Śmieci, albo na przekór  zobacz opis świata »

Dopis 2:Część Pierwsza W każdej...

« poprzedni dopis
 

Cassie 64

Od: 11.01.2007,aktywny: dawno temu

Tekstów: 3,

Dopisów: 181,


Część Pierwsza



W każdej miejscowości znajdowały się osoby, uważane przez innych za nieszkodliwych wariatów. Taka właśnie była Anna. Poznałam ją przypadkiem. Stała wtedy przed drzwiami lombardu, a ja szłam do szkoły. W dłoni trzymała siatkę, zwykłą reklamówkę z logiem osiedlowego sklepiku, którą przekłuwał ostry szpikulec srebrnego świecznika. Jak każdego ranka zamierzała opchnąć jakąś część wyposażenia swojego hoteliku. Przed wejściem do budynku zawsze odczuwała chwilę zawahania. Wzrokiem pochłaniała przyniesione wcześniej znoszone rękawiczki i stare, zepsute zegary z kukułką zaklętą w środku. Wiedziała, że zanim wejdzie na betonowe schodki i otworzy drewniane drzwi, ma jeszcze szansę się wycofać. Nigdy z niej nie skorzystała, co zawsze mnie dziwiło. Wiedziałam o jej przywiązaniu do pamiątek po czasach świetności hotelu. Troszczyła się o swoje meble, tak samo jak matka pielęgnuje swoje dzieci.

- Dzień dobry - powiedziałam nieśmiało, zanim dotknęła mosiężnej klamki.

Spojrzała na mnie zaskoczona, a w jej oczach dostrzegłam niepokój.

- Czego chcesz? – spytała nieufnie, wręcz wrogo.

Speszyłam się.

- No, spytać, dlaczego pani sprzedaje coś, co pani kocha? - wyjąkałam, czując się trochę głupio.

Miałam wrażenie, że przeszkodziłam jej w codziennym rytuale. Pomyliłam się jednak.

- Myślałam, że jesteś jednym z tych dzieciaków, które nazywają mnie starą wariatką. Coś w tym jest, dziewczynko - powiedziała z pozorną obojętnością i wtedy odkryłam, że była bardzo samotna. -

Zaśmiała się fałszywie, sztucznie, jakby chcąc pokazać, że nic ją to nie obchodziło.

Ludzie starają się wierzyć, że są autentyczni w każdej sytuacji. Kłamstwa usprawiedliwiają koniecznością, fałszywą troską o drugą osobę, będące w istocie rzeczy próbą ochrony, mówiąc kolokwialnie, własnego tyłka. Od najmłodszych lat, często nawet nieświadomie, uczą się udawania. Począwszy od kontrolowania własnymi emocjami, wymuszania uśmiechów na potrzeby fotografii, czy zabaw, w których, niczym aktor, można przebierać w rolach. Dzieci bywają mistrzami w pozorowaniu niewinności. Duże oczy, delikatny uśmiech potrafią rozbroić nawet najbardziej wymagającego rodzica. Nie liczy się wtedy wybita szyba, czy bałagan w pokoju. Tak, manipulacji nauczyć się bardzo łatwo. Wraz z upływem lat, udawanie staje się jeszcze łatwiejsze. Ściąganie w szkole, drobne koloryzacje własnych przeżyć przed znajomymi. Udawanie uczuć przy jednoczesnej deklaracji wiary w miłość. Fałszowanie operacji finansowych. Wzbogacanie się cudzym kosztem. Wszystko jednak w granicach rozsądku, z nienagannym uśmiechem na ustach. Tak, uśmiech zbliża ludzi. To udawanie jednak nie jest najgorszym przewinieniem. Najgorsze jest oszukiwanie samego siebie. Kłamanie, że wszystko jest w porządku i, że nie potrzeba nikogo, kto mógłby pomóc w trudnych sytuacjach. Autodestrukcja. Uciekanie w różnego rodzaje uzależnienia, które przez chwilę pozwalają nie myśleć. Cudowne uczucie; szkoda tylko, że trwa chwilę tak krótką i gdy człowiek zaczyna przyzwyczajać się do tego substytutu szczęścia, urywa się. Potem wszystko zaczyna mieć jałowy smak. Strach przed cierpieniem powodował pogrążanie się w kłamstwach i budowanie wokół siebie bariery ochronnej. Wysokiego muru, którym odgradzali się od innych ludzi.

Rozmowa z Anną kosztowała mnie dużo więcej czasu, niż przypuszczałam. Odrobina mojego zainteresowania sprawiła, że kamienna maska opadła z jej twarzy, ukazując ludzkie oblicze zagubionej istoty. Mówiła szybko, oczyszczając się z dręczących ją myśli.

- To wszystko należało niegdyś do hotelu – wskazała na bibeloty na wystawie.

Tandetne i podniszczone, dla Anny miały wartość znacznie przekraczającą ich cenę. Nosiły w sobie wspomnienia lat tłustych, gdy pensjonacik oblegały tłumy. Dla właściciela lombardu były to zwykłe, bezwartościowe śmieci. Takie, które można kupić za tanie pieniądze i sprzedać znacznie drożej.

- Może choć ten świecznik pani zachowa? – spytałam. – Dam pani pieniądze.

Wygrzebałam z kieszeni pięciozłotówkę i podałam je kobiecie. Były przeznaczone na moje drugie śniadanie, ale wiedziałam, że Anna mogła od kilku dni chodzić głodna. Miałam nadzieję, że choć trochę jej pomogę.

- I niech pani nie traci nadziei – uśmiechnęłam się.

Na jej twarzy pojawił się niewyraźny grymas zadowolenia. Podziękowała i poszła w stronę osiedlowego sklepu.

Ruszyłam w stronę szkoły. Powoli, bez pośpiechu. Dopiero, gdy mijałam wieżę ratusza, zauważyłam, że było już grubo po ósmej. Ruszyłam więc w te pędy, co zakończyło się wyrżnięciem w krawężnik i stłuczonym kolanem. Z reguły starałam się wyszukiwać coś pozytywnego w każdej, nawet najgorszej sytuacji. Dlatego pocieszyła mnie myśl, że omijał mnie właśnie sprawdzian z matematyki.

 
« 1 2
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 0

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.