Eleanor i diabeł. Prolog

Moullin

Od: 14.11.2010,aktywny: dawno temu

Tekstów: 2,

Dopisów: 0,


Opis świata:

Spojrzał badawczym wzrokiem na szachownice i lekko się skrzywił. Jak do tej pory, przegrywał 4 do 3. I niby nie oznaczało to końca wojny, ale jego przeciwnik był wyraźnie zadowolony z tego faktu, że mu nie idzie dzisiaj. Do tego wywracał niecierpliwie oczami, czekając na jego ruch. Przybliżył się nieco i jeszcze raz spojrzał na figury – nie miał najmniejszego pojęcia, czy iść koniem, czy zwykłym pionkiem. Spojrzał ponownie na swojego towarzysza i jak zwykle w takich sytuacjach postanowił grać na zwłokę.
- To jest nie sprawiedliwe! – powiedział obrażonym tonem, przerywając trwająca już od dłuższego czasu ciszę pełną skupienia na grze. Mężczyzna siedzący naprzeciwko uśmiechnął się tylko, zakładając ręce i przyglądając się postępowaniu zbulwersowanego bruneta, którego wyraźnie irytowało, że nic sobie nie robi z jego oskarżeń.
- Nie uśmiechaj się tak, bo ta gra jest nie fair, a czyż ty nie jesteś uosobieniem sprawiedliwości? No bo pomyśl, jak nie ty, to niby kto? – pytanie niby retoryczne, ale sprawiło, że nie musiał tworzyć bezsensownych monologów, jego partner poruszył się lekko, dalej uśmiechając.
- Niby dlaczego uważasz, że ona jest niesprawiedliwa? – zapytał donośnym basem, który aż przepełniony był mądrością, od której każdego śmiertelnika przechodziły ciarki, a teraz figury na szachownicy lekko zadrgały.
A zawsze myślałem, że tutaj nie ma grawitacji, ani żadnych tego typu rzeczy – pomyślał zdezorientowany brunet, układając pośpiesznie w głowie argumenty popierające jego tezę.
- Bo znasz każdy mój ruch, a jeśli nawet nie wiesz, co zrobię, to masz na to doskonałą odpowiedź i w końcu, z 1768 partii, dałeś mi wygrać zaledwie te 68, jesteś niemiłosierny, chociaż wszyscy uważają inaczej. A to pewnie dlatego, że cie jeszcze nie znają – zakończył pewnym siebie tonem, prostując się i dając tym samym do zrozumienia swojemu rozmówcy, że jest całkowicie pewny swojej racji. Siwiejący już z lekka mężczyzna zastanowił się chwile nad odpowiedzią. Przywykł już do tego, że często młody upiera się przy tym, że nie jest taki, jak wszyscy o nim myślą, podświadomie jednak czując, że jest gorszy i chyba to go bolało, ale na wszelki wypadek wolał mu tego nie mówić, bo lepiej mieć go przynajmniej w części po swojej stronie, niż całego przeciw.
- Lucyferze, już myślałem, że rozstrzygaliśmy ten spór 1700 partii temu – powiedział w końcu, starając się być przekonywującym. – Co z tego, że znam większość twoich zamiarów, skoro jesteś tak chytry i przebiegły, że zanim zdarzę obmyślić swój ruch, ty dawno zrobisz co innego?
Upadłemu aniołowi wyraźnie to zaimponowało mimo wszystko, bo słowa jakiegokolwiek uznania z ust Stwórcy to jest już coś. W dodatku zaintrygował go fakt, że Ojciec zamierza o tym rozmawiać, bo zazwyczaj temat ucinał się po jakieś wyjątkowo ostrej ripoście. W takim wypadku, należy to wykorzystać. Rozsiadł się wygodniej w fotelu, mierząc Sprawiedliwego wzrokiem, jednak w końcu postanowił się odezwać.
- Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego akurat ja.
Niby powiedziane zostało to obojętnym tonem, ale odpowiedź na to pytanie dręczyła go od tysięcy lat. Zresztą, nie tylko jego, bo te wszystkie naiwne duszyczki też się nad tym zastanawiały częściej, niżby statystycznie mogło wychodzić. Widząc, że skarbnica wiedzy tym razem nie wie, o co chodzi, postanowił trochę rozwinąć tą wypowiedź. Ostatecznie, robiło się to nawet intrygujące.
- Wszyscy wiemy, że aniołowie nie mają wolnej woli i od tego się zaczęło. Dlaczego więc Ojcze stworzyłeś mnie… Tak bardzo ludzkim? Dlaczego nie Gabriel, zastępy archaniołów, kupidynów, czy stróżów, którym by się bardziej to przydało, tylko dlaczego akurat ja, a teraz jestem potępiany przez wszystkich ludzi, albo wierząc w ciebie, nie wierzą we mnie, co jest całkowicie absurdalne. Na dobrą sprawę, to wszystko zaczęło się od Samaela, ale to mnie najbardziej ukarałeś i to za to, że chciałem, byś mnie kochał jak własnego syna, a nie traktował jak poddanego zwłaszcza, że byłem tak bardzo podobny do twoich ukochanych stworzeń! Powiedz mi Boże, bo jakoś nikt nie jest i nie był tego w stanie wyjaśnić, nawet Jezus i tych jego dwunastu muszkieterów, Apostołów, którzy jak dla mnie, wydają się zbyt zarozumiali niż rozumni.
