Taki jak ja...  zobacz opis świata »

Dopis 4:ROZWIĄZANIA . Zawsze...

« poprzedni dopis
 

Aletheia 112

Od: bardzo dawna,aktywny: dawno temu

Tekstów: 0,

Dopisów: 188,


ROZWIĄZANIA.

Zawsze przecież mogę pozostać wygnańcem wiatru. Skoczyć w dół z wielkiej skały, rozkładając dłonie. Kochać się z wiatrem. Cieszyć oczy pięknem przemykających obrazów, poddając się uderzeniom siły, z którą nie sposób walczyć. A potem zanurzyć swe jakże delikatne powłoki w gęstwinie morskiej, która pozwoli mi żyć. Mogę to zrobić. Dlaczego nie? Mogę też wyprodukować dodatkową parę nóg, które uczynią mnie zjadliwym dla większej ilości insektów, ale pozwolą też na delikatniejszy taniec.
Mogę?
Mogę. A czemuż by nie? Czuję się silna.
Póki co jednak decyduję się iść dalej, tak jak szłam, wraz ze swym cieniem, przykrytym płaszczem. Bo droga jest dobra. Droga jest dobra, a ja lubię iść. Nogi, potrzebują ruchu, inaczej wiotczeją, stają się pokraczne i płaczą. Trzeba je wtedy przytulać, wycierać łzy chustką i tłumaczyć, wiele rzeczy, o których się wcześniej nie miało pojęcia.
Tak więc idę, nie licząc, że dojdę na szczyty Himalajów. Póki co, może to będzie dach szkoły?


DZIECINNOŚĆ.

Na dachu jest całkiem przyjemnie. Siedzę, zwieszając nogi ku dołowi i kontempluję brak strachu, który wydaje się wymagany w tej sytuacji. Zaraz, przecież to nie ja siedzę na tym dachu. Przecież dopiero, co tu przyszłam. Kim jest więc ta istotka, która siedzi?
– Co tu robisz? – pytam z nutą zdziwienia.
– Nie widzisz? Łowię ryby, a ty? – odpowiadam podnosząc brwi, zdumiona.
– Zaraz, jak to łowisz? Przecież to dach szkoły.
– Nie, to brzeg jeziora.
– Nie możesz być mną, skoro nasze wspomnienia są inne. Nawet nasze postrzeganie jest odmienne.
– Gówno prawda – dosiadłam się do dwóch dyskutujących osóbek. – Przecież nie wspomnienia są tym, kim jesteśmy. Można je sztucznie wytworzyć...
– Wspomnienia tworzą naszą indywidualność, kim byśmy byli bez nich?
– Mysikrólikami! – odpowiedział zgrany chór setek istot.


DWA SŁOŃCA.

Wydma rozmyła się w mej dłoni, wyparowała na wietrze, pozostawiając jedynie zapach martwych skorupiaków. Teraz nie wiedziałam już dokąd iść. Stały przede mną dwa słońca. Równie jasne i wyraziste. Równie oślepiające, jak ogrom informacji, nie do pojęcia. Dwa słońca. Obracające się wokół z przedziwną prędkością. To one sprawiły, że stałam się na kształt kuli. To one sprawiły, że poczułam zwątpienie skradające się po mych plecach.
A gdyby stać się czworościanem? Nagle posłyszałam szelest mej koszuli. Coś najwyraźniej się działo, choć nie wiedziałam do końca, co… Może to mysz kołysała się na liściu drzewa? Tak, to z pewnością była mysz. Trochę bardziej muskularna, niż ta, którą chwilę temu widziałam, ale dobre i to. Z premedytacją włożyłam dłoń w jedno ze słońc. Poczułam lepką masę obracającą się w niej, gęstą, ziemistą, choć skaczącą i kłującą jak flara. Włożyłam drugą dłoń w gęstą maź. Słońce wciągało mnie, zaś ja nie byłam pewna, czy pozwalać na to, czy protestować. „Chcesz znaleźć mysikrólika?” – ma myśl ukłuła mnie, jak nagłe stąpnięcie na kolec. „Chcę” – odpowiedziałam jej.


PO DRUGIEJ STRONIE.

Po drugiej stronie słońca dojrzałam wielkie lustro, rozrywające mnie na tysiąc części. Każda z nich, była chętna pomóc mi odnaleźć to, czego szukałam. Jednakże, w jakiś dziwny sposób, zapomniałam co to było. A więc, nie przejmując się wiele, postanowiłam eksplorować owe wielkie lustro, noszące zapach krwi i genitaliów. Wyciągnęłam dłoń, chcąc je dotknąć, lecz ono odchyliło się nieznacznie, jakby nieufne, po czym z impetem przytuliło się do wyciągniętej dłoni. Poczułam wtedy cudny zapach pustki. Stałam się wełnistą koszulą, którą niegdyś nosiłam i konikiem polnym, którego nigdy nie widziałam. Teraz wreszcie mogłam podziwiać jego czerwony łepek i skośne oczka. Lakierowane skrzypce były z pewnością tym, o czym dumał.


EWOLUCJA.

Śnieg spadł w tym roku wcześnie. W samym środku lata. Nie dziwiłam się zbytnio temu, bo wiedziałam, że właśnie teraz musi się to zdarzyć, tak jak zdarzają się białe pumy, o miodowych oczach, w puszczach tropikalnej Amazonii. Poczułam się jak sadzawka przyjmująca w siebie kolejną kroplę deszczu. Z uwagą śledziłam kręgi pojawiające się na mej powierzchni. Wiedziałam, że krople są zbyt małe, aby utworzyć solitony, acz zawsze intrygowała mnie deterministyczna chaotyczność ich przypadkowości. Były tak naturalne, jak nic co wyrażalne za pomocą merdania ogonkiem. Zdecydowanie.
Dlatego teraz, rozpuściłam swe skrzydła i wzbiłam się w sam środek deszczowej chmury.
 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2


Nie jestem w stanie się zorientować w tej chwili dlaczego widok konika polnego mnie podniecił, a chór setek istot potwierdzający tezę o tym, jak łatwo stać się mysikrólikiem jeśli się człowiek nie przypilnuje, to prawdziwy socjologiczny majstersztyk. Cokolwiek to znaczy:-)
W białej pumie zakochałem się od pierwszego wejrzenia.

Dziękuję za inspirujący komentarz i plusa:) Uśmiecham się szeroko i mam cichą nadzieję, na odzew z Twej strony...

Koniki polne są zaiste podniecające, a szczególnie w chwili gdy cykają (do czego, wydawać by się mogło, mają szczególne predyspozycje;)). Natomiast biała puma się zarumieniła na Twe słowa, chwilowo zmieniając barwę na jasny róż. Idę sprawdzić, czy wylizała już z niego futerko...

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.