Nowa Nadzieja  zobacz opis świata »

Dopis 32:Słońce królowało na...

« poprzedni dopis
 

cloudjubei 73

Od: 21.10.2006,aktywny: dawno temu

Tekstów: 7,

Dopisów: 104,


Słońce królowało na niebie już od pewnego czasu. Drużyna szykowała się do śniadania. On sam, nie jedząc nic, postanowił wybrać się na przechadzkę.

- Uważaj na nich. - Powiedział w kierunku Matthaeusa, który przytaknął. Szary maluch próbował za nim podążyć, lecz ork rozkazał mu zostać na warcie. Wilk grzecznie posłuchał i tylko warknął na pożegnanie. Otchłań dzikiej puszczy wchłaniała jego sylwetkę, niczym mityczny kraken pożerający swe nieświadome ofiary. Nie wydając choćby najmniejszego dźwięku, przedzierał się przez różnego rodzaju rośliny, które nieznajome, odchylały swe kończyny, by mógł przejść. Od zawsze żył w zgodzie z naturą, niczym jej wierny pies. Nie martwiło go to, że inni pożywiają się mięsem, ani tym bardziej to, iż inni nie potrafiliby zaakceptować tego kim jest. Był przekleństwem ludzi, elfów i sam Bóg wie czego jeszcze. Potępiona rasa, która narodziła się w idealnym związku z naturą. Nikt nie przypuszczał, iż symbiotycznym. Przez ostatnich kilka dni zdarzyło się więcej, niż przez ostatnie dziesięć lat. Myśli znowu napływały do głowy, niczym strumień, który przełamał kamienną barierę, by wlać swe wody do skażonego źródła. Tu, wśród krzewów, drzew. Tu, gdzie tętniło życie, gdzie był jego początek, a także koniec. Tylko tu, potrafił zrozumieć sam siebie i pozwolić, by stare mary powróciły. Zwinnym ruchem wdrapał się na drzewo. Szybkim susem przeskoczył z jednej gałęzi na drugą, gdzie wybrał sobie miejsce do spoczynku. Do nozdrzy napłynęła woń energii oraz wolności, o którą on zawsze tak zawzięcie walczył... Obrazy z przeszłości przewijały się przez umysł, jakby ktoś nakręcił korbę, sprawiając by pokaz się nie kończył. Zieleń, paląca się wśród zabitych pobratymców. Zieleń, gnijąca i zmieszana z błotem oraz krwią. Zieleń, zakłócona podczas snu wiecznego spokoju. Orkowie. Natura. Harmonia. Jakże wiele mieli ze sobą wspólnego... a jakże wiele ich różniło. Jego rozmyślania przerwał świst. Ledwie słyszalny szelest atomów powietrza. Nieroztropny bieg - ucieczka. Głuchy grzmot miażdżonych kości - precyzyjnie wycelowana strzała, prosto w szary łeb. Głos rozmów, które towarzyszyły upadkowi zabitego królika, narastał z każdą sekundą.

- Zabiłem go! Ha! To się nazywa cel! - gruby, ciężki oddźwięk, jaki pozostawiły w jego głowie słowa, wykreował obraz. Grupka orków… Nie ruszał się, wiedział, iż nie ma z nimi szans na otwartej przestrzeni… ale czasy, gdy dawał się zaskoczyć dawno minęło. To on był myśliwym. Czekał aż dwie, dobrze zamaskowane postacie pojawią się pod drzewem. Skok – spadek - grzmot. Każdy myśliwy pewnego dnia staje się królikiem… każdy, poza tymi, którzy narodzili się z bycia szarakami.



Nie minęło dużo czasu, gdy wszyscy, lekko przerażeni, patrzyli w jego kierunku. Tym razem słuchając ostrzeżenia o bliskim zagrożeniu.

 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 1

Tu, gdzie tętniło życie, gdzie był[o] jego początek



Jakże wiele [mieli] ze sobą wspólnego



czasy, gdy dawał się zaskoczyć dawno minęł[y]



Nie minęło [długo] - zastąp jakoś, bo nie brzmi dobrze



ostrzeżenia o [po]bliskim zagrożeniu





Ogolnie wpis bardzo, a nawet bardzo, bardzo mi się podoba :)

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.