Co u Ciebie? - Czyli zbiorowy pamiętnik  zobacz opis świata »

Dopis 696:Są różni ludzie . Są tacy...

« poprzedni dopis
 

Lolita 33

Od: bardzo dawna,aktywny: dawno temu

Tekstów: 6,

Dopisów: 106,


Są różni ludzie. Są tacy, którzy mają w życiu farta i wszystko im się udaje za pierwszym razem, są tacy, którzy całe życie harują, a tak naprawdę gówno z tego mają. Są tacy, którzy z każdej klęski się podnoszą silniejsi i nic nie jest w stanie ich złamać, są też tacy, którzy przejmują się wszystkim nad wyraz, słabi, potrzebujący wiecznej opieki nad nimi, którzy nie radzą sobie z niepowodzeniami i załamują się byle czym.

Hm…i gdzie by tu zakwalifikować naszą Kasię?

Powiem Wam jaka chciałam być i poniekąd byłam do tej pory, a przynajmniej zawsze się starałam.

Byłam twarda. Nikt nie powie, że nie.

Mając w domu ojca, który każdemu stara się narzucić i narzuca swoje zdanie, swoją wolę, swój tok myślenia, całe życie byłam krytykowana, dołowana, całe życie uświadamiał mi moje błędy i wciąż o nich przypominał. To on był tym, który przewidywał, że nie zdam matury, nie dostanę się na żadne studia, nie skończę ich, nie zdobędę pracy, która da mi potem godne warunki życia. Nigdy we mnie nie wierzył, a kiedy do czegoś dochodziłam, to przewidywał zawsze tego rychły koniec. Moje koleżanki, kiedy przychodziły do mnie i przez 10 minut słuchały jego gadania, potrafiły potem przez tydzień, chodzić zdołowane i mi współczuły. Nie wiem jak on to robi, ale potrafi tak mówić, że w jednej chwili uświadamiasz sobie, że jesteś nic nie znaczącym człowiekiem. Był czas, że się tym przejmowałam. Jak miałam 15 lat. Gdybym brała sobie do serca wszystko co mówi, pewnie już dawno popełniłabym samobójstwo, bo to nie jest dobra metoda motywacji. Potrafi naprawdę wpędzić w stan depresyjny. To nie tak, że to po mnie spływało i koniec. Nie…to się odbiło na mojej psychice. Na pewno w jakiś sposób musiało.

Ja jednak byłam wtedy twarda. Nigdy się temu gadaniu nie poddawałam. Nigdy mu nie wierzyłam. Nigdy tego nie okazywałam. Starałam się, chociaż bolało mnie, że mój własny ojciec ma o mnie takie beznadziejne zdanie. Najgorsze chwile były, gdy okazywało się że miał rację…i coś nie wychodziło.

Wtedy zaczynałam myśleć, że może ma rację i naprawdę do niczego w życiu nie dojdę? Że taka jestem do dupy? Jednak temu myśleniu, nigdy się do końca nie poddawałam.

U mnie w domu, nie można mieć doła…nie można mieć złego dnia, nie można mieć depresji, nie można być załamanym…nie można. Zawsze trzeba udawać, że wszystko jest OK, zawsze trzeba zachować swego rodzaju normalność. Ja i tak się dziwię, że zachowałam w takim domu równowagę psychiczną w takim stopniu. Każde niepowodzenie w życiu znosiłam równie po męsku, nie użalając się, nie załamując…bo byłam zahartowana, zresztą na żale nie było czasu. Trzymać się. Nie okazywać emocji. Nie pokazywać, że coś boli.

Dodam, że nie było przy mnie nigdy mężczyzny, który by mógł mi takiego wsparcia psychicznego udzielić. Nie. Kasia zawsze sama musiała radzić sobie ze swoimi problemami. Nie zrażać się. Iść do przodu z podniesioną głową. Wtedy, gdy jeden, drugi, trzeci, czwarty pracodawca zrobił mnie w chuja, wtedy gdy, to ja się nie wykazałam pokorą i mnie zwolniono, wtedy gdy nie dostałam pieniędzy za swoją ciężką pracę, we wszystkich tych przypadkach…musiałam radzić sobie z tym sama i zaczynać od nowa…

Do czego dążę? Straciłam pracę z powodu zwykłej, ludzkiej zawiści. Kobiecej dodam, bo ona się gorzej objawia. Otóż to co przydarzyło mi się teraz, przekroczyło tę magiczną granicę i linia wytrzymałości pękła. W moim umyśle. We mnie samej.

