Śmietnik  zobacz opis świata »

Dopis 26:Pod tym kamieniem została pochowana Julia...

« poprzedni dopis
 

Cassie 64

Od: 11.01.2007,aktywny: dawno temu

Tekstów: 3,

Dopisów: 181,


Pod tym kamieniem została pochowana Julia, ponoć piękna dziewczyna, która, jak tutaj mówią, miała źle w głowie. Już w dzieciństwie chciała zostać aktorką, dokładała wszelkich starań, żeby móc w przyszłości zadebiutować na deskach teatru. Deklamowała wiersze, przeczytane w podkradanych z biblioteczki swojej ciotki książek. Szczególnie upodobała sobie dramaty Szekspira, cicho podziwiając skonstruowane przez niego osobowości ludzkie. Gdy tylko skończyła lat osiemnaście, zabrała z domu niewielki kuferek i przypadkowych ludzi poprosiła, by zawieźli ją do najbliższego miasta. Jednak świat, w którym się wychowała, nie przyzwyczaił jej do życia. Jej matka, inteligentna, acz naiwna, wielbicielka francuskich romansów, spędzała czas na kokietowaniu gości niewinnymi spojrzeniami i nadmierną uprzejmością. Ojciec, tradycjonalista, wiedziała, że mógłby dostać zawału, gdyby dowiedział się, że chce zostać aktorką. Ukrywał starannie przed żoną i córką fakt niechybnego bankructwa. Julia dostrzegała, że całe ich życie było grą. Gdy wysiadła na skraju wielkiego miasta uderzyła ją bieda i jej autentyczność. Ludzie spoglądali z zazdrością na jej suknię z fioletowego muślinu, nie wierząc, że poza jednym kuferkiem nic nie posiadała.

Dyrektor teatru nie chciał z nią rozmawiać. Nie potrzebowali nowego narybku, tak przynajmniej powiedział pan w recepcji. Niezbyt uprzejmy, z maską obojętności i lekkiego znudzenia na ogorzałej twarzy. Kazał jej wyjść i powrócił do czytania przerwanej na chwilę lektury porannej prasy. W ciągu kilku następnych tygodni poznała znaczenie słowa samotność. Błąkała się po ulicach miasta, śpiewając z dnia na dzień coraz słabszym głosem. Wkrótce całkowicie zdarła sobie gardło i jedynym dźwiękiem, który mogła wydać było słabe chrząknięcie. Prośbę o kilka drobnych monet na coś do zjedzenia. Któregoś dnia zobaczyła młodych ludzi, wystawiających uliczne przedstawienie. Wtopiła się w tłum, obserwując zabawnie lekką komedię, jaką odgrywali. Gdy skończyli, kłaniając się nisko, a zebrani ludzie rozeszli się do domów, zostawiając w kapeluszu drobny datek, Julia podeszła do nich z nieśmiałym uśmiechem. Przyglądała się, jak chowają rekwizyty. Jeden z aktorów, chłopiec młodziutki jeszcze, może czternastoletni, spytał ją, czy interesuje się teatrem. Nieśmiałość ustąpiła. Przy gorącej herbacie z rumem, na którą ją zaprosili, opowiedziała wszystko o swoim marzeniu. Pozwolili jej dołączyć do swojej trupy. Jej talent sprawił, że szybko zdobyła uznanie publiczności i rzesze wielbicieli. Była obsypywana kwiatami i listami, skropionymi tanią wodą różaną. Sama natomiast poznała smak miłości nieodwzajemnionej.

Wiktor był w miarę inteligentny. Chodził zawsze w znoszonych spodniach i, ku rozpaczy swojej matki, pozował na artystę. Przyjaźnił się z jednym z członków trupy; na jego życzenie układał scenariusze. Rodzice, zwłaszcza ojciec (właściciel małego szewskiego zakładu), marzyli, że przejmie po nim schedę. Zaplanowali też dokładnie jego ślub z rozsądną panną z sąsiedztwa. Nie kochał jej, ale nie potrafił się sprzeciwić. Życie według własnego pomysłu wymagało odwagi, a tego Wiktorowi brakowało. Szybko złapał nić porozumienia z Julią, ale nie potrafił dostrzec jej delikatnych aluzji, dyskretnych spojrzeń i uśmiechów. Kiedy ofiarował jej zaproszenie na swój ślub, milczała. Jeszcze tego samego dnia spakowała wszystkie swoje rzeczy i opuściła przyjaciół z trupy teatralnej.

