Krótka historia  zobacz opis świata »

Dopis 49:„Jedna , wielka , żałosna komedia” ...

« poprzedni dopis
 

Windell 47

Od: 23.02.2007,aktywny: dawno temu

Tekstów: 0,

Dopisów: 34,


„Jedna, wielka, żałosna komedia”



- Pani doktor...

- Poczekaj Adam. Usiądź wygodnie. Buty zdejmij. Spotykamy się nie od dzisiaj, znasz naszą rutynę. To nie sklepik osiedlowy. Nie wchodzimy i nie prosimy o trzy bułeczki, serek i szyneczkę.

- Tak. Przepraszam. Ja tylko...

Ciepły uśmiech pani psycholog i jej spojrzenie, stanowcze, acz pełne empatii uspokoiły wyraźnie wzburzonego chłopca. Poczekała aż zdejmie buty i usiądzie w fotelu. Kilka oddechów. Pozwoliła mu mówić.

Adam był jej najmłodszym pacjentem. Problemy w szkole, problemy w relacji z rówieśnikami, problemy w relacji z ojczymem. Same problemy. Mozolna, długa droga, by nauczyć się radzić sobie z nimi w sposób inny niż cięcie się żyletką. Robił postępy.

To nie było złe dziecko, tylko strasznie pogubione. Gdzieś po drodze zagubiło się w labiryncie, które zgotowała mu jego własna matka. To ona powinna siedzieć w tym fotelu i to kilkanaście lat wcześniej.

Alicja zreflektowała się szybko. Dobrze wiedziała, o czym będzie mówił Adam opowiadając o swoim dniu i odpłynęła myślami zbyt daleko. Na szczęście nie zauważył jej chwilowej duchowej nieobecności i jakby nigdy nic kontynuował raport z prześladowań w znienawidzonej szkole.

Tego dnia Alicja miała jeszcze dwóch młodych pacjentów. Kiedy ostatni z nich w końcu opuścił gabinet odetchnęła głośno, podeszła do drzwi i z ulgą przekręciła zamek. Wróciła za biurko, opadła na fotel, zdjęła buty i wyłożyła stopy na blat. Odchyliła się do tyłu i zamknęła oczy.

- Pani doktor...

- Tak? Słu... - Wyrwana ze snu, odpowiedziała machinalnie zamierając w pół zdania.

W gabinecie panowała ciemność, jedynie światła ulicznych latarni za oknami nieco rozrzedzały mrok. Przed nią w fotelu przeznaczonym dla pacjentów siedział mężczyzna. Z papierosa, który trzymał w kąciku ust tliła się leniwie smużka dymu.

- Kim Pan jest? - Jej głos zadrżał i załamał się przy ostatniej sylabie. Spojrzała na drzwi wyjściowe, po drugiej stronie gabinetu. Dobrze pamiętała jak zamykała zamek.

- Jestem socjopatą.

- Słucham?

- Zabiję panią.

Zamarła. Po jej plecach rozpłynął się lodowaty impuls. Z całej siły zacisnęła mięśnie czując jak pęcherz wbrew jej woli ma zamiar niekontrolowanie opróżnić swą zawartość.

Rzuciła spojrzeniem na leżący na biurku telefon komórkowy.

- Słucham panią. - odezwał się niespodziewanie intruz wydmuchując niewielki kłąb dymu. Nie widziała jego twarzy, ale była prawie pewna, że nosi bujną brodę. No chyba, że...

- Tak oczywiście, ze jest przyklejona. Jestem socjopatą. Nie idiotą.

- Ale...

- To czy pani mnie rozpozna, czy nie jest nieistotne. W końcu i tak martwa, nie złoży pani obciążających mnie zeznań. Ale w drodze tutaj, jakieś wścibskie oczy mogły niepostrzeżenie zarejestrować mą skromną osobę. Należy być ostrożnym.

W potoku bezładnych myśli, dudniących jej w głowie niczym wodospad, jak upragniona gałąź nad rwącym nurtem, pojawił się pomysł, którego uczepiła się kurczowo. On musi mówić. Dopóki mówi, jest nadzieja na ratunek.

Mężczyzna pokręcił głową. Podniósł lewą dłoń. W bladym półświetle zalśniło długie ostrze.

- Mój mąż zaraz tutaj będzie. - rzuciła pierwsze zdanie, które wypłynęło na powierzchnie świadomości. Na widok ostrza jej umysł zmienił się z wanny pełnej pomysłów na przetrwanie, w wannę pełną pomysłów na przetrwanie z gumowym korkiem na łańcuszku, groteskowo dyndającym ponad wirem uciekającej w szalonym tempie wody.

- Pani Alicjo. Pani nie jest mężatką. Ma pani tak cudnie wysoki iloraz inteligencji, a strzela pani takie gafy.

- Ja... przecież...

- Och proszę się nie przejmować takimi detalami. Można powiedzieć, że przywykłem do zapachu moczu. W mej dotychczasowej praktyce tylko jeden mężczyzna w dziewięćdziesiątym drugim, w kwietniu, nie poplamił sobie spodni przed śmiercią.

