Taki jak ja...  zobacz opis świata »

Dopis 3:Powietrze pomarańczowe . Słońce niby rozmyte...

« poprzedni dopis
 

Love 83

Od: 14.02.2010,aktywny: dawno temu

Tekstów: 23,

Dopisów: 213,


Powietrze pomarańczowe. Słońce niby rozmyte, na żółtej wydmie siedzi człowiek.
Na scenę wchodzi Narrator, zwraca się do widowni mówiąc
- Ten mężczyzna to aktor, który za chwilę, gdy tylko skończę swoją kwestię, wypowie wiekopomne słowa. Ponieważ żyje on w przekonaniu, całkiem słusznym zresztą przekonaniu, że jego gra ma wielką moc wpływania na ludzkie losy, prosimy o zachowanie absolutnej ciszy.
Aktor odwraca się, dopada stóp Narratora i krzyczy- Co ja tutaj robię?!
- Dlaczego kazałeś mi tutaj usiąść?!!
- Czy nie wiesz że ludzie potrzebują do życia czegoś więcej?!

- Chwileczkę Jasiu, jeszcze nie skończyłem...


DOJRZAŁOŚĆ.

Chmury pojawiają się w ramach okna, przesuwają się i zmieniają. Każdego dnia znajduję coś, jakiś drobiazg który umyka tłumom. Gdzieś jest inaczej, ale niekoniecznie lepiej- zdumiony swoją prostotą, ubrany w ciepły sweter wywleczony ze starej szafy wspomnień, przemijam szczęśliwy, jakimś cudem...

Pewnego razu ktoś do mnie przyszedł, miał cudowne, różowe okulary. Powracał z mgły, z której wydobywają się istnienia. Zetknąwszy się z nimi palcami, dotknąłem prawdy objawienia.
Wszystko byłoby jasne, gdyby istniała jedna droga, ale drogi są ze sobą splecione. Czasem wilk bieży bocznymi ulicami. Ale wszystkie stworzenia mają swój sens. Tak właśnie powiedział by stary baca, który ciągnął konia o północy w Sylwestra roku 1997.

Na suficie pojawia się krąg srebra odbijającego się w lustrze filiżanki. Jak prywatny księżyc zamknięty w domu za karę, że nie był dość posłuszny. Nie pojawił się o wyznaczonej porze bo miał randkę z chmurą. To nic, że zdradziła go z drapaczem. Co to była z resztą za zdrada, wszystko było jasne od początku.
Księżyc jest gościem w moim domu, wytłumaczyłem mu że najlepiej jeśli nawałnica wspomnień pozostaje odległa i nietknięta, jak wysuszone winogrona.
Słodkie jest królestwo niewiedzy. Opisuję cię płomieniu i cieniu płomienia, księżycu filiżanki.
Z dnia na dzień staję się bliższy sobie, bliższy prawdy. Co mi pozostało? Miłość, każdy wie że człowiek to istota napędzana jej energią.
Każdy to wie.

Na wyspie, gdzie mieszkała polinezyjska królowa, chciałem zbudować chatę z trzciny.
- Jedna palma mi wystarczy- powiedziała gdy wiatr muskał skałę.
Tamtego dnia zrozumiałem wszystko, czym jest spełnienie, szczęście jak wyspa na której mieszkają księżniczki, palma daktylowa i słodka woda. Statek który nie odpływa, mewa która śpiewa. Gitara, albo i harfa, jak kto chce.
Niebo.
Słowa wypełnione po brzegi kielicha miłością. Iskierki kołyszące się na wodzie. Król przegląda się w wodzie, znajduje swoje odbicie, nareszcie korona mu nie spada, dopłynął.
Małe, białe stateczki puszczane przez dzieci. Lekki wiatr, włosy anielskie wijące się wokół głowy jasnookiej, zanurzającej usta.
Idealny świat.
Czwarta rano. Pierwsze oznaki zdumienia, nie jestem sam! Firanka się porusza, kwiat rośnie cicho jak broda Mesjasza. Złoty Anioł, ten sam którego spotkałem w górach. Siedzi teraz obok mnie, dotyka mojego ramienia, uśmiecha się, obejmuje mnie. Teraz jestem otoczony jego królestwem, zamykam się w nim pozostając wolnym.


WSPOMNIENIE.

