Mówiąc to, oblizała wargi i mrugnęła zachęcająco do przybysza.
– Ona ma na imię Susi – wtrąciła Kakarotta, wskazując na Ashtona.
– Kochanie, „on”.
– Nie mówi się przecież na „on” do ludzi – stwierdziła dziewczynka.
– Jesteś bystra, moje kochane mięsko – skierowała swój słodki głos do córki. – Nie zapominaj jednak, że nie jest on normalnym człowiekiem. Jest Świętym Królem. Darem od naszej Bogini.
Gigerotta wstała z siedziska, by powolnym krokiem okrążyć Ashona, przyglądając mu się badawczo i obwąchując.
– Kakarotto, zaprowadź Świętego Króla do Vegetty, niech ta wyjaśni mu jak ma postępować podczas przygotowań do Obrzędu i pozyska przydatne technologie. Potem zaś skieruj go do Heliotty. Dopilnuj, by sporządziła ona odpowiedni strój dla mego gościa. Zrozumiałaś wszystko?
– Tak, Święta Królowo Gigerotto – wyrzuciła dziewczynka, padając na twarz tak, by czołem dotknąć posadzki. Następnie skierowała wzrok na Asthona, czekając aż on postąpi tak samo. Kiedy uczynił to, mając wyraźny znak zakłopotania na twarzy, Kakarotta wedle rozkazu, skierowała go przed oblicze siostry Vegetty. Droga do jej komnaty, była dość długa i Ashton mógł dokładnie oglądać otoczenie. Znajdował się najwidoczniej pod ziemią, nie mógł jednak stwierdzić jak głęboko. Zarówno ściany jak i sklepienie sporządzone były z litej skały. Dość ciemnej, być może był to bazalt. Trudno mu jednak było mieć jednoznaczną pewność w tej materii. Wokół było nieznośnie gorąco, mimo iż jedyne światło dawały kule unoszące się nad podłogą. Nie składały się z ciała stałego, nie przypominały też konsystencją cieczy, ognia czy czegokolwiek znanego Ashtonowi. Ich światło czasem delikatnie pulsowało, by kiedy indziej świecić nieprzerwanie. Ściany gdzieniegdzie pokryte były podobnymi do wyschłych patyków strukturami. Ashton mijając je, zastanawiał się, czy są to tutejsze rośliny, czy też mają jakieś szczególne zastosowanie. Mężczyzna chłonął zmysłami miejsca, przez które wiodła go Kakarotta, nie mogąc się nadziwić ich niezwykłości i anormalności.
Odnaleźli Vegettę pogrążoną w lekturze przedziwnych zwojów. Znajdowały się na nich znaki, których Ashton nigdy nie widział, zaś rysunki na nich widniejące, nie przypominały mężczyźnie niczego, co znał.
Vegetta była kobietą suchą i szczupłą. Miała wiecznie podkrążone, czerwone oczy. Ubranie z cielęcej skóry, zwisało z niej, ukazując jej wychudłe ramiona, małe piersi i wystające żebra. Jej komnata była niezmiernie zagracona. Wszędzie walały się zużyte pojemniki po atramencie, paski materiału podobnego do cienkiej błony, z której sporządzone były także i zwoje, dziwne przyrządy, nie dojedzone kości, pojemniki…
– To jest Susi, nasz nowy Święty Król – niezręczną ciszę przerwała Kakarotta, po czym puściła rękę Ashtona i pośpiesznie oddaliła się.
Vegetta spojrzała na mężczyznę wzrokiem pełnym bólu i litości.
– Miło mi cię poznać, Vegetto – stwierdził Ashton, nie wiedząc, od czego powinien zacząć. – Słyszałem, że potrafisz wyjaśnić mi o co chodzi w tym dziwnym miejscu.
Vegetta jednak nie odezwała się. Wstała z siedziska, by móc uważnie przyjrzeć się przybyszowi.
– Słyszałem, że robisz plany statków. To dobrze się składa. Ja właśnie się tym zajmuję. Statkami. Zanim tu trafiłem, byłem sternikiem na jednym z nich – mężczyzna starał się jak najprościej dobierać słowa, nie będąc pewnym, czy kobieta go rozumie.
– Chcesz zobaczyć moje statki? – bardziej stwierdziła, niż zapytała. Skinęła na Ashtona, po czym dotknęła ściany, która ugięła się, by odsłonić wąskie przejście. Gdy tylko kobieta zniknęła z pola widzenia, ośmielony mężczyzna udał się jej śladem.
Jakież było zaskoczenie, kiedy wyszedł z drugiej strony przejścia. Znajdował się w czymś na kształt olbrzymiego hangaru, gdzie oczom jego ukazały się zdumiewające widoki. Olbrzymie maszyny, setki nagich, nędznych istot, pracujących przy nich i statki. Zapierające dech w piersi statki. Olbrzymie. Kunsztowne. W jakiś sposób ożywione.
Nie były to jednak statki, z jakimi Ashton spotkał się do tej pory. Były to statki kosmiczne, niezmiernie zaawansowane technologicznie monstra.
