Szlifierz diamentów

Love 83

Od: 14.02.2010,aktywny: ostatnie 4 miesiące

Tekstów: 23,

Dopisów: 213,


Opis świata:

SZLIFIERZ DIAMENTÓW
Sławomir Góralewski






















WSTĘP.


- Cała tajemnica dobrego samopoczucia polega na umiejętnym byciu sobą, nawet we śnie – powiedział robaczek przeglądając się w lustrze świata.
- Kristatos – przedstawił się i nisko ukłonił.
W kieszeni znalazłem kilka okruszków, pozostałość po herbatnikach. Postanowiłem go jakoś wynagrodzić.
- Nie trzeba – obruszył się Kristatos przylizując fryzurę.
Na niebie pojawił się jasny łuk tęczy. Ujrzałem Hoshi i Albinosa skradającego się w kierunku mew, które w okolicach tęczy urządziły sobie piknik i zawody w zjeżdżaniu. Było przy tym trochę krzyku i kotłowaniny. Kot wziął się na sposób i udawał chmurkę. Zdradzały go jedynie ślepia, którymi mrugał od niechcenia. I kiedy był już naprawdę bardzo blisko, jedna z mew zauważyła go.
- Patrzcie, to znowu ten kot! – mewy ryknęły śmiechem, a ich pomarańczowe dzioby nie zamykały się przez dłuższy czas.
Zdenerwowane kocisko rzuciło się między ptaki. Okazało się jednak, że są one doskonale przygotowane na atak i rozbiegły się po niebie.
Tymczasem Hoshi była już w połowie tęczy gdzie spotkała się z Janem, który wziął ją w ramiona szepcząc coś do ucha. Po chwili tańczyli tango wywołując aplauz na widowni, gdzie siedziały mewy, poszturchując się i trzaskając dziobami w których pękały krakersy. Przygrywała im orkiestra, dyrygowana przez dystyngowaną i elegancką postać Kristatosa.
- Ciekawe, czy ja też potrafię tak tańczyć? – zastanawiałem się.
- Umiesz. Musisz tylko spróbować – rzucił przez ramię dyrygent.
Wkrótce, w takt jego muzyki tańczyły nawet drzewa. Wraz z wylegującym się na gałęzi lampartem, którego złote cętki unosiły się w powietrzu jak pocałunki Aniołów, gdy zeskoczył na ziemię i ruszył w dal.














WZGÓRZE WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA.


1.
Pewnego razu nadszedł wreszcie ten dzień, kiedy słońce zaświeciło dla wszystkich. Zapanowało ogólne szczęście i nawet najbardziej zagorzałym komentatorom życia publicznego nie chciało się tego faktu omawiać. Trudno było uwierzyć, że szczęście jest takie proste - słońce dla wszystkich i cześć. Ale tak właśnie było.
Miałem już spory bagaż doświadczeń i interesującą kolekcję pocztówek z całego świata. Dom był czysty i zadbany, a to za sprawą mojej żony, która postawiła sobie za cel mieć taki dom,
z kimś takim jak ja w środku. Do prac porządkowych nie byłem zbyt często zatrudniany. Prawdę mówiąc, odnosiłem czasem wrażenie, że powodem, dla którego Hoshi za mnie wyszła była właśnie jej skłonność do porządkowania, a przecież by mogła w tym kierunku działać, ktoś najpierw musi stworzyć bałagan.
Dom tętnił życiem. Nasze dwie cudne córeczki lubiły towarzystwo kota Albinosa i złotej rybki Mirelli. Na ścianach wisiały obrazy. Każdy, kto odwiedził nasz dom wychodził szczęśliwy, że mógł je zobaczyć. To ja je namalowałem. Panowała u nas harmonia. Dziewczynki - Nana i Izabella, były tak mądre, że sam często prosiłem je o radę w sprawach, o których teoretycznie nie powinny mieć żadnej wiedzy. Na przykład – i co ja mam teraz namalować?
- Tato, namaluj drzewo! – przekrzykiwały się.
„Drzewo” – pomyślałem.
- Jaki piękny temat, dlaczego mnie nie przychodzą do głowy tak dobre pomysły?
Brałem swoje sztalugi, wychodziłem do ogrodu i malowałem drzewo. Dawniej pewnie bym się tysiąc razy zastanowił, jak je mam namalować, a teraz po prostu je malowałem. Dziewczynki były zachwycone.
Hoshi twierdziła, że nie zna się na sztuce. Znała się za to na wszystkim innym, tak że ogrodnik Jan sporo się musiał nasłuchać, zanim cokolwiek zdziałał w ogrodzie. Jan był dobrym ogrodnikiem, lecz jego prawdziwym powołaniem była filozofia. Ciągle odkrywał jakieś paradoksy – jak to jest, że w świecie który cierpi na przeludnienie, równolegle występuje problem samotności? – zadawał pytanie, ściągając ostrożnie z liścia wielką gąsienicę, i jasne było że tylko on zna na nie w miarę logiczną odpowiedź.
Ponieważ rozmawiał z drzewami, znał wszystkie ich tajemnice, przyniesione ze świata przez rozplotkowany wiatr. I tak miało być.
Na ogrodzenie sąsiadujące z ulicą piął się żywopłot. Ulica, szczególnie jesienią przypominała kaszmir.
A może była Kaszmirem? – nie jestem pewien, odkąd znalazłem swą miłość i dom, wolałem go nie opuszczać. Zresztą, jak dotąd nie udało mi się jeszcze zwiedzić go w całości. Razem z ogrodem, oraz systemem podziemnych korytarzy, tworzył rozległy labirynt. Opowiadały mi o nich dziewczynki, które zapuszczały się tam z Janem.
Czasem otwierałem furtkę, by pozdrowić któregoś z sąsiadów.
- Witam pana, panie Herkulesie.
- Witam panie Sławku. Moim zdaniem ten dzień jest jeszcze piękniejszy od wczorajszego.
A już na pewno jest tym dniem, który jest najważniejszy – zamyślił się Herkules.
Poznałem to po minie, która w takich momentach przypominała kalafior.
- Zdecydowanie ma pan rację – odpowiedziałem. Wczorajszy dzień należy już do przeszłości. A dzisiaj, to dzisiaj.
- Święte słowa. Może jeszcze kiedyś wrócimy do tego tematu przy herbatce?
Pan Herkules był wielkim znawcą i admiratorem herbat, oraz zupy kalafiorowej.
Zupełnie inaczej rzecz się miała z panią Pomidorową. Nawet nie spojrzała w moją stronę, kiedy próbowałem do niej zagadać.
- Witam panią, pani Pomidorowo, jakże pięknie pani dziś wygląda!
- Komplementy są dobre, ale najlepiej podawać je z musztardą – odpowiedziała skwaszona. Czułem jednak, że w głębi duszy się uśmiecha i chętnie przystanęłaby na chwilę, gdyby tak bardzo się nie spieszyła.
Wdychałem aromat powietrza, przyglądając się drzewom o wytartych przez wiatr, niemal przeźroczystych liściach. Przy ulicy rosła też sporych rozmiarów jarzębina, która przybrała kolory głębokiej czerwieni, pogrążonej w bordo.
Na ławce pod starym bukiem siedzieli dwaj bracia, zwani przez sentyment do starego kina i porwanego filmu braćmi Marks.
Stanowili dla okolicy ciekawy kontrast, pili piwo i opowiadali kawały z brodą, a snute przez nich historie jakimś sposobem wchodziły w reakcję z chmurami. Tego dnia chyba jednak przesadzili, bo chmura gradowa przyczaiła się za mostem i pociemniała jak stary garnek. Nie wiadomo jakby się to skończyło, gdyby w porę nie wyszło słońce. Okazało się, że bracia postanowili się rozstać.
- Byli jak dwie krople wody – stwierdziła dziewczyna zwana Wrzosową Gałązką.
- Może herbaty? – odezwał się Herkules, czując powagę chwili i szepnął coś do małego robota przypominającego samowar, który wszędzie za nim łaził.
Wrzosowa Gałązka wzrokiem pełnym romantycznego uniesienia oglądała czubki swoich pantofli. Herkules cierpliwie czekał aż pochwyci go srebrną łyżeczką swych spojrzeń, ale się nie doczekał.
Było coś w rozstaniu się braci, co mąciło dotychczasowy spokój. Być może chodziło tylko o siłę przyzwyczajenia, która musiała się pogodzić z nowym obrazem ulicy, pozbawionym jednego z nich. A może chodziło o lęk, że braknie w ogrodzie deszczu z fioletowej chmurki i dowcip, który je napędzał straci swą słynną brodę?
Moim zdaniem mogło być tylko lepiej. Lęki ogarniałem siatką na motyle i wklejałem je w stary klaser, z którego nie mogły się już wydostać. Te większe niezawodnie wpadały w łapkę na myszy, ponieważ, nie wiedzieć czemu, zupełnie jak one pazerne były na ser.
Hoshi goniła je też ze ścierką, a dzieci w ogóle nie przywiązywały do nich żadnej wagi.

