Raz w tygodniu na miejskim rynku odbywał się targ. Kupcy z całej okolicy, sklepikarze i przekupki wykładali przed świtem swój towar, aby aż do wieczora mamić i zachęcać ludzi do kupna. Ręcznie wystrugane fujarki, świeże owoce, płótna i materiały z dalekich krain, pęki suszonych ziół, flaszki z miksturami. Widząc takie wspaniałości, przepych zapachów i kolorów, nie można było nie przystanąć na chwilę.
Marcus szedł zamyślony "Zabiłem" wyrzucał sobie. Obok dzieci beztrosko pluskały się w kałużach, kobiety wyciągały do niego dłonie, oferując złociste jabłka i soczyste brzoskwinie. Chłopiec nie zwracał na to uwagi. Chciał jak najszybciej wyjść z tłumu. Zostawić za sobą wrzask i hałas. Marzył o misce grochówki, którą poda mu jego przybrana matka. O twardej leżance w jego małym pokoiku i ciężkiej, pachnącej wilgocią poduszce, w którą wtuli twarz.
- Tylko tu! Jedyni w sowim rodzaju! - Uniósł głowę, wyrwany z przemyśleń. Spory tłum zgromadził się wokół stojącej na środku rynku szubienicy. Jakieś dwie postacie poruszały się żwawo po platformie, nawołując lud.
- Władca ognia! Pan płomieni!
Marcus, korzystając z lat doświadczeń, przemknął między rządną rozrywki tłuszczą tak, ze po kilku sekundach znalazł się na samym przedzie. Na wzniesieniu stało mężczyzna i chłopak, mniej więcej w jego wieku. Obaj ubrani byli w czarno- czerwone stroje, twarze obu pokrywał warstwa grubego makijażu. Marcusowi przypominali diabły z kościelnych malowideł, które zaraz rzucą się na tłum grzeszników. Szczególnie starszy mężczyzna zdawał się być groźniejszy. Mierzył zebranych kpiącym, wyzywającym wzrokiem zza czupryny płomiennie rudych włosów.
Ktoś z boku podał dziwacznej parze pochodnie.
Marcus szedł zamyślony "Zabiłem" wyrzucał sobie. Obok dzieci beztrosko pluskały się w kałużach, kobiety wyciągały do niego dłonie, oferując złociste jabłka i soczyste brzoskwinie. Chłopiec nie zwracał na to uwagi. Chciał jak najszybciej wyjść z tłumu. Zostawić za sobą wrzask i hałas. Marzył o misce grochówki, którą poda mu jego przybrana matka. O twardej leżance w jego małym pokoiku i ciężkiej, pachnącej wilgocią poduszce, w którą wtuli twarz.
- Tylko tu! Jedyni w sowim rodzaju! - Uniósł głowę, wyrwany z przemyśleń. Spory tłum zgromadził się wokół stojącej na środku rynku szubienicy. Jakieś dwie postacie poruszały się żwawo po platformie, nawołując lud.
- Władca ognia! Pan płomieni!
Marcus, korzystając z lat doświadczeń, przemknął między rządną rozrywki tłuszczą tak, ze po kilku sekundach znalazł się na samym przedzie. Na wzniesieniu stało mężczyzna i chłopak, mniej więcej w jego wieku. Obaj ubrani byli w czarno- czerwone stroje, twarze obu pokrywał warstwa grubego makijażu. Marcusowi przypominali diabły z kościelnych malowideł, które zaraz rzucą się na tłum grzeszników. Szczególnie starszy mężczyzna zdawał się być groźniejszy. Mierzył zebranych kpiącym, wyzywającym wzrokiem zza czupryny płomiennie rudych włosów.
Ktoś z boku podał dziwacznej parze pochodnie.


