***
Piątka ludzi ruszyła w ciemnej nocy przez pustkowie. Każdy z nich na swój sposób przeżywał ostatnie wydarzenia. Najbardziej jednak narzekał Miłosz, który cały czas grzebał po kieszeniach.
- Co się stało? - zwrócił się do niego Almarin.
- Ten wredny kurdupel ukradł mi książkę! - zawołał kapłan.
- Książkę? – zainteresowała się Miriam. – A od kiedy to nosi się książki na wyprawy?
- Ja… po prostu… nie chciałem się nudzić… - jąkał się Miłosz.
- Tak, bo na wyprawie trudno jest o jakiekolwiek wrażenia – zakpił Kalijon. – Co to była za księga?
- Eee… taka jedna… - Kapłan najwyraźniej nie chciał ciągnąć dalej tego tematu. – Almarinie, po co idziemy do Yliamah?
- Przecież już mówiłem, Miłosz, jesteś jakiś dziwny – stwierdził Almarin. – Musimy jeszcze trochę odejść od tego miejsca, żeby się przeteleportować.
- Kender jest głupi, kender jest głupi… - nuciła Izabel, wykonując jakieś dzikie pląsy. Czarodziej zdenerwował się i użył zaklęcia. Kobieta od razu poczuła, że trzeźwieje.
- Co jest? – powiedział Kalijon. – Widzicie tą chmurę w dali?
Wskazywał na ciemne niebo za nimi, na którym widać było zmierzającą ku nim białą chmurę. Wszyscy zapatrzyli się w ten punkt. Kiedy chmurę oświetliło światło księżyca, Almarin krzyknął:
- Chowajcie się! Chowajcie! To nie chmura, tylko chmara! I to w dodatku straszliwych harpii!
Kalijon wyciągnął miecz, Miłosz buzdygan, Miriam i Izabel uniosły ręce, przygotowując się do czarowania.
- Będziemy walczyć, Almarinie – powiedział Kalijon.
- Nie, nie mogę was narażać… – zaczął mag, ale Miłosz mu przerwał:
- W takim razie dokąd się udamy, jeśli tu jest totalne pustkowie?
Czarodziej rozejrzał się dookoła i stwierdził, że kapłan ma rzeczywiście rację.
- Błagam was, uważajcie na siebie, nie zabijajcie, jeśli nie musicie. Obawiam się, że są to słudzy Hejmbrilla, którzy już wiedzą o naszej obecności tam.
Czarodziej uniósł magiczny kij w geście nadciągającej nieuchronnie walki.
Piątka ludzi ruszyła w ciemnej nocy przez pustkowie. Każdy z nich na swój sposób przeżywał ostatnie wydarzenia. Najbardziej jednak narzekał Miłosz, który cały czas grzebał po kieszeniach.
- Co się stało? - zwrócił się do niego Almarin.
- Ten wredny kurdupel ukradł mi książkę! - zawołał kapłan.
- Książkę? – zainteresowała się Miriam. – A od kiedy to nosi się książki na wyprawy?
- Ja… po prostu… nie chciałem się nudzić… - jąkał się Miłosz.
- Tak, bo na wyprawie trudno jest o jakiekolwiek wrażenia – zakpił Kalijon. – Co to była za księga?
- Eee… taka jedna… - Kapłan najwyraźniej nie chciał ciągnąć dalej tego tematu. – Almarinie, po co idziemy do Yliamah?
- Przecież już mówiłem, Miłosz, jesteś jakiś dziwny – stwierdził Almarin. – Musimy jeszcze trochę odejść od tego miejsca, żeby się przeteleportować.
- Kender jest głupi, kender jest głupi… - nuciła Izabel, wykonując jakieś dzikie pląsy. Czarodziej zdenerwował się i użył zaklęcia. Kobieta od razu poczuła, że trzeźwieje.
- Co jest? – powiedział Kalijon. – Widzicie tą chmurę w dali?
Wskazywał na ciemne niebo za nimi, na którym widać było zmierzającą ku nim białą chmurę. Wszyscy zapatrzyli się w ten punkt. Kiedy chmurę oświetliło światło księżyca, Almarin krzyknął:
- Chowajcie się! Chowajcie! To nie chmura, tylko chmara! I to w dodatku straszliwych harpii!
Kalijon wyciągnął miecz, Miłosz buzdygan, Miriam i Izabel uniosły ręce, przygotowując się do czarowania.
- Będziemy walczyć, Almarinie – powiedział Kalijon.
- Nie, nie mogę was narażać… – zaczął mag, ale Miłosz mu przerwał:
- W takim razie dokąd się udamy, jeśli tu jest totalne pustkowie?
Czarodziej rozejrzał się dookoła i stwierdził, że kapłan ma rzeczywiście rację.
- Błagam was, uważajcie na siebie, nie zabijajcie, jeśli nie musicie. Obawiam się, że są to słudzy Hejmbrilla, którzy już wiedzą o naszej obecności tam.
Czarodziej uniósł magiczny kij w geście nadciągającej nieuchronnie walki.