Wkrótce sąsiedzi rozeszli się, stanąłem więc na werandzie i przyglądałem się kotu, który skradał się po drzewie w kierunku jakiegoś ptaszka, podskakującego na gałęzi. Nagle ujrzałem obok siebie dwie małe, pomarańczowe parasolki.
- Popatrz tato, co się za chwilę stanie – dobiegł mnie głos córek.
Zrobiło mi się smutno, lecz było za późno na morały. Albinos wykonał skok, i już miał capnąć ptaszka, gdy ten wyprowadzając cios karate trafił go prosto w nos. Zaskoczone kocisko zamiauczało żałośnie i poleciało w dół. Ptaszek wytarł skrzydłem dziób i ukłonił się.
- To myśmy go tego nauczyły – roześmiały się dziewczynki i rozbiegły po ogrodzie, gdzie wśród pożółkłych liści szamotał się pokonany kot.
Drzewa szumiały coraz głośniej, powoli zbliżała się pora obiadu.
Hoshi gotowała według zasady pięciu przemian. Nauczyła się tego w rodzinnym domu, w mieście, którego nazwa pisana w oryginale przypominała splątane wodorosty.
Tym razem na stole pojawiła się zupa. W miseczce pływały kasztany, a także grzyby i kawałki pora pokrojonego w wąskie plasterki.
- Tata woli kaczkę – odezwała się Nana, sięgając po swoje niebieskie pałeczki. Złapała nimi kasztana i przyglądała mu się ze wszystkich stron.
Izabella wolała używać łyżki. Skosztowała nią zupy, a potem, niczym dworska dama, przytknęła chusteczkę do ust. Minę przy tym miała taką jak sos, słodko-kwaśną.
Dziewczynki jadły obiad. Za oknem padał deszcz. Widocznie jeden z braci zapragnął się jednak jakoś z nami pożegnać. Liście przyklejały się do szyb, a krople stukały o parapet. Albinos przechadzał się po wewnętrznym parapecie okna próbując sięgnąć muchy, która kołysała się melancholijnie na wysokości jego nosa.
Nagle dostrzegłem powiększającą się plamę na suficie.
- Czyżby przeciekał gdzieś dach? – zastanowiłem się.
Wezwałem Jana. Okazało się, że plama, choć przypominała kształtem fragment kontynentu amerykańskiego zwanego Ameryką Łacińską, nie jest groźna. Jan znał się nie tylko na przeciekających dachach, lecz także na geografii.
Objechał w swym czasie świat dookoła, zaznając licznych wzlotów oraz spektakularnych upadków. Zdarzało mu się ponoć rachunki swe płacić prawdziwymi perłami, lecz bywało i tak, że nie miał co jeść i specjalnie zadzierał z jakimś starym Włochem, wiedząc, że wkrótce znajdzie pod drzwiami rybę bez głowy.
Rzadko siadaliśmy przy jednym stole. Zabraniała mu tego jego dziwna religia, której był ortodoksyjnym wyznawcą. Raz do roku udawał się na pieszą pielgrzymkę do miasta położonego na południu. Nie mógł wtedy używać elektrycznej szczoteczki do zębów, przeglądać się w lustrze dłużej niż przez piętnaście minut i froterować butów. Nie mógł stroić też skrzypiec, nosić wody w naczyniu bez ucha i kochać się z kobietą z ilorazem inteligencji poniżej 150 IQ, na szczęście tylko w poniedziałek. Najbardziej doskwierał mu zakaz noszenia koszulek w paski, z którym jakoś sobie radził, lecz nigdy nie nosił ich po zachodzie słońca. Był mężczyzną potężnej postury, silnym jak kadłub masztowca, aż dziw, z jaką delikatnością pielęgnował w ogrodzie kwiaty. Miał gęste i lśniące włosy oraz wąsa, którego cienkie szpice dziewczynki zakręcały srebrną zalotką.
Wyręczał mnie prawie we wszystkim. Naprawiał krany, wymieniał rury, raz nawet przetkał komin i pomalował ściany pędzlem, w którym mógłby się schować oddział Czejenów.
Kiedyś Hoshi uparła się, żebym przybił gwoździa w salonie. Wszedłem na krzesło, bo chciałem jej zrobić przyjemność i nagle spostrzegłem ślizgający się po ścianie cień. Jan już tam był. Grube ramię przesłoniło mi obraz, a po chwili ujrzałem błysk gwoździa zdzielonego młotkiem.
Jego postawa była dla mnie tajemnicą, tym bardziej że nie przyjmował zapłaty. Wystarczyło mu, że może z nami mieszkać. Zachowywał się trochę tak, jakby był mi coś winien.
Być może chodziło o zaległy rachunek z poprzedniego wcielenia.

Jak już wspomniałem, dom nasz był czysty, jasny i zadbany. Krył jednak w sobie, jak każdy szanujący się dom, liczne zagadki. Ja na przykład wolałem przesiadywać na górze, w niewielkim laboratorium urządzonym specjalnie dla moich potrzeb, które połączone z tarasem spełniało również funkcję obserwatorium astronomicznego.
Słowo „piwnica” wywoływało we mnie mieszane uczucia, ale chyba właśnie dlatego, pewnego razu, postanowiłem do niej zajrzeć.
Byłem wtedy sam w domu. Spacerowałem po ogrodzie, zastanawiając się nad korowcem sosnowym, czyli drobnym pluskwiakiem żyjącym na sośnie, wysysającym soki, powodując pękanie kory. Wspominał o nim Jan.
Nagle coś mnie tknęło.
Zszedłem na dół i ostrożnie otwarłem drzwi do piwnicy, jakby właśnie tam miał uwić swe gniazdo korowiec. Próbowałem zapalić światło, ale żarówka tylko syknęła. Mimo to postanowiłem zejść, po starych, kamiennych schodach bez poręczy. Na każdym ze schodów stała gliniana donica z kwiatami przykrytymi gęstym bukietem liści. Schodziłem coraz niżej, aż w końcu prostokąt drzwi całkiem za mną zniknął. Za to przed sobą ujrzałem światło latarki, którą ktoś w oddali omiatał korytarz.
Poczułem, jak moje ramiona zamieniają się w klepsydry przesypującego się piasku, i jak przyspiesza oddech.
Tajemnicza smuga miała intrygujący, złocisto-biały kolor. Coś mi podpowiadało, bym za nią poszedł, postanowiłem jednak zawrócić. Wkrótce znalazłem się znowu w ogrodzie, gdzie ogarnęło mnie ciepło dnia.
Zastanawiałem się, kto może chodzić po piwnicy z latarką. Z pewnością nie był to Jan ani żadna z dziewczynek. Więc kto?
Wiedziałem, że muszę jakoś zareagować. Na początek postanowiłem wymienić żarówkę.
Miałem nadzieję, że nikt się nie dowie o mojej wizycie na dole. Może byłem zazdrosny o tajemnicze światełko i sam chciałem odkryć jego znaczenie?
Udałem się więc do sklepu żelaznego, gdzie kupowałem czasem gwoździe. Na regale stał cały rząd żarówek w różnych rozmiarach. Sięgnąłem po najsilniejszą i odłożyłem opakowanie do koszyka. Przy kasie zwlekałem z zapłatą tak długo jak to było tylko możliwe. Młoda dziewczyna o bujnych kształtach, która ją obsługiwała, uśmiechała się do mnie znacząco.
Okazało się, że to znajoma mojej żony, którą kazała serdecznie pozdrowić.

