Kiedy się obudziła, było już ciemno. Jej mama siedziała obok na fotelu. Musiała być tu od dawna, bo zasnęła. Julie jednak to nie przeszkadzało. Nie chciała z nikim rozmawiać. Tym razem nie krzyczała. Środki uspakajające jeszcze działały. Czuła się otępiała, przygnębiona. Leżąc, znów wpatrywała się w sufit. Powoli docierało do niej, że nigdy więcej nie zagra, nie pobiegnie i nie zatańczy. Wiedziała o tym, ale nie dopuszczała tego do wiadomości. Miała nadzieję, że to tylko zły sen, że zaraz się obudzi i pobiegnie na trening, jak zawsze w sobotę. Tyle, że nawet nie wiedziała, czy jest sobota. Może to wtorek, albo czwartek. Nie wiedziała, jak długo leżała w szpitalu.
- Kochanie, obudziłaś się! - Julie usłyszała nagle głos swojej mamy. - Tak się bałam. Nie martw się, wszystko będzie dobrze.
- Nic nie będzie dobrze! - wykrzyczała Julie. - Nie mam nogi, jak niby mam żyć? Trzeba było dać mi umrzeć!
Wiedziała, że w ten sposób rani matkę, ale nic ją to nie obchodziło. Chciała być miła, ale kiedy usłyszała, że będzie dobrze - nie wytrzymała. "Co ona może wiedzieć? To nie ona będzie kaleką!".
- Kochanie, obudziłaś się! - Julie usłyszała nagle głos swojej mamy. - Tak się bałam. Nie martw się, wszystko będzie dobrze.
- Nic nie będzie dobrze! - wykrzyczała Julie. - Nie mam nogi, jak niby mam żyć? Trzeba było dać mi umrzeć!
Wiedziała, że w ten sposób rani matkę, ale nic ją to nie obchodziło. Chciała być miła, ale kiedy usłyszała, że będzie dobrze - nie wytrzymała. "Co ona może wiedzieć? To nie ona będzie kaleką!".


