Spoglądam w lustro, szukając nieścisłości w moim wyglądzie. Idąc ulicą, spoglądam na moje odbicie w oknach wystaw. Kontroluję, czy dobrze wyglądam, czy włosy mi się nie rozwiały, czy suknia na mnie dobrze leży, czy... jakaś mania prześladowcza. Zawsze chcę być idealna, doskonała. A nie jestem.
Poprawiam makijaż, zmieniam ułożenie włosów i ciągle to nie jest to, co powinno być.
Mówię sobie: "Lustro kłamie" i znów w nie zerkam. Może inne patrzą na siebie z samozadowoleniem, a ja nie. Tyle można jeszcze poprawić, zmienić, a ja ciągle zerkam na siebie w lustrzanym odbiciu i zgroza mnie bierze - dlaczego nie jestem idealna?
Lustro już mam w każdym pokoju, w torebce, na toaletce. Patrzę w nie jak sroka w gnat i pytam siebie: "Czy to ja?" A tu żadnych zmian - ciągle to jestem ja.
To właściwie jestem uzależniona od lustra, czy od siebie? Sama nie wiem...