Na schodach pod sklepem siedział dziwny człowiek ubrany w kożuszek i zielone szarawary. Jego wielką głowę, opiętą skórzaną pilotką, zdobiła ruda broda. Próbował wydobyć jakieś dźwięki z fujarki, ale jedyne, co wzbudzało podziw, to wydęte, rumiane policzki, które upodobniały go do Amora, polującego na tych co się dopiero mają w sobie zakochać, przebranego dla niepoznaki za ostatnią łajzę.
Kiedy mnie zobaczył, odłożył instrument i rozłożył ramiona.
- Witaj przyjacielu – odezwał się bezceremonialnie, jakbyśmy od lat, co wieczór, przesiadywali w tym samym lokalu nad jedną galaretką.
- Przepraszam, czy my się znamy? – zapytałem.
- Może tak, a może nie – uśmiechnął się tajemniczo.
Złapał w locie muchę i przytknąwszy garść do ucha dał mi do zrozumienia, że ciche brzęczenie, które się w niej odezwało jest co najmniej tak atrakcyjne jak rozmowa ze mną.
- Miło mi było pana spotkać. Cieszę się, że mogłem podziwiać pana refleks – odezwałem się i już miałem go wyminąć, gdy nagle ujrzałem przypiętą do jego paska latarkę.
Chciałem po nią sięgnąć, ale człowieczek odwrócił się bokiem.
- Jeszcze nie teraz – powiedział i otwarł dłoń.
Skupiłem się na odzyskującej wolność musze i przegapiłem moment, w którym zniknął.
W miejscu, w którym przed chwilą stał, unosił się teraz jakiś dym. Spojrzałem w dół i ujrzałem na ziemi nietkniętego, gorącego naleśnika. Pochyliłem się i nacisnąłem go palcem. Wypełniony był mięsnym farszem, który zniknął wkrótce w paszczy bezpańskiego psa.

Na mojej ulicy panował względny spokój. Pani Pomidorowa pakowała się do swojego chevroleta razem z wędkami i plastikowymi pudełkami, w których przechowywała robaki.
O dziwo tym razem zareagowała na mój widok. Pomachała mi dłonią i odpaliła maszynę.
Kiedy znikała za zakrętem, zwróciłem uwagę na zmiany, które zaszły w pejzażu. Niebo wydawało się teraz nieco cięższe, a chmury wyglądały tak, jakby je ktoś namalował jednym pociągnięciem pędzla. Chowając żarówkę na dnie kieszeni wszedłem do domu. Dzieci były jeszcze w szkole, a Jan wziął sobie chyba wolne.
- Ciekawe, dokąd poniosło moją Hoshi? – zastanawiałem się schodząc do piwnicy.
Wymieniłem zepsutą żarówkę i zapaliłem światło. Schody wydawały się teraz jakoś mniej strome. Wszystko było w idealnym porządku, posegregowane i oznaczone przez Jana. Leżakujące butelki markowego wina przypominały śpiące księżniczki, a słoiki z marynowanymi rydzami królewiczów zamienionych w żaby. Wróciłem na górę i zamknąłem dokładnie drzwi na klucz.
W kuchni panował lekki bałagan. Szukałem herbatników, a one jak zawsze, kiedy nie było w domu żony, nie pozwalały się odnaleźć. W końcu znalazłem je tam, gdzie zwykle. Na półce w pobliskim mini markecie. Jedzenie wafli było dla mnie czymś tak naturalnym jak dla niektórych śpiewanie w lesie. Lubiłem się też napić herbaty, a tę doskonale parzył Herkules, postanowiłem więc go odwiedzić.
Otwarł mi znajomy robot, który ukłonił się bardzo nisko. Tak nisko, bym bez problemu mógł wytrzeć buty o wycieraczkę zamontowaną w jego plecach.
- Hej, nie widziałeś gdzieś mojej żony? – zaskoczyłem Herkulesa w trakcie czytania.
Ucieszył się na mój widok i pstryknął palcami. Mały, parujący samowar natychmiast pojawił się w zasięgu dłoni. Po chwili trzymałem w garści filiżankę aromatycznego, gorącego napoju.
- Niestety nie. Ale nie martw się, na pewno się znajdzie, z żonami zawsze tak jest – odpowiedział odkładając gazetę na bok.
- Wyobraź sobie, miałem przeczucie, że nasi strzelą trzy gole. I co się stało? Strzelili trzy, ale dwa z nich wpakowali do własnej bramki. Jak teraz spojrzę w oczy panu Pomidorowemu?
- Moim zdaniem wygrałeś zakład. Jaki wynik obstawił Pomidorowy? – zainteresowałem się. Sam uprawiałem kiedyś futbol i czasem jeszcze ciągnęło mnie do gry. Nie można jednak, jak twierdziła Hoshi, przez całe życie biegać z piłką, więc zakończyłem karierę, co przyjaciele przyjęli z ulgą i zafundowali nam weekend w Czeskich Pardubicach.
- Jak zwykle, 1:2 dla gości – mruknął Herkules.
Przypomniałem sobie o herbatnikach i wysypałem je na talerz.
- Wyborne – mlasnął Herkules, popijając wafel herbatą.
- Uhm – potwierdziłem.
- A co u Wrzosowej Gałązki? – zapytałem, chociaż może nie powinienem tego robić.
Tak pięknie jednak i niezawodnie na lico sąsiada wypełzał pąs.
- Wrzosowa Gałązka chyba mnie nie chce – odezwał się z pełnymi ustami.
Już miałem spytać, co znaczy chyba, lecz powstrzymała mnie jego mina, a także wirtuozeria z jaką obracał w dłoni pilota. Po chwili do salonu wjechał ten sam robot, który towarzyszył mi przy wejściu, prezentując wspaniały smoking i elegancki cylinder z laseczką.
- Zamierzam zaprosić ją na bal – powiedział z patosem Herkules, a robot skierował kamery w sufit.
W tym momencie uświadomiłem sobie, że nawet jeśli nie uda mu się zdobyć serca wybranki, i tak zapisze się w historii jako ten, który nigdy nie stracił nadziei.
Nagle zadzwonił dzwonek. Robot odłożył uniform na krzesło i ruszył w kierunku drzwi.
Po chwili usłyszeliśmy jak je otwiera i wita się z gościem.
- Serdecznie witam, panie Pomidorowy, jakże się cieszę, że pana widzę.
Pospieszne szuranie butami przekonało nas o tym, że Pomidorowy przybywał w pilnej sprawie. Gdyby było inaczej, pewnie zmarudziłby w przedpokoju jakiś kwadrans.
Wszedł zamaszystym krokiem, ale tylko na tyle, na ile pozwalał mu jego wzrost.
- Panowie, tak jak mówiłem przedwczoraj, na rynku walut krach! – odezwał się przykrywając gazetą, którą trzymał w ręku, sportowy przegląd Herkulesa.
Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Ja i Herkules prowadziliśmy podobną politykę finansową, która opierała się na jednej, podstawowej zasadzie – ten kto nie zaciąga kredytów w banku, ten nigdy nie musi ich spłacać.
- Przez ostatni miesiąc raty kredytu wzrosły przeciętnie o kilkaset jenów! – kontynuował Pomidorowy.
- Napijmy się – powiedział Herkules, zadowolony, że przynajmniej na razie upiekło mu się z zakładem o wynik meczu. Tymczasem za oknem mignęła mi sylwetka Hoshi, z którą wędrowały wesoło podskakując moje dwie czarnookie iskierki.
- Panowie, będę się musiał zbierać – rzekłem dopijając herbatę.
Wychodząc na ulicę zauważyłem kolejną zmianę. Było już ciemno, a rozmyte niebo pochyliło się, by strzepnąć z siebie okruchy gwiazd. Kilka z nich rzeczywiście spadło, choć deszcz meteorytów zapowiadano dopiero za kilka dni.