Nikt nie wiedział, gdzie się podziewała przez najbliższe tygodnie. W końcu wyczerpana psychicznie i fizycznie wróciła do swojego domu. Nic nie tłumaczyła, coś bredziła tylko bez składu i ładu. Wieczorami chodziła po wiosce, śpiewając swoje kwestie z przedstawień. Czasem płakała, może z żalu za Wiktorem, może za karierą teatralną. Któregoś dnia doszły ją słuchy o potomku swojego ukochanego. Nowonarodzonym synku, chłopcu ponoć ślicznym jak z obrazka. Julia uśmiechnęła się tylko, gdy nowinę usłyszała. Ubrała się wcale elegancko. Czarna sukienka, płaszcz, a głowę przewiązała tiulowym szalem w kolorze matowej szarości. W kieszeni palta schowała zieloną chustkę. W kratkę. Zabrała ją kiedyś Wiktorowi. Chłopak z sąsiedztwa, rumiany i zawsze uśmiechnięty, zgodził się zawieść ją do miasta. Gdyby znał jej plany, z pewnością nie pozwoliłby jej ich zrealizować. Jednak była dobrą aktorką, śmiała się całą drogą. Podobno chciała kupić sukienkę na czyjś ślub. Kręciła, ale z wdziękiem. Dzięki temu łatwo wybaczano jej wiele kłamstw.

Mieszkanie Wiktora miało wspólne wejście z bankiem, zakładem szewskim i sklepem galanteryjnym.

- Zatrzymaj się. Muszę kupić nowe rękawiczki – powiedziała szybko, chwytając go gwałtownie za rękę.

Zdziwił się. W jej głosie musiało być coś niepokojącego, co sprawiało, że się przestraszył. Uderzył batem konia, który gwałtownie się zatrzymał. Julia zaśmiała się nienaturalnie i wyskoczyła z pojazdu.

- Poczekam tu na ciebie! – krzyknął.

- Lepiej nie. Zawsze znajdę drogę do domu – uśmiechnęła się. – Jedź już! Bo... – w jej oczach zamigotały błyski szaleństwa. – Bo inaczej będziesz żałować.

- Julia, co ci...? – chciał spytać, ale dziewczyna znikła już za drzwiami kamienicy. Odjechał, niepokojąc się o sąsiadkę.

Tymczasem Julia przeczesała palcami włosy i zapukała do domu Wiktora. Otworzyło jej młode dziewczątko, chyba pomoc domowa. Powiedziała, że państwa nie było w domu, ale uległa namowom Julii i wpuściła ją do środka. Uwierzyła jej tłumaczeniu, że jest krewną rodziny. Poprosiła o pokazanie jej maleństwa. Służąca poszła po chłopczyka. Julia w tym czasie zdążyła wyjąć z kieszeni chustkę Wiktora. Jej uwagę przykuł nóż, leżący na kuchennym stole obok chleba. Z trudem pohamowała wybuch śmiechu, a może i płaczu, który zaczął dusić ją w piersiach. Wzięła go w dłonie i, gdy młoda pomoc domowa wróciła, rzuciła się na dziewczynę. Podobno działała jak w amoku, a zaskoczona ofiara nawet się nie broniła. Noworodek spadł na ziemię, uderzając główkę o podłogę. Może stracił przytomność, może zginął na miejscu. Julia wzięła go na ręce, tuląc jego wątłe ciałko. Owinęła go zieloną chustką w kratkę i wyszła z budynku. Na wieś wracała na pieszo, łąkami i polnymi ścieżkami. Nieopodal parafialnego cmentarza znajdował się piękny zagajnik, gdzie w dzieciństwie ćwiczyła się w grze aktorskiej. Rękoma wykopała dół, do którego włożyła porwanego chłopca. Udusiła go chustką jego ojca i następnie zasypała cienką warstwą piasku. Potem przez chwilę siedziała w zadumie. Spojrzała mimowolnie na spulchnioną ziemię i wybuchła płaczem, jakby dotarło do niej, co zrobiła. Wspięła się na jedno z drzew i do położonej wyżej gałęzi przywiązała szalik. Założyła go sobie na szyję i zeskoczyła. Chwilę później zaczęła tracić powietrze, próbowała się szamotać, ale pęk był zbyt mocny. W oddali zauważyła grupę myśliwych. Usłyszeli jej krzyk i przybiegli. Jeden fińskim nożem przeciął szal. Zakopywali jej ciało, czując jednoczesny niepokój. Kobieta była piękna, nawet po śmierci. Jedynie w jej oczach migotało nieznane im przerażenie. Autentyczny strach.

Następnego dnia słońce wstało jak zwykle. Wieść o samobójczyni i zabitym maleństwie szybko się rozniosła. Prawdę zakrywały jednak domysły, plotki i próby dojścia do motywu. Pewnie, mówili ludzie, miała romans z Wiktorem. Jego żona, zrozpaczona po stracie dziecka, dała wiarę pogłoskom i opuściła miasteczko. Nigdy więcej jej nie widziano. Co stało się z mężczyzną, który z powodu braku odwagi nie potrafił sprzeciwić się rodzicom, nikt nie wiedział. Podobno zaczął pić, choć istniały też plotki, że wyjechał za swoją małżonką. Na grobie nieszczęsnej Julii, nigdy się nie pojawił.
 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 0

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.