Padało. Deszcz miarowo bębnił o drewniane parapety gospody od samego rana. Mimo pluchy, izba jadalna była pusta, ponieważ wyszynk Borha znajdował się z dala od głównych szlaków, którymi podążali do stolicy kupcy. Nie liczył na zarobek napływający od podróżnych, dlatego trudnił się też pędzeniem gorzałki, na którą zawsze był zbyt. Drzwi gospody otwarły się i do wnętrza wpadł chłodny wiatr pachnący deszczem. Borh wychylił się zza szynkwasu, żeby zobaczyć kogo licho przyniosło w taki psi dzień. W izbie stał mężczyzna, którego nigdy nie widział w tych stronach. Podszedł do jednej z wolnych ław, rozpiął sprzączkę płaszcza i zdjął kapelusz, z którego strzepnął wodę. Obok nogi drewnianej ławy rzucił sfatygowany plecak i dopiero wówczas usiadł. Borh wytarł ręce w niezbyt czysty fartuch i podszedł do nieznajomego.
- Co podać, panie? - zapytał.
- Strawy ciepłej i piwa - odparł tamten.
Głos miał dziwny, ochrypły, jakby gadał jedynie do siebie, a i to rzadko. Było w nim coś takiego, że włosy na karku karczmarza zjeżyły się z niepokoju. Mężczyzna zapowiadał kłopoty. Być może sam był kłopotami, których należało unikać jak samego diabła. Borh szybko przyniósł zamówienie, ale nieznajomy zatrzymał go mówiąc:
- Pokoju wolnego szukam. Na kilka dni - uściślił.
- Zjedz w spokoju panie, a później pokażę ci pokoje.
Nieznajomy kiwnął głową i zabrał się za jedzenie. Nie powiedział już nic więcej.
- Co podać, panie? - zapytał.
- Strawy ciepłej i piwa - odparł tamten.
Głos miał dziwny, ochrypły, jakby gadał jedynie do siebie, a i to rzadko. Było w nim coś takiego, że włosy na karku karczmarza zjeżyły się z niepokoju. Mężczyzna zapowiadał kłopoty. Być może sam był kłopotami, których należało unikać jak samego diabła. Borh szybko przyniósł zamówienie, ale nieznajomy zatrzymał go mówiąc:
- Pokoju wolnego szukam. Na kilka dni - uściślił.
- Zjedz w spokoju panie, a później pokażę ci pokoje.
Nieznajomy kiwnął głową i zabrał się za jedzenie. Nie powiedział już nic więcej.