Tak się złożyło, że wkrótce znowu spotkaliśmy się w tym samym gronie, tym razem u nas.
Herkules spokojnie popijał herbatkę przygotowaną przez Hoshi, a Pomidorowy nerwowo przestępował z nogi na nogę. Znowu miał przy sobie gazetę i po cichu obiecywałem sobie, że kiedyś podpiszę petycję o wystrzelenie w kierunku nieba kiosku, w którym można było ją nabyć.
- Tylko co mi to da? – zastanowiłem się.
Okazało się, że trzy tygodnie po tym, jak rząd wysłał w kosmos astronautów, transmisja telewizyjna z ich spaceru w otwartej przestrzeni została sfałszowana.
- Nie była na żywo, co więcej, nakręcono ją w basenie! Wskazują na to bąbelki powietrza, unoszące się spod hełmu astronauty, a otoczka wokół atmosfery powinna być mniejsza – przekonywał podniecony Pomidorowy i opadł w fotelu jak liść, wachlując się gazetą.
Zastanawiałem się, co sprawia, że ludzie tacy jak on zajmują się podobnymi głupstwami, zamiast wykorzystać czas w bardziej pożyteczny sposób. Ale nie doszedłem do żadnych konkretnych wniosków.
- Podejrzana była też dziwnie czysta, bez zakłóceń i szumów, transmisja rozmów między astronautami. A także odbicia jakichś reflektorów w lusterku na rękawie kombinezonu. Co wy na to panowie? – zakończył swój wywód, błądząc wzrokiem po płachcie gazety, zanim odłożył ją na bok.
- Być może to co widać na zdjęciu, to nie bąbelki, ale kosmiczne śmieci. A całą sprawę rozdmuchała opozycja – uśmiechnął się Herkules.
- Daj spokój. Na kilka godzin przed startem, kiedy rakieta stała jeszcze na wyrzutni, na stronach internetowych państwowej agencji medialnej pojawiła się relacja z udanego startu,
z zapisem rozmów między astronautami – powiedziałem.
Pomidorowy sięgnął po ciasteczko, które na chwilę zatkało mu kanał głosowy pysznym kremem. Herkules nie dał się sprowokować. Sączył herbatę, a potem uniósł dłoń, jakby się zgłaszał w szkole i odezwał się w stronę Hoshi.
- Znakomita herbata moja droga.
- Cieszę się, że ci smakuje. To specjalna mieszanka. Ale zdaje się, że macie ważniejsze tematy do omówienia.
Słysząc to Pomidorowy aż kopnął się pod stołem, lecz grzecznie przytaknął i odezwał się tonem znawcy – Herbata znakomita, a ciastko…po prostu brak mi słów.
Hoshi uśmiechnęła się i zniknęła w kuchni.
Nagle Pomidorowy złapał się za brzuch. I już miał odegrać jakąś scenę boleści, gdy jego twarz rozpromieniła się, a ból, którym zamierzał się uraczyć rozpłynął się w odmętach nicości.
- To wszystko przez te emocje – powiedział odmienionym tonem, jakby na targu uczuć dostał najlepszą cenę za spokój.
- Właściwie to nic mnie nie obchodzą ci kosmonauci, choć życzę im wszystkiego dobrego – dodał.
- Nawet jeśli pływają w basenie? – nie dowierzał Herkules.
- Nawet jeśli to potomkowie Hotentotów – odparł Pomidorowy.
- I o to chodzi – dorzuciłem swoje trzy fen.
Ciekawa była ta przemiana Pomidorowego. Jeszcze przed chwilą rzucał się jak piskorz, a teraz, kto wie, może szykował nam wykład na temat panowania nad światem emocji.
Na szczęście w porę pojawił się Jan, który wylazł z piwnicy w towarzystwie Nany i Izabelli. Obie trzymały w dłoniach jakieś pakunki, które zaniosły do kuchni, a Jan przywitał się z sąsiadami gromkim – Ole!, stawiając na stole kieliszki i wino.
- Janie, czy wino które przyniosłeś, ma odpowiedni bukiet? – zapytałem.
- Ależ oczywiście, łaskawy panie – klepnął mnie poufale w plecy.
Potem pociągnął za korkociąg i wino z potężnego gąsiora opakowanego w wiklinowy koszyk złapało oddech.
- Czy aby nie za mocne? – zapytał nieśmiało Herkules spotykając się z rzędem siekaczy, podobnych do płotu, na którym suszyły się czarne wąsy.
Nagle w progu pojawiła się Wrzosowa Gałązka.
- Panowie, tak się składa, że umówiłam się dziś z przyjaciółką – odezwała się Hoshi, szukając wzrokiem Herkulesa.
Jako gospodarz powinienem przywitać gościa, ale zanim ułożyłem w głowie formułę, niezawodny Jan zdążył już nastawić płytę, pokazać Wrzosowej Gałązce sztuczkę ze znikającym palcem, i wykonać z nią kilka obrotów.
Herkules schował się w cieniu Pomidorowego, który wreszcie zatryumfował. Pozwolił sobie nawet wstać, poprawić okulary i poprosić do tańca moją żonę. Zabawa zaczęła się rozkręcać. Niestety Herkules nie potrafił przełamać lodów, które przykuły go do fotela. Mimo to, przesuwając wzrok po podłodze milimetr po milimetrze, powoli dochodził do siebie.
Dziewczynki zapaliły światła na werandzie, tworząc podniosły nastrój. Pary zmieniły się w tańcu. Hoshi tańczyła teraz z Janem, Pomidorowy z Gałązką, a dzieci z kotem Albinosem, któremu całkiem zgrabnie to szło. Ja i Herkules pociągaliśmy z gąsiora non stop, nie ryzykując, by jakaś zbyt trzeźwa myśl wprowadziła w nasz stan niepotrzebną konsternację. Wszyscy bawili się świetnie, gdy nagle usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Stanęła w nich pani Pomidorowa, trzymająca w ręku potwornie skrzywionego, wielkiego dorsza, który próbował się wyrwać. Po chwili prowadziła ich obu do domu, smutnego i podchmielonego pana Pomidorowego oraz wściekle rzucającego się dorsza.
- Doskonałość aerodynamiczna – odezwał się stojący przy oknie dziwnie trzeźwy Herkules.
- Stosunek siły nośnej do sił oporu działających na szybowiec – dodał, widząc zdziwioną minę Jana.
Zabawa była skończona i wkrótce poszliśmy spać.

2.

