Co u Ciebie? - Czyli zbiorowy pamiętnik  zobacz opis świata »

Dopis 397: Moja rodzina chyba uwielbia się spotykać...

« poprzedni dopis
 
***

Moja rodzina chyba uwielbia się spotykać, bo każde imieniny, urodziny, rocznice, miesięcznice i zgoła zrobienie tarasu chwytane są z zapałem jako doskonały pretekst. Do spotkania, oczywiście. Wyciąga się wtedy flachę, wina najczęściej (w tym wiedzie prym moja matka, która zyskała już sobie radosny przydomek ochlaptusa naczelnego), stawia na stole obok zagrychy, i impreza rusza.

Tym razem nie było wyjątku, wśród radosnych chichotów moja rodzicielka wyciągnęła wino z torby i rodzina zasiadła przy stole.

Jednostki najmłodsze w tym stadle (w sensie do lat 20), to mój kuzyn i ja, a następnie dwoje dzieci kuzynki, które w ogólnym ochlaju udziału nie brały. My z kuzynem owszem…

I tu z krewniaka uczynię nie postać epizodyczną, lecz wręcz pierwszoplanową, a co! Niech też do potomności przejdzie, co mu będę żałować.

Nie wiem, czy już w połowie pierwszej flachy rodzinę ogarnął zapał do śpiewu, czy nastąpiło to może później. Zaczęło się od niewinnego „sto lat”, ale cóż to jest dla mojej rodziny! Takie nędzne „sto lat”, skrzydeł nie zdołali dobrze rozwinąć, a tu już pieśń się skończyła. I w ogóle jakoś taki mało ognisty tekst jest (no, może z wyjątkiem fragmentu „jak się z nami nie napije…”)

Trzeba było wymyślić coś innego i poleciały pieśni ludowe, patriotyczne, okazjonalne, a także szkalujące miniony ustrój.

Siedzieliśmy z kuzynem przy stole również i pilnowaliśmy jak szaleńcy, by nam przypadkiem żebra nie popękały od powstrzymywania śmiechu. Wydawanie ryków bizona bowiem wydawało nam się odrobinę niewłaściwe.

- Czuję, że powinnam zaśpiewać – rzekła w pewnym momencie moja rodzicielka.

- Czuję, że powinienem się napić – zakomunikował kuzyn, gdy matka zaczęła swe pienia, czując w sobie pokłady niewykorzystanego widać do tej pory talentu wokalnego.

„Ohoho, ale jaaaja, ale jaaaja, ale jaaaja…!”

- Święty Boże – wyrwało mi się ze zgrozą.

- Wina? – Kuzyn bez słowa napełnił mi kieliszek. Czym prędzej skorzystałam.

„ Góraaalu, czy ci nie żaaal…!”

- Ta młodzież, to w ogóle bawić się nie umie – zauważył ktoś w pewnym momencie.

- Ktoś tu się musi wstydzić – mruknął kuzyn.

- Niewątpliwie – przytaknęłam.

Rodzina poleciała dalej w śpiewach, ja zapchałam sobie gębę chlebkiem zżeranym pod białe wino, kulturalnie pite z lampki. Mój kuzyn zaś będąc we własnym domu i mając w perspektywie jeszcze uprzątnięcie śladów uczty, z rezygnacją wlewał sobie napój do filiżanki po herbacie. Flachę piastował czule w objęciach i chyba było mu już wszystko jedno.

O dziwo, pod koniec imprezy wszyscy wyszli na własnych nogach i z godnością…





 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 0

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.