Kobieta śledziła wzrokiem syna, oddalającego się korytarzem. Coś w niej drgnęło. Emocje. Wspomnienia. Mętlik uczuć. Lęki związane z przyszłością syna. Radości, które jej przynosił będąc dzieckiem, gdy ona przychodziła umęczona po pracy w szwalni, zaś ten rzucał jej się na szyję. Pierwsze-złe oceny, które widniały w jego szkolnym dzienniczku. Wszystkie chwile szczęścia i smutku, krzyku i płaczu pośpiesznie przesuwały się przed jej oczyma, niczym życie przed oczyma umierającego. Zrozumiała, że w jakiś sposób traci swojego syna. Starając się zniewolić dzikie zwierze, niszczy zaufanie, którym ono ją darzyło.
– Hej, psie! – zawołała drżącym głosem, którego brzmienie odbiło się echem od ścian korytarza. – Udowodnij mi, że coś umiesz, a dostaniesz pieniądze!
Z napięciem wsłuchiwała się w ciszę korytarza, kiedy posłyszała z dala odpowiedź.
Cóż, powiem słów parę
Pokozaczę
I to będzie dowód
Że coś znaczę!
Kto to oceni?
Ty starucho?
Uważasz, że twe wiekiem
Poorane ucho
Jest do tego zdolne?
Jest tego godne?
Wydawać takie sądy?
Niewiarygodne!
Jak daleko człowiek
Się posunąć może
W swych głupich ocenach
Tylko Ty wiesz Boże
Który nie istniejesz!
I nie wiesz niestety
Jak chętnie sobie przypisują
Ludziska twe cechy.
Nie chcę twych pieniędzy
Nie chcę mieć na rękach
Twych wyrzeczeń nędzy!
Sam poradzę sobie
Jestem jak wilk nieustraszony
Dziki, odważny i potężny!
Psy, kulcie ogony!
Oto ja nadchodzę!
Kobieta zamarła. Miała wrażenie, że był to pierwszy raz, kiedy rozmawiała z synem. Pierwszy i ostatni.
– Powodzenia, psie. W razie problemów, pamiętaj, że masz rodzinę! – zawołała wulgarnie.
Odeszła. Nie odwracając się za siebie. Jakaś część niej, wiedziała, że syn nie powróci. Tak się stało w istocie. Tej nocy uciekł ze szpitala. Wyszedł przez okno, nie pozostawiając po sobie śladu. Księżyc był wtedy wielki i pełny. Z jakiś względów John na długo zapamiętał tą noc. Noc, podczas której rozpoczął swą podróż.
Dworzec kolejowy był stosunkowo niedaleko szpitala, jednak John znając niebezpieczeństwa zmroku, szedł w jego kierunku powoli i uważnie. Jak zwierzę, oczekujące drapieżnika, czujne, gotowe zerwać się do ucieczki, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba, acz starające się nie wyróżniać, na tle otoczenia. Wsiadł w pierwszy pociąg jadący w kierunku Los Angeles. Nie kupował biletu. Doskonale wiedział, że kanary boją się nocami chodzić po pociągach, pełnych bezdomnych, agresywnych czarnych, traktujących maszynę jedynie jako miejsce na nocleg.
– Hej, psie! – zawołała drżącym głosem, którego brzmienie odbiło się echem od ścian korytarza. – Udowodnij mi, że coś umiesz, a dostaniesz pieniądze!
Z napięciem wsłuchiwała się w ciszę korytarza, kiedy posłyszała z dala odpowiedź.
Cóż, powiem słów parę
Pokozaczę
I to będzie dowód
Że coś znaczę!
Kto to oceni?
Ty starucho?
Uważasz, że twe wiekiem
Poorane ucho
Jest do tego zdolne?
Jest tego godne?
Wydawać takie sądy?
Niewiarygodne!
Jak daleko człowiek
Się posunąć może
W swych głupich ocenach
Tylko Ty wiesz Boże
Który nie istniejesz!
I nie wiesz niestety
Jak chętnie sobie przypisują
Ludziska twe cechy.
Nie chcę twych pieniędzy
Nie chcę mieć na rękach
Twych wyrzeczeń nędzy!
Sam poradzę sobie
Jestem jak wilk nieustraszony
Dziki, odważny i potężny!
Psy, kulcie ogony!
Oto ja nadchodzę!
Kobieta zamarła. Miała wrażenie, że był to pierwszy raz, kiedy rozmawiała z synem. Pierwszy i ostatni.
– Powodzenia, psie. W razie problemów, pamiętaj, że masz rodzinę! – zawołała wulgarnie.
Odeszła. Nie odwracając się za siebie. Jakaś część niej, wiedziała, że syn nie powróci. Tak się stało w istocie. Tej nocy uciekł ze szpitala. Wyszedł przez okno, nie pozostawiając po sobie śladu. Księżyc był wtedy wielki i pełny. Z jakiś względów John na długo zapamiętał tą noc. Noc, podczas której rozpoczął swą podróż.
Dworzec kolejowy był stosunkowo niedaleko szpitala, jednak John znając niebezpieczeństwa zmroku, szedł w jego kierunku powoli i uważnie. Jak zwierzę, oczekujące drapieżnika, czujne, gotowe zerwać się do ucieczki, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba, acz starające się nie wyróżniać, na tle otoczenia. Wsiadł w pierwszy pociąg jadący w kierunku Los Angeles. Nie kupował biletu. Doskonale wiedział, że kanary boją się nocami chodzić po pociągach, pełnych bezdomnych, agresywnych czarnych, traktujących maszynę jedynie jako miejsce na nocleg.


