Czy warto kochać?  zobacz opis świata »

Dopis 105: Kiedy wrócili do domu , od razu zabrali...

« poprzedni dopis
 

tygrysek74 113

Od: 03.05.2007,aktywny: dawno temu

Tekstów: 12,

Dopisów: 287,


***

Kiedy wrócili do domu, od razu zabrali się za pakowanie. Po czterdziestu minutach wszyscy byli już gotowi do drogi. Ostatni z domu wyszedł Stanisław, który sprawdził zamknięcie wszystkich okien i drzwi. Gdy uznał, że wszystko jest w porządku, ruszyli do samochodu Bożenki.

- Może ja poprowadzę? – zaproponował Krzysztof.

- A dasz radę braciszku – spytała zaskoczona propozycją – wiesz, że nie możesz się jeszcze tak forsować.

- A co pani myśli pani Sylwio? – spytał.

- Ale o czym panie Krzysiu?

- No właśnie – powiedział triumfalnie mężczyzna – ktoś, kto nie wie co się stało pół roku temu, nie powie mi, że odstaję od zdrowych mężczyzn. Sylwia wciąż stała widocznie zakłopotana i przyglądała się nie wiedząc do czego zmierza ta rozmowa.

- Daj spokój Krzysiu – żachnęła się siostra – po co jeszcze wciągasz w to bogu ducha winną panią Sylwię?

- Chciałem tylko pokazać, jak postrzegają mnie ci, którzy nie wiedzą, że zagrałem śmierci na nosie.

- Wygrałeś – powiedziała zrezygnowana - prowadź – to mówiąc podała mu kluczyki i sama zajęła miejsce na tylnej kanapie obok wciąż zdezorientowanej Sylwii.

- Przepraszam, że panią w to wciągnąłem – rzekł siadając za kierownicą Krzysztof. – Pół roku temu miałem poważny wypadek – ciągnął dalej nie czekając na prośby o wyjaśnienia – lekarze nie dawali mi większych szans, a ci którzy widzieli mnie na wózku wciąż przecierają oczy ze zdumienia, że pokonałem grożące mi kalectwo.

- Nigdy bym nie przypuszczała, że miałeś poważny wypadek – odpowiedziała zatroskana kobieta.

- Ale tak właśnie było – to mówiąc uruchomił silnik i po chwili ruszyli powoli w stronę Krynicy Górskiej.

Na miejsce dojechali około dwudziestej pierwszej, kierując się zgodnie ze wskazówkami Stanisława. Rozpakowali bagaże i życząc sobie wzajemnie dobrej nocy rozeszli się spać. Dzień zaskoczył ich miłym i łagodnym blaskiem wschodzącego słońca, wprawiając wszystkich w dobry nastrój. Posiliwszy się nieco, ubrali się ciepło i ruszyli w stronę ratusza, gdzie ustawiały się już zaprzęgi. Było około godziny jedenastej czterdzieści pięć, gdy wsiedli w końcu do sań. Opatuleni tak, że wystawały im tylko nosy, ścisnęli sobie wzajemnie dłonie i czekali na bieg wydarzeń. Punktualnie w południe prowadzący wyścig dał sygnał do startu. Ruszyli. Sanie sunęły po ośnieżonej drodze niczym po lodzie, wciąż nabierając prędkości. Jednak nie obawiali się braku utraty kontroli, gdyż jeszcze przed wyruszeniem woźnica objaśnił im mechanizm hamowania. W pewnym momencie gdy wyprzedzali sanie w kolorze miodu, ich oczom ukazała się roześmiana twarz młodej kobiety. Krzysztofa zmroziło i choć trwało to wszystko ułamki sekund, mógłby przysiąc, że właśnie zobaczył Justynę. –„Jeśli to rzeczywiście była ona, to musi to być niesamowity zbieg okoliczności” – tłumaczył sobie w myślach. –„W sumie już jeden taki zbieg nastąpił" – uśmiechnął się do siebie – "wtedy, gdy się spotkali w przedziale pociągu.”

Postanowił, że gdy tylko wyścig się zakończy pójdzie i ją odszuka. Musi mieć absolutną pewność, że to jest właśnie ona a nie ktoś tylko do niej podobny. Gdy tak rozmyślał, sanie koloru miodu wyprzedziły ich z prawej strony i pomknęły do przodu.

- Coś się stało? – zawołał w stronę woźnicy.

- Chyba koń mi okulał – odparł zapytany zatrzymując sanie. Zsiadł i podszedł do zaprzęgniętych zwierząt. Po chwili wrócił z informacją, że niestety dalej nie pojadą. Dla nich ten wyścig się zakończył. Do mety mieli około pięciu kilometrów. Na szczęście droga schodziła łagodnie w dół, więc nie męczyli się zbytnio idąc pieszo. W głowie Krzysztofa wciąż tliła się iskra nadziei, że piętnaście minut wcześniej widział Justynę we własnej osobie. – Odnajdę cię – powiedział cicho i przyśpieszył kroku.

 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 0

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.