Dziewczynki biegały po pokoju próbując chwycić kota. Rybka Mirella przyglądała się temu przez krzywe zwierciadło szklanej kuli, przybierając różne, nieraz monstrualne formy. W końcu kot został schwytany, ale wpadł w klocki i rozsypał je po podłodze.
Nagle za oknem rozległ się ryk. Wielka, czarna małpa pochylała się nad naszym domem, próbując zajrzeć do środka.
- Tato, kto to jest? – spytała Nana.
- Nie wiem kochanie. W naszym świecie żyje wiele dziwnych stworzeń.
Małpa pochyliła się jeszcze raz, obnażyła kły i puściła w ruch huśtawkę stojącą w ogrodzie.
- Dlaczego ona tak ryczy?
- Może jest zakochana? Widziałem kiedyś taki film o wielkiej małpie, która się zakochała w dziewczynce.
- To się nazywa mezalians – odezwała się Izabella, ustawiając z klocków piramidę.
W pewnej chwili ktoś zapukał do drzwi. W progu stanął Herkules pochylony nad rozbitym samowarem.
- Co się stało? – zapytałem wstając z fotela.
- Wszystko przez Wrzosową Gałązkę. Zachciało jej się dyskoteki! – rozpaczał.
Okazało się, że wczoraj, po naszym rozstaniu, podpita i rozbawiona Wrzosowa Gałązka namówiła go na przejażdżkę samochodem. Herkules po prostu zapomniał o samowarze, który na autostradzie bardzo chciał ich wyprzedzić. Jak się okazało, za bardzo.
- Zostaniesz u nas na obiedzie. A potem napijemy się herbaty – zadecydowała Hoshi.
- Biedny samowar – powiedziała Nana, głaszcząc go po rozbitym kraniku.
Tymczasem Jan skrzętnie pozbierał wszystkie części i z namaszczeniem, bez słów, zaniósł je do swojego warsztatu.
- Da się coś z tym zrobić? – zapytał Herkules przez łzy.
- Nie martw się, Jan coś na pewno wymyśli – powiedziałem bez przekonania.
Dziewczynki poszły się przebrać, a ja, chcąc jakoś pocieszyć sąsiada, przyniosłem klaser z lękami, lecz nie zwracał uwagi nawet na najstarsze i rzadkie okazy. Potem zjedliśmy obiad, a Hoshi zaparzyła esencjonalnej herbaty.
Popijaliśmy z porcelany w ciszy, którą od czasu do czasu ktoś próbował przerwać.
Aż wreszcie nadszedł oczekiwany moment. Do pokoju wszedł Jan, a wraz z nim wjechał samowar.
- Dokonałeś cudu – powiedział wzruszony Herkules.
Pogłaskał samowar, podniósł błyszczącą pokrywkę i zajrzał w skupieniu do środka.
- Doskonała rekonstrukcja. Wygląda zupełnie jak nowy – zachwyciłem się.
- Psst – uszczypnął mnie Jan i wziął na bok.
- To jest nowy samowar – powiedział z naciskiem.
Hoshi uśmiechnęła się pod nosem, a dzieci w białych bluzeczkach i kolorowych, pasiastych podkolanówkach, zaczęły wesoło podskakiwać wokół nas. Ale Herkules niczego nie zauważył i w całej tej przygodzie chyba to było najważniejsze – że znowu był szczęśliwy.

Nie inaczej rzecz się miała z panem Pomidorowym, choć do jego szczęścia należało chyba przykładać inną miarę.
Najprościej to wytłumaczyć na przykładzie ryb, których Pomidorowy nie cierpiał, a jednak, z powodów nam wszystkim nieznanych, i sobie samemu pewnie też, zdecydował się na związek małżeński z osobą, która większość czasu spędzała z wędką w dłoni.
Chodziły różne słuchy, być może była w tym jakaś prawda, że pani Pomidorowa nauczyła się łowić dopiero wtedy, gdy zrozumiała, że mąż ją przez to znienawidzi. I przez to nie będzie się mógł od niej opędzić. Czyli zwróci na nią większą uwagę, co, jak się niektórym wydaje, jest równoznaczne z sympatią.
Może też prawdą było, że ktoś pomógł Pomidorowemu w wyborze życiowej partnerki. Na przykład jego matka, która zadbała o syna otwierając mu drzwi do szczęścia wytrychem.
Tak, czy inaczej, on i Pomidorowa byli razem.
I chyba o to właśnie poszło w całej awanturze, że nie uszanowaliśmy tego doniosłego faktu, na raut zapraszając tylko jedną połówkę. Na nic się zdał argument, że impreza nie była zaplanowana. Że samo tak jakoś wyszło. Pomidorowy zaprotestował w swoim stylu, nie tknął dorsza. Zjawił się u nas ze zbolałą miną właśnie wtedy, gdy testowaliśmy samowar.
- Wspaniale, że jesteś – ucieszył się Herkules.
- Wyobraź sobie…
- Przepraszam cię mój Herkulesie, ale nie pora na pogawędki.
- Co u pani Pomidorowej? – zapytała Hoshi.
- Żona postawiła mi ultimatum – odpowiedział, wyjmując z wewnętrznej kieszeni marynarki list, który położył na stole.
Zapadła cisza. Ze wzrokiem utkwionym na kopercie przeczuwaliśmy, że stało się coś, czego skutki będziemy jeszcze długo odczuwać.
- Jeszcze go nie przeczytałem – przyznał się Pomidorowy teatralnym tonem. Założył okulary i powolnym gestem sięgnął po papier z nagryzmolonymi naprędce kulfonami.
„Mój mężu – pisała pani Pomidorowa.
Na pewno nie będziesz zdziwiony, jeśli się dowiesz, jak bardzo zraniłeś moje uczucia nie tknąwszy dorsza, którego specjalnie dla nas złowiłam.
Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak trudno jest coś takiego złapać, a jeszcze trudniej wyciągnąć z wody, szczególnie gdy żyłka się pląta, bo trzeba oszczędzić na nowym kołowrotku. ( Pomidorowy zgrzytnął zębami).
Ale cała ta historia i tak nie ma żadnego znaczenia. Od dawna planowałam od ciebie odejść, ponieważ… mogłabym wymienić setki powodów. Podam tylko jeden. Już cię nie kocham.
O ile w ogóle kiedykolwiek cię kochałam. Kiedy się poznaliśmy, uznałam, że będziesz dla mnie idealnym partnerem - niewidzialnym. Ale dojrzałam i wreszcie mogę głośno to powiedzieć: Jestem kobietą niezależną, która chce objechać świat dookoła, i właśnie uczyniłam w tym kierunku pierwszy krok.
Nie martw się. Lodówka jest pełna, a w szafie są ciepłe skarpety na zimę. Z resztą, jeśli jesteś mężczyzną, to zawsze możesz sobie coś złowić. Jezioro jest pełne ryb, a jeśli poprosisz Herkulesa, to może pożyczy ci któregoś z robotów. One świetnie się nadają do wyrąbania przerębla...”
Pan Pomidorowy odłożył list i nabrał powietrza do płuc. W kąciku jego oka zobaczyliśmy melancholijną łzę, której nawet nie starał się ukryć. Łza spłynęła po policzku i wsiąkła w kołnierzyk. Cisza się pogłębiła, zupełnie jak wtedy, gdy człowieka nachodzą refleksje nad żarzącym się knotem przygaszonej świecy.
„Cała nadzieja w tym, że czasem, kiedy gaśnie płomień, w tej samej chwili zapala się następny” – pomyślałem.
Herkules chciał coś powiedzieć, lecz nie mógł się zdecydować. Wybawił nas dzwonek do drzwi, które otwarła Hoshi, wdając się w rozmowę z jakimś włóczęgą.
- Czy może mi pani dać coś do jedzenia, ewentualnie kilka fen?
- Proszę zaczekać – odpowiedziała znikając w kuchni, z której po chwili przyniosła worek z jedzeniem.
- A czy ma pani może jakieś małe, niepotrzebne radyjko, albo magnetofon? – zapytał nieznajomy.
- Mamy radio, które nie jest nam już potrzebne, ale ono jest duże.
- Hm. Dużego nie będę miał gdzie podłączyć.
- Przykro mi – powiedziała Hoshi zamykając drzwi.
- Chodźmy, jest piękna pogoda, nie ma co siedzieć w domu – odezwała się i wszyscy uznaliśmy to za najlepsze rozwiązanie.
Jan wykręcił się jednak mówiąc, że ma sporo pracy, a dziewczynki wolały się pobawić w ogrodzie. Hoshi podała dłoń Pomidorowemu i poszliśmy podziwiać horyzont.
Nasze osiedle położone jest na wzgórzu, a droga, która do nas wiedzie wije się wśród rozległych lasów i łąk. Samowar wyprzedzał wszystkich, ponieważ bardzo chciał poznać nowe otoczenie, w ogóle zachowywał się trochę inaczej niż zwykle. Herkules zajęty był swoimi myślami, dumał pewnie nad meandrami miłości.
W powietrzu hulał wiatr. Drobiący kroczki Pomidorowy walczył o szalik, który postanowił go chyba także opuścić. Po niebie sunęły żagle chmur.




