Manuel Folleno/Miłosne igraszki  zobacz opis świata »

Dopis 2:LAJLA Kiedy byłam mała , lubiłam krzątać...

« poprzedni dopis
 

Aletheia 112

Od: bardzo dawna,aktywny: dawno temu

Tekstów: 0,

Dopisów: 188,


LAJLA

Kiedy byłam mała, lubiłam krzątać się po pracowni, gdzie rozgrzany do głębokich odcieni pomarańczu dzień, przynosił półmrok spod swej powieki. Stąpałam uważnie po deskach podłogi, jak mysz przechodząca obok śpiącego kota, nie chcąca rozproszyć jego drżącego snu o łąkach utkanych dzikimi trawami i muzyką świerszczy. Ostrożnie dotykałam długiego blatu biurka, upstrzonego mozaiką plamek, pamiątkach po niesfornych farbach i licznych herbatach pitych wieczorami. Poczciwe drewno opowiadało cicho swą historię, przybierając czułe, emocjonalne odcienie. Było w końcu świadkiem wszystkich wydarzeń. Świadkiem samotności rozlewanej strumieniami, wraz z wonią terpentyny. Samotności głębokiej i ostrej, wbijającej się wprost w serce, swymi zielonymi strugami. Odbijającej się refleksem tysiąca wspomnień i fantazji.
Spoglądałam uparcie na wyschnięte, odstawione gdzieś w kąt płótno i widziałam na nim mężczyznę lunatycznie przedzierającego się przez labirynt. Żadna jednak jego droga nie prowadziła do wyjścia. Był bezradny, ale może właśnie w tej bezradności drzemała siła? Może dzięki niej mężczyzna był w stanie odrzucić swych bogów i pokonać swe demony? Może odpowiedź nie kryła się w wyjściu z plątaniny korytarzy, ale w samej drodze?
Wyciągałam bezradnie palec i dotykałam płótna, które poczciwie uginało się pod wpływem tej pieszczoty. Gładziłam mężczyznę po jego małej, niezdarnej główce. Zawsze wierzyłam, że jest tak samo żywy jak ja. Widziałam w jego oczach te same pragnienia i nadzieje, co w moich. Zupełnie, jakby w akcie kreacji artysta wydarł go ze swojego ciała, kształtując, nadając mu osobowość i pozwalając żyć gdzieś w świecie poza światami. Obraz w tym rozumieniu był odbiciem subtelnego w swej skomplikowaności wnętrza twórcy, jego własną częścią. Nie był jednak mu całkiem tożsamy. Był czymś innym, posiadał własną odrębność i wolę istnienia. Pozostawał na swój sposób jednocześnie doskonały, jak i niedoskonały. Niekompletny, ale i zupełny. Zrodzony z czystej idei, by utonąć w formie i kolorze.

Zegar stukał powoli, uparcie, w rytm dyktowany przez chmury sunące po nieboskłonie. Stanowił swoiste tętno pokoju, nadawał puls snującej się wężowym krokiem chwili. Śpiewał własną, szaloną pieśń, starając się czasem zrównać oddech z czyimiś krokami, to zniknąć w brzmieniu łyżeczki obijającej się o oszkloną powierzchnię kubka. W powietrzu pachniało ciepłą wonią letniego wieczoru, chciwie łapiącego ostatnie, leniwe promienie słoneczne. Do pokoju wszedł posuwistym krokiem malarz, nie obdarzając mnie nawet przelotnym spojrzeniem. Jego westchnienie było dla mnie sygnałem, że nadszedł czas, by odejść w dal, w poszukiwaniu własnej bez-formy i bez-koloru.

 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2


Jakoś mnie nie podnieca, wiesz o co mi chodzi, o ten stan, który jest poza pojęciem intelektualnym.
Tekst wydaje się być dojrzały, może to tylko poza, jeśli tak to jest to udany falsyfikat. Bardziej udany niż niejedna powieść szmuglowana przez poważne wydawnictwa. Coś jak wąsy łasiczki, w obrazie "Dama z gronostajem", która ma ich więcej niźli wypada.

Falsyfikat? Widzę, iż zaiste ponad wyrost Waćpan go ocenił, to całkiem zwyczajny obraz. Chce więc Pan stan przekraczający pojęcie intelektualne? Rozumiem, ale nie tym razem. To było raczej jak przywitanie, albo... pożegnanie.

:)

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.