplacji w cieniu jednego z najpotężniejszych drzew w całym Asgardzie. Boskiego Yggdrasila. Mężczyzna siedział u jego podstawy, pogrążony w dziewiczym zdumieniu, gdy żwawy wiewiór pacnął z gałęzi wprost na jego czuprynę, kryjąc się w gęstwinie włosów.
– Ktoś cię poszukuje – zawołał mały rudzielec.
– Tak, wiem. Wyczuwam go. Niebawem tu dotrze.
– I nie martwi cię to? On cię nie lubi.
– Zdarza się.
– Ja też cię nie lubię.
– Jeśli tak sądzisz, to pewnie mnie nie lubisz.
– I nie martwi cię to?
– A powinno? Nawet bogów nie wszyscy lubią!
– Bogów nie. Ale jest ktoś, kogo wszyscy lubią…
– Naprawdę? Któż to?
– Yggdrasil.
Bob zaśmiał się radośnie.
– Gdyby Yggdrasil zrzucał liście na zimę, założę się, iż znalazłby się ktoś, kto by go nie lubił…

Śpiewny odgłos fujarki rozległ się w ogrodzie Asów. To walkirie bawiły się u brzegu niewielkiego stawu. Jedna z nich zasiadała na kamieniu, przyciskając instrument do ust, wydawała z niego powłóczyste, piękne dźwięki. Pozostałe radośnie pluskały się w sadzawce, śmiejąc się przy tym gwałtownie i głośno. Bob przez chwilę przypatrywał się wesołemu pląsaniu nagich niewiast, ogarnął wzrokiem całą okolicę i pożegnał się z nią uśmiechem. Usadowił wygodnie na grzbiecie czapli siwej i wzbił się na jej ramionach w przestworza. Wysoko. Hen, do gwiazd.

***

John poczuł, że spada, zaś jego ciało zaciska się od wewnątrz, niczym gąbka z której opróżniana jest ciecz. Próbował złapać się za brzuch, ale niczego nie poczuł. Zupełnie jakby nie posiadał brzucha. Zmęczony podróżą, uchwycił się migoczących na horyzoncie barw, które pociągnęły go za sobą. Wkrótce w jego nozdrza uderzył powiew gorącego powietrza. Spadanie skończyło się, zaś cała jego istota wydawała się być otoczona sypką i ostrą substancją. John podniósł głowę i stwierdził, iż z całą pewnością znajduje się na pustyni. Nie była to jednak pustynia, jaką widywał na widokówkach z Egiptu, czy Tybetu. Piasek był niezwykle drobny, zaś jego kryształki białe, prawie przezroczyste. Nagrzane od słońca unoszącego się za plecami Johna.

John postanowił wstać, ale okazało się to niezwykle trudne. Ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Wydawało się zbyt ciężkie, zupełnie bezwładne. Przestał się tym jednak przejmować, gdy ujrzał idącego w jego stronę człowieka odzianego w pomarańczową szatę beduina.
– Bob? – John zapytał, zdawszy sobie sprawę, iż nawet nie otworzył w tym celu ust.
– Widzę, że dotarłeś na miejsce Johnie. Tak. Jestem Bobem Fareelem. Zapraszam cię do mej jaskini. – Wskazał w kierunku widocznych w dali skał.
– Moje ciało jest takie ciężkie…
– Zostaw je tutaj. Będzie bezpieczne. To moja prywatna pustynia. Nikt nieproszony jej nie odnajdzie, chyba że będę tego chciał – to mówiąc, rozsypał w powietrzu błękitną substancję, która przyniosła chłodny, kojący wiatr.
 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2

Gdyby rozpędzić mgłę, to może objawił by się Alchemik. Podejrzewałem że John w miejscu spotkania z Farelem zastanie tylko puste puszki po oleju, tymczasem jaskinia...może znajdzie się też czajniczek i uda się wypić łyk kawy?
Wspaniale czujesz puls życia, twoje drzewa istnieją naprawdę, czy uda się znaleźć ich wspólny mianownik z fabułą?
Przypomniała mi się pewna historia, która zdarzyła się dawno temu, w Indiach gdzie rządził mądry król. Pozwolił swojemu synowi wyruszyć w podróż, choć pewnie się domyślał że poza murami pałacu może on przeżyć szok. Historia jest bardzo piękna, swój finał znajduje w medytacji pod wielkim drzewem, gdzie cierpliwy książę doznaje oświecenia. Ważne jest że nie zwraca uwagi na iluzje które chcą go zawrócić z drogi.

Historia o panu zwanym Siddhartha Gautama? Faktycznie, nie zwróciłam uwagi, iż przypadkowo mogłam nawiązać do jego postaci... Brawo za wnikliwość i spostrzegawczość.

Drzewa oczywiście są tu bardzo ważne i myślę, że już domyślasz się dlaczego;)

Pamiętaj człowiecze, iż możesz jeszcze rozgonić mgłę, spotkać Alchemika i napić się przepysznej kawy w jaskini Farela... wszystko w zasięgu możliwości.

Pozdrawiam:)

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.