PRZECIEKI Z TEKI AMBASADORA JOHNA KAWY  zobacz opis świata »

Dopis 19:OWCE PASĄ SIĘ NA WZGÓRZACH Emma...

« poprzedni dopis
 

Love 83

Od: 14.02.2010,aktywny: dawno temu

Tekstów: 23,

Dopisów: 213,


OWCE PASĄ SIĘ NA WZGÓRZACH

Emma sięgnęła po papierosa. Po chwili wyjęła z torby coś białego.
- Cukier?
John włożył sobie kostkę cukru do ust i poczuł, że mógłby zatańczyć na lotnisku. Potem na dobre otrząsnął się ze snu.
Emma sięgnęła po zapalniczkę, po chwili wnętrze wozu rozświetlił błysk. W tej samej chwili zauważył majaczący za szybą ludzki kształt.
- To mnich, schował się tutaj, tak jak my- wytłumaczyła. W pobliżu rozległo się głośne klaśnięcie pioruna, dachem stodoły wstrząsnął wiatr. Emma ujęła jego dłoń. Przymknęła powieki i zaciągnęła się dymem. Jakiś samochód podążający ścieżkami jej wyobraźni, kluczył szukając właściwej drogi. Ciężar granatowego nieba raz po raz łączyła z ziemią nitka pioruna.
Wsłuchiwali się w odgłosy burzy. Cieszyła się tą chwilą. Karmiła się nią pochłaniając poczucie bezpieczeństwa. Zastanawiała się kiedy ostatnio czuła się tak dobrze, ale wiedziała tylko tyle że kiedyś czuła się źle. Był taki dzień w jej życiu, o którym wolała by zapomnieć. I właśnie teraz musiał się jej przypomnieć...
Asfalt wydawał się taki gładki, był na wyciągnięcie dłoni. Samochód odjechał pozostawiając za sobą tuman kurzu który przylgnął gdzieś w pobliżu tworząc coś na kształt wyrzutów sumienia. WYBACZENIE- przypomniała sobie pojęcie, które mogło pochłonąć plamę. Była jak kamień wyrzucony przez falę na brzeg. A może jak bursztyn?
- To prostsze, niż sztachnięcie się dymem z papierosa- przypomniała sobie głos tamtego mężczyzny. Nie pamiętała już jego twarzy, była jej obojętna, jak mglista masa przesuwała się niewyraźnie przez lustro pamięci. Być może prześladowcy byli bardziej anonimowi niż mogła by przypuszczać. Wielkie, pomarańczowe bałwany, albo ściśnięte balony przywiązane przez muszkę i krawat do słupa władzy.
Jeden z nich był wielkim grubasem, żarłokiem który ciągle się uśmiechał, mogła pamiętać jego twarz.
Była wtedy bardzo młoda. Właściwie była jeszcze dzieckiem, nikt nie zadawał sobie trudu żeby jej wszystko dokładnie wytłumaczyć. Miała tylko uważać na mikrofon.
Prokurator próbował coś z niej wyciągnąć, nie potrafił zrozumieć że jest wierna tylko swej duszy.
Wzywała wyższe poziomy umysłu, szukała jasności która spala jego twory, odcina od zła. Dzień był taki upalny. Topił się jak asfalt.
- Jak to dobrze że już skończyła się burza- odezwała się cicho że mógł ją usłyszeć tylko John.

W końcu niebo oczyściło się. Mnich nie chciał żeby go gdziekolwiek podwozić. W milczeniu tylko pokręcił głową.
Wkrótce wyprowadzili samochód i ruszyli w dalszą podróż. Nagle wszystko wydało się takie odległe. Niczym ptaki, które krążyły wysoko na niebie. Jakiś kwadrans jechali pod górę pokonując łagodne zakręty. Z liści kapała woda, jakby świat nagle stał się bardzo dojrzały puszczając soki z drzew. W końcu osiągnęli szczyt, gdzie nie sięgały już macki lasu. John musiał zwolnić, gdy otoczyło ich stado skłębionych owiec. W oddali ujrzeli morze, horyzont był prosty jak strzała której lotki wytyczały granicę. W dole było już widać dom.


 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 1

Łezka mi się zaszkliła w oku, chyba się wzruszyłam...
Tak, za wzrszenie plusik, ale coś mi brakuje-chyba wyszepcze ci to na ucho, a tu szaaa

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.