3.
Nagle ujrzeliśmy wspinające się rumaki. Powoli rozróżnialiśmy dosiadających ich jeźdźców. Brodacz jechał na ośle, poganiając go lejcami. Na rączym rumaku siedziała śliczna dziewczyna w pomarańczowym, słomkowym kapeluszu. Za nimi podążał czarny kot z białą plamą na pyszczku.
- Wygląda jak donna Kichotka – zaśmiał się Herkules.
On i Pomidorowy, który w ciągu kilku chwil wyleczył się z depresji, zaczęli zachowywać się tak, jakby ktoś im do słonej zupy nagle wsypał garść pieprzu. Dziewczyna wytarła czoło, ściągając kapelusz.
- Czy daleko jeszcze do morza? – zapytała donośnym głosem.
- Dwa wzgórza i dwie zatoczki, do najbliższej piaszczystej plaży – odpowiedziała Hoshi.
Dziewczyna wymieniła spojrzenia z towarzyszem podróży.
- W takim razie będziemy musieli się zatrzymać tu na noc.
Brodacz zsiadł, wyjął z kieszeni marchew i pomachał przed nosem osła, który odpowiedział mętnym wzrokiem.
- U Pomidorowego jest wolna chata – wyrwało mi się.
- A co ma piernik do wiatraka – zaprotestował Herkules.
Dziewczyna spojrzała w niebo. Słońce pulsowało niezwykłym blaskiem. Przypominało latarnię, wskazując kierunek zbłąkanym okrętom.
- Wiatrak mieli zboże, z którego rodzi się potem piernik – stwierdziła filozoficznie.
- Nie należę do osób nieustraszonych, ale jestem gotów państwa przyjąć pod swój dach – poruszył się Pomidorowy.
Brodacz zapalił papierosa i owinął się niebieskim, nikotynowym szalem. Kichotka zsiadła z konia i przedstawiła się.
- Jestem donna Belladonna Konkwidor. Walczę na miecze, kopię i szpady. Jeśli macie tutaj jakiś dom z basenem, to chętnie wyzwę go na pojedynek!
Pomidorowy zbladł. Skurczył się w sobie do tego stopnia, że nagle twarz kota wydała mu się wielka jak pałac.
- Nie mamy domów z basenem, chociaż pan Sławek wspominał, że chce taki mieć – rzekł Herkules, przezornie kierując uwagę w mą stronę.
Belladonna zmierzyła mnie wzrokiem, a „O” które wypowiedziała, przypominało obręcz, przez którą skaczą tygrysy. Na to Hoshi zaczęła rozpływać się w powietrzu.
- Zaczekam na ciebie w domu – uśmiechnęła się i zniknęła z wiatrem, jakby wsiadła do niewidzialnego autobusu.
Tymczasem Herkules próbował rozdzielić swojego robota i kota, między którymi doszło do spięcia.
- Pyszczek! Do nogi! – rzuciła Donna, a kot natychmiast znalazł się przy niej, wyprostowany jak struna. Brodacz szedł trochę z tyłu, prowadził rumaki, nucąc hymn pochwalny dnia codziennego;
„Na jedną nutę i notes z piór, kto pięknie oddycha, ten zrzuca wór”– rozległo się po okolicy. Zboża kłaniały się nisko, a w sadzie dojrzewały żółte jabłka. Nie byłem wcale pewien, czy jeszcze mam jakiś dom, wpatrzony w Belladonnę która roztaczała coraz szerzej swój urok.
Kawalkada przemieszczała się główną ulicą. Niektórzy z mieszkańców wychodzili na ulicę, by nas pozdrowić i wkrótce minęliśmy świątynię - kielich ze stali i szkła przykryty srebrną kopułą, przypominający flakon po perfumach.
- W środku znajduje się kula, która powinna się kręcić wokół słupa wznoszącego się aż po sufit. Ludzie którzy do niej wchodzą, muszą się ze sobą jakoś dogadać, ponieważ to właśnie oni ją rozpędzają, siłą swej woli i mięśni – objaśniał Herkules.
Za nim dreptał Pomidorowy, który chwytał każde słowo w muszle czerwonych uszu, jakby tylko czekając na merytoryczny błąd, który pozwoliłby mu wyprowadzić kontrę i także popisać się wiedzą.
Lecz Herkules, przynajmniej na razie, całkowicie przejął inicjatywę. Co więcej, nakazał swojemu robotowi iść za sobą, tak żeby odciąć się od Pomidorowego i przesunąć go jeszcze bardziej do tyłu. Belladonna nie przejawiała większego zainteresowania jego wywodami, choć uprzejmie potakiwała głową dając do zrozumienia, że akceptuje nasz świat.
- Niedaleko stąd jest mój dom – odezwał się w końcu Pomidorowy.
Konie, (w tym osioł), poczuły wyraźną ulgę. Parskały prowadząc zrozumiały chyba tylko dla siebie dialog, ale jasne było, że najchętniej przytuliłyby się do dużej kopy siana.
Wrzosowa Gałązka, która mieszkała w sąsiedztwie, zdziwiła się nieco na widok naszego pochodu. Herkules, odważny jak nigdy dotąd, wyszedł naprzeciw i chwytając ją za dłoń złożył pocałunek.
- Wybacz moja droga, ale miałem kłopot z samowarem – spojrzał wymownie i już chciał przedstawić Belladonnę, gdy ta weszła mu ostro w słowo.
- Jestem Belladonna Konkwidor. Podróżuję razem ze świtą i każdy przyjazny gest przyjmę z wdzięcznością, a za gościnę płacimy złotem.
- W takim razie zapraszam na obiad. Ugotowałam właśnie pyry.
- Pyry? A cóż to takiego? – zainteresował się Brodacz, puszczając kółeczka z dymu.
- Jeśli przybywacie z północy, na pewno będzie wam smakowało.
Miałem pewność, że już wcześniej spotkałem tego człowieka. Nie miał jednak przy sobie latarki, którą zapewne trzymał w sakwie przytroczonej do siodła, lub w futerale, który mógł kryć też coś innego, na przykład składaną kopię. Przez dymną zasłonę rzucał mi czasem spojrzenie, lecz zachowywał się tak, jakby mnie nie poznawał. Nagle kot zjeżył się i wrzasnął, nad nami przeleciały jakieś cienie.
- Padnij! – krzyknęła Belladonna błyskawicznie sięgając po miecze.
- To latające psy. Bernardyny z Wielkiej Przełęczy – stwierdziłem przykładając do czoła dłoń. Czułem, że przyszła pora, żeby coś wyjaśnić. Postanowiłem jednak oszczędzić słów i użyć niezawodnego sposobu, którego tajemnicy sam jeszcze nie poznałem do końca.
Pomidorowy i Herkules nie mieli najszczęśliwszych min, kiedy podszedłem do Belladonny i nie zważając na miecze, delikatnie musnąłem ją w usta wargami.
Policzki oniemiałej Konkwidor zarumieniły się jak płatki róży, a całe jej ciało przeszył metafizyczny dreszcz.
- Jeszcze nigdy nie czułam się tak cudownie – zachwyciła się.
Potem schowała miecze, ale jakoś tak niezręcznie, jakby na moment zniknął jej wojenny kunszt.
- Te psy, to nasi przyjaciele.
- Skąd one się tutaj wzięły? – zapytała.
- Nie wiem, widocznie obserwowały nas przez jakiś czas.
- Mam nadzieję, że nie zlecą teraz na ziemię, żeby odstawić jakiś cyrk, na przykład balet w kurzu ulicznym na trzy latające psy i klekot bociana – zażartowała.
Widocznie nie znała prawideł rządzących naszą krainą. Aż kichnęła z wrażenia, gdy po chwili na ziemi wylądowały rozradowane Bernardyny, gotujące się do tańca. Klekot bociana i rechot żab sprawił, że podniosła ręce do góry i znowu wyglądała tak jak wtedy, gdy ujrzeliśmy ją po raz pierwszy - jak donna Kichotka.
W ten oto mniej więcej sposób, prowadzeni przez tańczące psy, zjeżonego kota oraz śnięte rumaki, weszliśmy na teren posesji.
Pomidorowy otworzył garaż, gdzie zwolniło się miejsce po chevrolecie, a Brodacz wprowadził tam konia. Znalazłszy sobie miękkie posłanie wśród stosu sukien, których pani Pomidorowa z jakiegoś powodu nie zabrała ze sobą, koń ziewnął i ułożył się do snu.
Inaczej rzecz się miała z osłem, który chrapał już owinięty wokół wielkiej gruszy.
Ponieważ zrobiło się późno, wróciłem do domu. Umówiliśmy się jednak na spotkanie. Pomidorowy i Wrzosowa Gałązka postanowili wydać uroczyste przyjęcie z okazji przybycia gości z północy. Pozostała do wyjaśnienia kwestia latarki, lecz miałem nadzieję, że wyjaśni się sama.

