Pragnął aby nagle w jego głowie odezwał się jakiś głos, który powie mu co ma zrobić, który podejmie za niego decyzje. Nasłuchiwał. Na próżno. Żaden głoś się nie odezwał.
Obok niego upadł żołnierz, trzymając w dłoni oszczep. Broń, która wcześniej okazała się narzędziem zbrodni.
Mógł odejść. Teraz, kiedy jeszcze ma czas aby zapobiec nieszczęściu. Nawet powinien. Ale nogi za nic nie chciały się poruszyć z miejsca. Nie słuchały krzyku mózgu, który wiedział, że to jedyna szansa na wygraną. Remi nagle zrozumiał dlaczego. Nie usłuchały krzyku, bo on nie nadszedł. Nikt nie krzyczał. A teraz było już za późno. Tuż przed nim upadła dziwna istota o oczach pozbawionych białek, źrenicach zajmującymi całe oczy, o źrenicach zielonych i głębokich. Remi dał się wciągnąć w otchłań, nawet się nie broniąc i dał się zatopić. Gdy wrażenie przeminęło, wyciągnął oszczep z dłoni martwego żołnierza i rzucił. Wiedział, że tym razem będzie inaczej. Tym razem w ten rzut włożył całą swą siłę, swe serce. Oczyma duszy widział, jak broń trafia króla i przebija jego ciało na wylot, wylatując z drugiej strony. Pomylił się. Oszczep wbił się w ciało władcy i w nim pozostał, mimo wszystko spełniając swe zadanie, i pozbawiając swą ofiarę życia. Wcześniej jednak pozbawił życia kogoś jeszcze. Kogoś, kogo tam nie powinno być. A jednak ona tam była. Emilii własnym ciałem zasłoniła ojca, chcąc go ocalić od szponów śmierci. Ale pani życia nie dała odebrać sobie ofiary, biorąc dwie dusze zamiast jednej.


