ZAPYTAJ RAJCHSFIRERA  zobacz opis świata »

Dopis 11:Powiał wiatr i zaklekotały...

« poprzedni dopis
 

Love 83

Od: 14.02.2010,aktywny: dawno temu

Tekstów: 23,

Dopisów: 213,


Powiał wiatr i zaklekotały dachówki na dachu starej stodoły. Ruszyłem w kierunku dębu, który stał dumny i silny, przy skrzyżowaniu dróg. Vis a vis rosło kilka owocowych drzewek, pochylone, niemal pełzające po ziemi jabłonie. Ale to właśnie dąb był moim bliskim przyjacielem. Pomógł mi zarobić pierwsze pieniądze.
Pewnego dnia sięgnąłem po worek i nazbierałem do niego żołędzi. Potem zaniosłem je do punktu skupu. W zamian otrzymałem pokaźny plik banknotów, które dokładnie przeliczyłem. Nie, żebym nie ufał kierownikowi skupu, po prostu lubię ich szelest. I szeleściłem sobie nimi aż do przystanku, gdzie na autobus oczekiwała gromada ludzi. Schowałem pieniądze do kieszeni. Rozpierała mnie duma.
- Dąb dał mi swoje żołędzie, dał mi je! Dał mi je! Dał mi je!- śpiewałem pod nosem.
Uśmiechnąłem się do pani Lissek, która jechała na rowerze pedałując miarowo niczym wioślarz. Jej suknia była zielona jak woda w lesie, tam gdzie łowiliśmy salamandry. Po wystawach dzieł Picassa, Chagalla, Matisse`a, Miro uznawany był za najbardziej spontanicznego z surrealistów, który potrafił patrzeć na świat zdziwionym wzrokiem dziecka. Tylko on potrafiłby namalować te salamandry.
Pani Lissek była okrągła jak dynia, odwzajemniła uśmiech i pojechała dalej. Mijałem kolejno znajome domy. Jedna z bram była otwarta, mogłem się przyglądać jak wyprowadza się konie na podwórze. Te konie były inne, potężne i smukłe, próbowały się wyrwać. Przestępowały z nogi na nogę, wierzgały, igrając z losem. Musiały mieć w sobie szlachetną krew. Byłem już blisko domu, z daleka witał mnie dąb.
Pod dębem siedział włóczęga, miałem wrażenie że gdzieś go już wcześniej widziałem. Nosił za duże buty i frak, który upodabniał go trochę do ptaka.
Ukłonił mi się gracko i uchylił melonik, poruszając przy tym śmiesznie wąsikiem.
- Dzień dobry- ukłoniłem się grzecznie.
Nieznajomy wstał, otrzepał spodnie i wskazał laseczką dąb.
- Ten pan chciałby ci podziękować- jego polszczyzna była bez zastrzeżeń, chociaż dało się wyczuć w niej coś, co przypominało tabasco.
- Za co?- zapytałem zaskoczony.
- Twierdzi, że dzięki tobie jego żołędzie ruszyły w świat.
Znowu uchylił kapelusza, postukał laseczką w pień i otwarły się jakieś drzwi w których zniknął. Kiedy się zreflektowałem, pana z wąsikiem już nie było. Podszedłem do drzewa i pogłaskałem korę.
- Dziękuję- szepnąłem wzruszony.
 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 1

Ładnie narysowane. Atmosfera tekstu wydaje się dziwnie nieuchwytna. Za każdym razem, kiedy zdaje się, iż zaczynam ją wyczuwać, zmienia się. W jednym fragmencie pogodna, w innym wręcz mroczna. Dziwna sprawa. Może się dziś nie wyspałam?

Zaś bohater głaskający drzewo jest tak uroczy, iż chętnie dałabym mu buziaka w ucho, gdyby istniał naprawdę.

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.