Gorąca plama rozlała się pod jej udami. Do oczu napłynęły łzy. Dźgnięta nagłym impulsem otworzyła usta to krzyku.

- Pani Alicjo! - Mężczyzna błyskawicznie wahnął się do przodu. Czubek ostrza zatrzymał się o centymetr od jej wytrzeszczonej źrenicy. - Bądźmy profesjonalistami!

Zapadła chwila ciszy. Przełknęła głośno. Cofnął nóż. Wyprostowała się i zadarła lekko głowę, podbródek zadrżał zauważalnie.

- Proszę mnie poczęstować papierosem - przemówiła. Jej głos był chłodny, opanowany.

- Pani nie pali.

- W towarzystwie socjopatów palę.

- Zatem proszę uprzejmie.

Dwa ogniki papierosów żarzyły się w pomieszczeniu. Patrzyli sobie w oczy bez słowa chwilę, która zdawała się przeciągać się w nieskończoność.

- Sto pięćdziesiąt trzy - przerwała milczenie wyciągaj papierosa z ust.

- Imponująco oczywiście. Tyle, że o czterdzieści mniej niż ja.

- Ma pan sto dziewięćdziesiąt trzy ilorazu inteligencji?

- A wzrostu o dwa centymetry więcej.

- Dlaczego...

- Och pani Alicjo, tak dobrze zapowiadała się nasza rozmowa, pani ją psuje umyślnie pytaniami o oczywistości?

- Zechce mi pan nie przerywać! Dlaczego pali pan akurat Marlboro Lighty? O to chciałam zapytać.

Po raz pierwszy od przebudzenia wyczuła w fotelu po drugiej stronie drgnienie konsternacji.

- Przepraszam. Byłem szczerze pewien, że zapyta pani dlaczego chcę ją zamor...

- Dlaczego zmienia pan temat?

Kolejny moment, kolejna pastylka ciszy niczym zbieranie dawki leku, który miał ją uratować. Tabletka, do tabletki, łyknij a psychopata nie wybebeszy ci flaków.

- Palę Marlboro Lighty gdyż moja matka je paliła. Można powiedzieć, że od niemowlęctwa palę właśnie ten gatunek.

- Ale to ojciec spowodował, że stał się pan... profesjonalistą.

Tabletka. Tym razem duża. Prawdziwy sukces. Może jednak jest szansa.

- Zgadła pani. Tak to moja relacja z ojcem uczyniła ze mnie socjopate.

- Lubi pan to słowo.

- Ma taki dźwięczny, miękki ton. I tłumaczy tak wiele... tłumaczy wszystko.

- Ma pan jakiś ulubiony sposób zabijania?

- Staram się nie powielać schematów. Co kraj to obyczaj, w Polsce posługuję się nożem. W Stanach bronią, w Ameryce Południowej maczetą.

- Ile języków pan zna?

- Zadziwiające... - zaciągnął się głęboko. Alicja zamarła obawiając się, że szykuje się do ataku. - Bardzo łatwo przychodzi mi nauka języków. Znam ich naprawdę wiele.

- Proszę mnie nauczyć. Japoński.

- No tu mnie pani ma, zaiste nie poznałem jeszcze języka Kraju Kwitnącej Wiśni.

- Ale będzie pan posługiwał się w nim kataną.

- Brawo. Ma pani racje.

Wyczuła, że przeciąganie rozmowy dłużej nie będzie miało zbawiennego skutku. Nazbierała garść pigułek, teraz trzeba było je połknąć i zobaczyć, czy uchronią przed śmiertelną chorobą, której metr dziewięćdziesiąt pięć siedziało przed nią.

- Mój papieros się kończy. Chciał mnie pan o coś spytać.

- Owszem. Zanim panią zabiję, chciałbym, by pomogła mi pani w rozwiązaniu pewnego nurtującego mnie problemu. Żyję już czterdzieści pięć lat. Oglądam telewizje, czytam gazety, szperam w internecie. Czy nie sądzi pani, że ten świat to jakaś groteskowa, absurdalna scena teatralna? Jak niby...

- Świat jest jedną, wielką, żałosną komedią proszę pana. Jedynym sposobem radzenia sobie w nim jest przestać być aktorem, a zamiast tego zacząć być scenarzystą i reżyserem... Ale pan przecież to już wie.

Mężczyzna wstał. Alicja zamknęła oczy oczekując bólu.

Skrzypnęły otwierane drzwi.

- Teraz i pani już wie pani Alicjo. - rzucił z progu. - Kłaniam się nisko i żegnam. Nie spotkamy się więcej. Sajonara Alicja San.

 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 3

Opowiadanie wciągające i trzymające w napięciu. Z tym, że zamiast "żonata" powinno być "mężatką". Mimo tego zasługujesz na plusa. Pozdrawiam.


Hah dzięki Cassie :) Zdecydowanie mężatka mi umknęła. Już poprawiam.


Tytuł następnego - "Katana"


Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.