4.
Furtka była otwarta, a rudy żywopłot, którego w tym roku postanowiliśmy nie przycinać, rzucał głęboki cień. Miałem przeczucie, że w domu dzieje się coś dziwnego - komin wyrzucał kłęby czarnego dymu, w ogrodzie prószył śnieg.
Wszedłem do środka i zamieniłem buty na pluszowe kapcie. W korytarzu zaskoczył mnie Albinos, jeżąc się jak do skoku.
- Kocie, nie poznajesz mnie? – zdziwiłem się.
Kot nie zareagował, chyba naprawdę mnie nie poznawał. Zauważyłem otwarte drzwi do piwnicy, w której pewnie bawiły się dzieci, ale papucie niosły mnie do kuchni, skąd dochodziły znajome głosy.
- Clown – usłyszałem głos żony.
Hoshi siedziała na stole. Patrzyła na Jana z góry, gdy ten obracał jakąś śrubę dociskając gwint. Kiedy odłożył śrubokręt, podrapał się po kwadratowej szczęce i ściągnął koszulę, demonstrując tors z różą wiatrów wytatuowaną fioletowym atramentem. Jego plecy porośnięte były gęstym mchem. Spojrzał na nią jakby się składał do strzału, polując na szarą gęś.
Miała na sobie cienkie pończochy, których pozbył się szybko jak niewygodnego świadka. Pochwyciła jego gęstą czuprynę i odchyliła się, zrzucając na podłogę stertę misek, które potoczyły się w moją stronę...
Delikatnie wycofałem się i wszedłem w drzwi prowadzące w dół, do kotłowni, skąd dochodził nieludzki wrzask i swąd gęstych spalin. Kiedy wszedłem do środka, ujrzałem otwarty piec i dzieci ślizgające się wśród płomieni.
- Tato, chodź do nas! Świetna zabawa! – krzyczały jedna przez drugą, surfując wśród przelewających się nad nimi jęzorami ognia. Obie używały do tego celu czegoś, co zastępowało im surfingowe deski - klasery!
Nagle wszystko stało się jasne. Dziewczynki wzięły moje klasery ze starymi lękami do zabawy.
Z pieca buchnął snop iskier i wrzask jeszcze się nasilił. Pod ścianą siedziała zbita gromada szczurów wtulających się w siebie, jakby oglądały film grozy. Iskry przelatywały wokół nich wzbudzając popłoch, nie czyniąc im jednak żadnej krzywdy.
- Dosyć tego! – krzyknąłem w kierunku pieca.
- Ale tato, jeszcze trochę – prosiły.
- Nic nam się nie stanie, te płomienie są święte!
Cóż miałem począć. Siedziałem w kotłowni tak długo, jak długo dzieci czerpały przyjemność z zabawy. Od czasu do czasu jakiś mocniejszy podmuch ognia uderzał ciężkimi drzwiami o ścianę. Wylatywały wtedy dopalone szczątki unikatowych znaczków, które zbierałem przez tyle lat. W końcu dziewczynki wyszły z pieca i rzuciły mi się na szyję.
- Tato, tato, ale było cudownie!
Kolor płomieni powoli się zmieniał. Przyjmował barwę fioletu, głęboką i bardzo spokojną. Szczury już tak głośno nie piszczały, przyglądały się nam ze zdziwieniem i chowały się do swych dziur. Przy pomocy klucza, przypominającego koło sterowe, zamknąłem piec i wraz z dziewczynkami opuściliśmy kotłownię.
W kuchni zastaliśmy Jana i Hoshi, która wygładzała sukienkę na udach.
Wyszedłem do ogrodu, gdzie słońce szybko topiło cieniutką warstwę śniegu. Krople czystej jak kryształ wody ociekały z gałęzi i spadały w dół. Mokry Albinos znowu się do mnie łasił. Izabella przyniosła ręcznik i wycierała go nim do sucha. Nana koniecznie chciała mi coś powiedzieć. Wziąłem ją na ręce i przytuliłem do siebie.
- Tatusiu, czy będziemy się jeszcze kiedyś mogły poślizgać? – zapytała.
Poważnie zacząłem się zastanawiać, czy przeznaczeniem mojej najmłodszej córki nie jest przypadkiem zostać strażakiem. Tymczasem Izabella puściła kota i z rozwianymi włosami pobiegła za nim w głąb ogrodu. W niebieskiej sukience i podkolanówkach w kolorze kawy przypominała zimorodka, który chował się wśród drzew. Nana skoczyła za nią i w ten oto sposób zostałem sam.
Wszedłem do domu i zamknąłem się w swoim laboratorium. Założyłem kitel i okulary. Włączyłem palnik, lecz prawdę mówiąc nie miałem ochoty na żaden eksperyment.
Wspomniałem sobie siebie sprzed lat. Gdy zaczynałem się uczyć, jak deklaracje obracać w rzeczywistość. Zawsze robiłem dokładnie to, co chciałem. To się nazywa wolność.