Zapadła cisza, która zdawała się wręcz wypełniać całe pomieszczenie i rozsadzać je od środka. Lucyfer wiedział, że musi być cierpliwy, jednak gdy ci wszyscy boscy odpoczywali sobie tutaj na górze, on miał pełne ręce roboty na tym padole łez poniżej, żeby nie wspomnieć o swoim małym podziemnym królestwie, gdzie się ostatnio zaczęło wyraźnie źle dziać. Dlatego nie miał czasu, by spędzić wieczność na gdybaniu typu być albo nie być, zwłaszcza, że został obdarzony jakimś wyjątkowo nadpobudliwym charakterem, w przeciwieństwie do swojego Ojca, jak lubił Go nazywać, a co w ogólnym kontekście wyglądało dość komicznie, jednak taka była prawda. Siwowłosy mężczyzna w podeszłym wieku w końcu pogładził się po brodzie i wrócił najwyraźniej myślami do świata „żywych”. Wzmiankę o dwunastu muszkieterach wolał pominąć.
- Zapewne pamiętasz powstanie świata, wasze, a następnie ludzi – zaczął powoli, jakby uważnie warząc słowa. – Byłeś ostatnim, który się narodził, a jednocześnie najbardziej doskonałym, właśnie dlatego, że byłeś poprzednikiem ludzi. Nie Adam, a właśnie ty, chciałem sprawdzić, jak to wszystko się będzie toczyć i ostatecznie nie wierzyłem nawet, że istoty te potrafią być złe, bo wszystko co stworzyłem, było doskonałe i jest tutaj swojego rodzaju haczyk. Każda ich wada jest doskonała, jeśli tylko dobrze ją wykorzystać, o czym ty powinieneś już wiedzieć najlepiej – zakończył ze spokojem. Nie okazywał tego, ale czuł, że popełnił w którymś miejscu błąd i to go bolało przez te wszystkie wieki, że stworzenia, które umiłował potrafiły się od niego odwrócić, nagabując teraz jego dzieci na ziemi, by stały się takie jak one – upadłe. Widocznie taka jest jednak natura ludzi i ich przeznaczenie, by drogi gubić i po latach znowu odnajdywać ich zarośnięte szlaki na nowo szukając sensu swojej egzystencji, jednak czym ich populacja była starsza, tym zadawali sobie więcej zbyt oczywistych pytań, by znaleźć na nie odpowiedź. Anioł spojrzał na niego i widząc, że trapi go to, wzruszył ramionami z beztroskim uśmiechem. Odpowiedzi się domyślał, ale lepiej było usłyszeć to z Jego ust, żeby się upewnić. Taki już świat był, a on nie miał zamiaru płakać nad rozlanym mlekiem.
- Ostatecznie gdyby nie my, świat byłby zbyt nudny – powiedział, ukradkiem oka spoglądając ponownie na szachownice i widząc już, jak powinien się ruszać, więc przesunął powoli swój pionek o dwa pola do przodu. – A co do nudy, pamiętasz nawiasem Boże nasz zakład o Hioba? Przekonajmy się, czy ludzie w dzisiejszych czasach są tak samo wytrwali, jak on. Śmiertelnicy znowu rozsławią nasze imię, a w tym przepychu i elegancji to się im przyda. Nawet możesz wybrać stawkę, a to nie lada okazja!
Siwowłosy roześmiał się upewniając, że nawet w jego postępowaniu nic nie dzieje się bez przyczyny i chwała mu za to, że obdarzył swojego przeciwnika takim poczuciem humoru. Doskonale wiedział, że przegra, chociaż jeśli nie wyjawił na wstępie swoich zamiarów względem biednego, przyszłego człowieka, rywalizacja mogłaby być zacięta i wreszcie rozrusza swoje stare kości.
- A więc na czym miałoby to polegać? A co do nagrody – następnym razem bądź bardziej przygotowany do partii szach, chyba, ze wolisz się przerzucić na karty – i siłą własnego umysłu przesunął pionka zbijając kolejnego. – Szach.
O wiele młodszy anioł zmarszczył brwi, od środka jednak już ciesząc się wygraną i tym, że na świecie znowu zacznie się dziać coś ciekawszego, niż codzienne intrygi na dworskich pałacach, których świadkiem był nie jeden raz i pewnie nie ostatni.
- Jeśli przetestowaliśmy już mężczyznę, teraz czas na kobietę – powiedział, przesuwając kolejny pionek, blokując ruch przeciwnika, do tego uśmiechając się nieco tajemniczo, a coś zalśniło w jego oczach. – Metoda dowolna, a chodzi głównie o to, żeby przeciągnąć ją na swoją stronę i wszystkie chwyty dozwolone, nie tak jak ostatnio!
Wszechmocny przytaknął głową przyglądając się swojemu dziecku podejrzanie.
- Kogo weźmiesz do tego pojedynku? Jeśli kobieta, to może jakiegoś…
- Nie – brunet pokręcił głową, wstając jednocześnie. – Może ty Boże lubisz, kiedy inni wypełniają powierzone przez ciebie misje, ale ja osobiście na ziemi zdążyłem się już przekonać, że jeśli coś ma być zrobione dobrze, musisz zrobić to sam. I nawiasem, szach i mat.
Z szachownicy zostały zbite wszystkie białe pionki, i pozostały tylko górujące nad nimi czarne. Ojciec spojrzał, jak młody mężczyzna dochodzi do drzwi komnaty i otworzywszy je, znika za powłoką czarnego dymu, który spowił jego całe ciało. Zawsze go zadziwiał, ale dzisiaj przegiął już wszelkie dostępne normy. Spojrzał na plansze i wzruszył lekko ramionami.
- Zobaczymy.