Nie mam już tej woli walki…chęci dążenia do celu, parcia na przód, nie poddawania się…

Nie ma tego we mnie. Wiem, że muszę, wiem, że powinnam, ale…nie czuję tego.

Jestem zrezygnowana i czuje się bezsilna i żadne pocieszanie tu nie pomoże, bo to musiałaby mnie pocieszać osoba za te wszystkie poprzednie razy włącznie. To się uformowało w wielką kulę, która się tworzyła i tworzyła i teraz mnie przygniotła, spadła na mnie…wtedy kiedy ja już byłam pełna nadziei i myślałam, że wszystko wreszcie się szczęśliwie ułożyło.

Jednak nie. Kolejny raz nie. I znowu trzeba zaczynać od początku. A ja nadal musze udawać, że wszystko jest w porządku. Nie okazywać tego jak bardzo jestem tym zmęczona, nie mówić o tym, nie popadać w stany depresyjne, robić tę pieprzoną dobrą minę.

Mam ochotę zamknąć się w pokoju na tydzień i płakać. Siedzieć w łóżku pod kocem, jeść lody, czekoladę i mieć wszystko w dupie…po prostu sobie cierpieć. Bo to właśnie czuję w sobie. Nieopisaną złość, rozdrażnienie…poczucie niesprawiedliwości.

Co gorsze…kolejny raz przekonałam się, że znalezienie pracy tylko w malutkim, maluteńkim stopniu zależy od nas samych…W tym świecie liczy się otoczka, mniej lub bardziej rozbudowana. A ja tego po prostu nie ogarniam. Chcę płakać…i chcę, żeby ktoś mnie przytulał i nie mówił „ będzie dobrze”, tylko „ wypłacz się…masz prawo, teraz jest dobra chwila…płacz sobie ile chcesz, ulżyj sobie”

Ale i tak nie mogę, bo nikt mi na to nie pozwala. A ja jestem tylko człowiekiem, w dodatku kobietą, tą słabszą płcią. Ja mam do tego prawo, mam prawo nie mieć siły, załamać się. Skoro mi się tak w życiu prawie nic nie udaje, to może przyczyna naprawdę tkwi we mnie? Może naprawdę jestem beznadziejna i do niczego się nie nadaje? Może ojciec miał całe życie racje? Pierwszy raz w życiu czuję, że to dla mnie już za dużo i że dalej nie dam rady iść sama ,czuję się źle, jest mi smutno, czuję się jak osoba beznadziejna, ale i tak pewnie nikt mnie nie rozumie…

 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 3

Bardzo poruszył mnie Twój wpis ponieważ dokładnie wiem co czujesz i czytając go mam dziwne uczucie "deja vu". Uważam, że warto popracować nad sobą, przede wszystkim nad emocjami bo wszystkie które tłumiłaś przez lata muszą znaleźć ujście, muszą zostać przeżyte od A do Z byś mogła poczuć ulgę i mieć kontrolę nad własnym życiem. Kiedy pozwolisz sobie przeżywac emocje i być słabą, paradoksalnie poszujesz się zdecydowanie silniejsza. Tłumione emocje sa zabójcze dla naszej psychiki i ogólnego zdrowia.


I nie mysl, że ojciec miał rację bo to nieprawda. Pomyśl o nim jak o człowieku który był tak ograniczony i prosty, że musiał gdzieś wyładowywac własne frustracje i to, że sam sobie nie radził z życiem, a Ty byłaś blisko więc na Tobie skupiło się całe jego życiowe nieszczęście. W niczym nie miał racji. ;)


Nie wiem czy czytałaś, ale polecam Ci książkę " Toksyczni rodzice ". Pozwala wiele zrozumieć ale może być też tak, że po przeczytaniu będziesz potrzebowała kogoś, kto pomoże Ci poukładać w głowie wnioski do których dojdziesz. :)


Oczywiście daję plusiki.


Cóż, życie mnie nie rozpieszczało i pewnie dlatego nauczyłam się jednej zasady: to co nie wychodzi dziś, wyjdzie jutro. Ludzie są jacy są i tego nie zmienimy, dlatego pozostaje tylko wziąść się w garsć, liczyć na siebie i przeć do przodu - powodzenia.


dzięki za słowa otuchy...Wbrew temu co myslałam, podnosza na duchu :)


 


Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.