Pewnego razu przez dziurkę od klucza dostrzegłem światło lampy w pokoju gdzie nie było już telewizora. Wiklinowe meble porozrzucane po kątach, rozwalona rama od obrazu. Butelki nie pozwalające domknąć drzwi, o które potykali się liczni goście, butelki które tak pięknie namalowałem. Petardy w Sylwestra, sztuczne ognie wnikające w czystą czerń nieba, najpiękniejszą czerń wyprowadzoną z głębi kolorów. Wili prosiły barany do tańca, taki oto efekt udało mi się osiągnąć.
Palec zanurzony w mango.
Łóżko jak organy wygrywało dźwięki co noc trochę inaczej. Krew spływająca po udach wsiąkała w papier kalendarza porzuconego na podłodze. Wokół paliły się świece namiętnych spojrzeń, patrząc jak oddycha szukałem w niej odkupienia.
Kielichy były czyste, skórka pomarańczy spadała ze stołu, drgały usta. Sąsiadka z uchem "przyklejonym" do ściany szeptała pacierze, poiła się. Mieszkańcy tego domu czuli że noc gdzieś przecieka, że coś się dzieje o czym być może nie chcieli wiedzieć. Kto by ich wyspowiadał?
W szafie nocy zrobiło się cicho. Wełniane rękawy oplotły mnie szczelnie, otwarłem drzwi i nabrałem tchu.
Kombinowałem, jakby tu nie uronić ani jednej łzy. Dokładnie o północy stoczyłem się z materaca. Dziewczyna która zagroziła wyjazdem do USA powiedziała, że wszystko będzie dobrze jeśli uda mi się posprzątać mieszkanie. Wiklinowe kosze kryły zbyt wiele jeszcze tajemnic. Ostre ostrza szpady wpadały co dzień na kozła ofiarnego nie przebijając go. To była iluzja, to tylko tak wyglądało na ekranie firanek.

Lasy, bezkres oceanu. Od paru dni na tle bujnej łąki nie dojrzałem żadnej intrygi, nawet horyzont pozostaje niewzruszony mimo burzy. Czy można i jak długo tak trwać? Czy tak właśnie wygląda ostateczne szczęście?
Taka dżdżownica, niby nic, przymykam oczy.

Spotykam Krasnoludka, idzie do lasu zbierać opał, znajduje mój stary kapsel, wspina się, wdrapuje do środka. Zakłada okulary i łączy ze sobą litery-
R Y S Z A R D S Z U R K O W S K I.
Nagłe uderzenie, pstryknięcie palców, kapsel zostaje wprawiony w wirowy ruch. Jest już na trasie. Krasnoludek chwyta się krawędzi, zapiera nogami ze wszystkich sił, pęd powietrza zrywa mu czapkę, mija inne kapsle i jest już na stadionie, biegną do niego chłopcy!
Takich chwil się nie zapomina. Kto raz został mistrzem poznał smak zwycięstwa. Ale prawda jest taka że to balans ciała krasnoludka sprawił, iż kapsel nie wypadł z trasy.


POMYSŁ.

Pewnego razu przeczytałem ogłoszenie o treści- "Masaż sportowy i egzotyczny, emeryci i renciści zniżka, psy- gratis"
Wszedłem do gabinetu, w fotelu siedział wielki doberman którego łeb poruszył się gdy otwierałem drzwi. Masażysta serwował mu właśnie serię rozluźniających uderzeń w bark, potem wytarmosił za uszy i ugniatając go jak ciasto sprawił, że pies w końcu zawył.
Tak dzieci, tak właśnie się dziej gdy człowiek dojrzewa. Rumieni się, czerwienieje, słońce w pełni, płomienie wślizgują się do garnka. Strach na wróble stoi bez wyrazu. Noc przychodzi cicho, skrada się, cisza jakiej można zaznać tylko tam, gdzie nigdy nie przejeżdżały pociągi. Woda przyniesiona ze świętej studni, las...
A może by tak zostać żigolakiem?
Ale co, jeśli prócz wszystkich pięknych pań, spotkam też stare, grube kobiety? One potrafią mieć różne, czasami dziwne wymagania, np. żeby włożyć po pochwy głowę. Co mi tam, najwyżej założę gumowy czepek, z takim wycięciem a la Faust. Koniecznie różowy, kremowy? Mogę też domalować sobie kredką wąsa.








 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2

Ależ mnie wcisnął w krzesło ten wpis. Niesamowity. Mocny. Emocjonalny. Nie napisany, a narysowany słowami. Wah. Dajcie mi chwilę ciszy, bo nie wiem nawet jak skomentować...

Zdecydowanie mój marny punkt nie oddaje wartości tego tekstu... Wa...

Dziękuję Ci piękny i mądry ptaku:-)

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.