***
– Ona ma na imię Susi – wtrąciła Kakarotta, wskazując na Ashtona.
– Kochanie, „on”.
– Nie mówi się przecież na „on” do ludzi – stwierdziła dziewczynka.
– Jesteś bystra, moje kochane mięsko – skierowała swój słodki głos do córki. – Nie zapominaj jednak, że nie jest on normalnym człowiekiem. Jest Świętym Królem. Darem od naszej Bogini.
Gigerotta wstała z siedziska, by powolnym krokiem okrążyć Ashona, przyglądając mu się badawczo i obwąchując.
– Kakarotto, zaprowadź Świętego Króla do Vegetty, niech ta wyjaśni mu jak ma postępować podczas przygotowań do Obrzędu i pozyska przydatne technologie. Potem zaś skieruj go do Heliotty. Dopilnuj, by sporządziła ona odpowiedni strój dla mego gościa. Zrozumiałaś wszystko?
– Tak, Święta Królowo Gigerotto – wyrzuciła dziewczynka, padając na twarz tak, by czołem dotknąć posadzki. Następnie skierowała wzrok na Asthona, czekając aż on postąpi tak samo. Kiedy uczynił to, mając wyraźny znak zakłopotania na twarzy, Kakarotta wedle rozkazu, skierowała go przed oblicze siostry Vegetty. Droga do jej komnaty, była dość długa i Ashton mógł dokładnie oglądać otoczenie. Znajdował się najwidoczniej pod ziemią, nie mógł jednak stwierdzić jak głęboko. Zarówno ściany jak i sklepienie sporządzone były z litej skały. Dość ciemnej, być może był to bazalt. Trudno mu jednak było mieć jednoznaczną pewność w tej materii. Wokół było nieznośnie gorąco, mimo iż jedyne światło dawały kule unoszące się nad podłogą. Nie składały się z ciała stałego, nie przypominały też konsystencją cieczy, ognia czy czegokolwiek znanego Ashtonowi. Ich światło czasem delikatnie pulsowało, by kiedy indziej świecić nieprzerwanie. Ściany gdzieniegdzie pokryte były podobnymi do wyschłych patyków strukturami. Ashton mijając je, zastanawiał się, czy są to tutejsze rośliny, czy też mają jakieś szczególne zastosowanie. Mężczyzna chłonął zmysłami miejsca, przez które wiodła go Kakarotta, nie mogąc się nadziwić ich niezwykłości i anormalności.
Odnaleźli Vegettę pogrążoną w lekturze przedziwnych zwojów. Znajdowały się na nich znaki, których Ashton nigdy nie widział, zaś rysunki na nich widniejące, nie przypominały mężczyźnie niczego, co znał.
Vegetta była kobietą suchą i szczupłą. Miała wiecznie podkrążone, czerwone oczy. Ubranie z cielęcej skóry, zwisało z niej, ukazując jej wychudłe ramiona, małe piersi i wystające żebra. Jej komnata była niezmiernie zagracona. Wszędzie walały się zużyte pojemniki po atramencie, paski materiału podobnego do cienkiej błony, z której sporządzone były także i zwoje, dziwne przyrządy, nie dojedzone kości, pojemniki…
– To jest Susi, nasz nowy Święty Król – niezręczną ciszę przerwała Kakarotta, po czym puściła rękę Ashtona i pośpiesznie oddaliła się.
Vegetta spojrzała na mężczyznę wzrokiem pełnym bólu i litości.
– Miło mi cię poznać, Vegetto – stwierdził Ashton, nie wiedząc, od czego powinien zacząć. – Słyszałem, że potrafisz wyjaśnić mi o co chodzi w tym dziwnym miejscu.
Vegetta jednak nie odezwała się. Wstała z siedziska, by móc uważnie przyjrzeć się przybyszowi.
– Słyszałem, że robisz plany statków. To dobrze się składa. Ja właśnie się tym zajmuję. Statkami. Zanim tu trafiłem, byłem sternikiem na jednym z nich – mężczyzna starał się jak najprościej dobierać słowa, nie będąc pewnym, czy kobieta go rozumie.
– Chcesz zobaczyć moje statki? – bardziej stwierdziła, niż zapytała. Skinęła na Ashtona, po czym dotknęła ściany, która ugięła się, by odsłonić wąskie przejście. Gdy tylko kobieta zniknęła z pola widzenia, ośmielony mężczyzna udał się jej śladem.
Jakież było zaskoczenie, kiedy wyszedł z drugiej strony przejścia. Znajdował się w czymś na kształt olbrzymiego hangaru, gdzie oczom jego ukazały się zdumiewające widoki. Olbrzymie maszyny, setki nagich, nędznych istot, pracujących przy nich i statki. Zapierające dech w piersi statki. Olbrzymie. Kunsztowne. W jakiś sposób ożywione.
Nie były to jednak statki, z jakimi Ashton spotkał się do tej pory. Były to statki kosmiczne, niezmiernie zaawansowane technologicznie monstra.
***