Przypomniałem sobie dzień, w którym spotkałem Hoshi grającą na cytrze.
Śpiewała wtedy w języku gwiazd, który niełatwo jest przetłumaczyć. Jednak podjąłem się tego zadania, a słowa, które odkryłem przejęły mnie głębokim wzruszeniem.
„Sławku, mój księciu z bajki, na cytrze ci tu dzisiaj gram.
Sztabę złota, albo buty najki, co chcesz, zawołaj, ja ci to dam.
Bo nie masz już nic nikomu, do przebaczenia, cały świat to ja,
To miłość bez krat więzienia, to pożądanie bez łez i map.
To twoje śluby, których nigdy nie było. To twa kołyska i polny mak.
To buty i kapelusz grzyba, to twoja chmurka unosząca cię w snach.
Tak bardzo się nie zmieniłeś, zawsze taki w głębi duszy byłeś,
Gdy zwracałeś się co noc do gwiazd.
Samochód twój pokonywał przestrzenie, światło reflektorów omiatało ciemny
Las.
W spirali dróg szukałeś przeznaczenia, czując, że podróż jest w nas.”
Stanąłem na balkonie i spojrzałem w niebo, było jeszcze mroźne, błyszczące i trochę blade, ale powoli wypełzał już na nie rumieniec nocy. Nie wiadomo kiedy, pojawiła się pierwsza gwiazdka. Pierwszą była ta, którą teraz dostrzegłem, lecz może było ich o wiele więcej?
- Hoshi – pomyślałem.
Była wieczna, ale jej stan się zmieniał.

Przy kolacji, kiedy właśnie miałem powiedzieć, że wszyscy jesteśmy zaproszeni na bal, odłożyła pałeczki, wytarła usta i zakomunikowała;
- Mężu. Wiem, że to co teraz powiem może cię nieco zaskoczyć, ale tak wszystko szybko się zmienia, że nie miałam czasu cię do tego przygotować. Postanowiłam wyjechać na jakiś czas razem z dziećmi do miasta, do mojej mamy. Nie musisz się o nas martwić, będzie nam towarzyszył Jan.
„A to łajdak. Jak to się mogło stać, że aż tak zawrócił jej w głowie” – pomyślałem i nagle dotarło do mnie, że ta przygoda trwa już pewnie jakiś czas.
- Mam nadzieję, że wiesz co robisz – odpowiedziałem.
Uśmiechnęła się. Jej zęby zalśniły jak korale znalezione na plaży obmywanej przez wodę.
- Wiem. Zaufaj mi.
Postanowiła wyjechać natychmiast, pożegnanie było krótkie, a dzieci uwiesiły mi się na szyi.
- Tato, jedziemy do babci, jedziesz z nami? – pytały.
- Niestety, muszę zostać, bawcie się dobrze i pozdrówcie ją ode mnie.
Jakoś trudno mi było uwierzyć, że to rozstanie zbliży nas jeszcze bardziej do siebie, bo kiedy przyjechała taksówka z szachownicami na drzwiach, okazało się, że Hoshi, przy pomocy Jana, postanowiła zapakować do niej jedyną pamiątkę jaka została jej po ojcu, wielką dębową szafę.
Gdy auto ruszyło, ujrzałem twarze dziewczynek przyklejone do szyby. Pomachałem im, oraz rybce Mirelli zamkniętej w słoiku. Gdy wróciłem do domu, zadzwonił telefon.
- Wszyscy już są, a co z wami? – pytał Pomidorowy.
- Hoshi wyjechała z dziećmi – odpowiedziałem i usłyszałem w słuchawce jakiś trzask.
Po chwili telefon odezwał się znowu. Tym razem usłyszałem głos Wrzosowej Gałązki.
- Jesteśmy w komplecie, czekamy tylko na was.
- Niestety, moja najdroższa żona postanowiła właśnie dzisiaj, chyba za przykładem pani Pomidorowej, udać się w podróż. Nie wiem, kiedy wróci.
- W takim razie przyjdź sam.
- Sam? Oczywiście, zaraz będę – odłożyłem słuchawkę.
Ulicę oświetlały latarnie, w powietrzu czuło się mokre liście, a wiatr roznosił swój szept.
- Czego chcesz? – zapytałem.
- Chcę tylko tego co ty, po prostu dobrze się bawić – odpowiedział, burząc włosy na mojej głowie. Wkrótce stanąłem wobec strzelistej bramy i prostokątnej klawiatury, na której wystukać trzeba kod. Ciche brzęczenie niby-muchy, uświadomiło mi, że drzwi stoją przede mną otworem.
- Witaj – powiedziała Wrzosowa Gałązka. W ręku trzymała kieliszek szampana.
Nie zadawała zbędnych pytań i przez to miała u mnie plusa.
Jej willa przypominała wieżę. Do sali balowej prowadziły kręte, szerokie, i jasne schody. Na każdym piętrze stał gość z halabardą, wykonany z wosku. Była to armia Wrzosowej Gałązki, która w sumie robiła wielkie wrażenie, lecz było to tylko wrażenie.
- Jest nasz mister Pocałunek. Pokażesz jeszcze jakąś sztuczkę? – zapytała Belladonna, kryjąc się za wachlarzem z piór.
- I to niejedną – odparłem ściskając jej dłoń.
Herkules w cylindrze i Pomidorowy przebrany za pszczołę wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Na sali było więcej osób, niż się tego można było spodziewać.
Był pan Kiks, mój kolega z boiska, wraz z żoną.
Ordynariusz Metropolita - niezwykle tajemnicza postać.
Pani Ząbek i jej siostra Żabka.
Zenon Jałowiec - kulturysta, który przyszedł z jednym z braci Marks.
- Chcę cię z kimś poznać – Wrzosowa Gałązka ujęła mnie pod rękę i poprowadziła na drugi koniec sali, gdzie spotkaliśmy mężczyznę przebranego za torreadora, albo kogoś, kto w rzeczywistości nim był.
- Sławomir Perłamorza – przedstawiłem się.
- Salvadore Paliwąs – usłyszałem w odpowiedzi.
- Salvadore jest znakomitym malarzem, tak jak ty.
- To prawda, lecz nie przyjechałem tutaj malować – stwierdził Salvadore.
- Zatem co pana sprowadza w nasze strony? – zapytałem.
- Interesuje mnie alchemia życia, jestem poszukiwaczem esencji.
- Mówiłeś że chodzi o kwiaty? – Wrzosowa Gałązka poruszyła czułkami rzęs.
- Dokładnie. Viola vittrockiana. Tricolor maxima.
- Czyli bratek – popisałem się wiedzą.
- Owszem. Chodzi o tę roślinę, o różnobarwnych, aksamitnych kwiatach. Otrzymuje się ją ze skrzyżowania dzikich gatunków fiołka, a musicie wiedzieć, że nigdzie na świecie nie ma dzikszych fiołków od tych, które rosną na waszych łąkach.
- Miło mi to słyszeć – powiedziałem i pociągnąłem łyk szampana z długiego kielicha.
- Salvadore, wytłumacz, o co chodzi z tą esencją? – nie dawała spokoju Wrzosowa Gałązka.
- To proste, każda roślina, ale także minerały, kamienie szlachetne, a nawet gwiazdy, mają swoją esencję. Chodzi o to, żeby ją wydobyć, a właściwie przekonać „właściciela” danej esencji, by zechciał się nią podzielić. One łatwo rozpuszczają się w wodzie, choć ja używam do tego celu koniaku. Podaje się je jak lekarstwo – podkręcił dumnie wąs.
- To znaczy, że rozmawiasz z kamieniami? – spytała niedowierzając.
- Hm, niezupełnie. Powiedzmy, że wymieniamy się informacją.
- To bardzo ciekawe. U nas znajdzie pan na pewno wielkie pole do popisu – stwierdziłem.
- Wiem, dlatego tu jestem – odparł z uśmiechem.
- Grzybki marynowane w occie – tymi słowami dał znać o sobie pan Kiks, zataczając się do nas z talerzem, z którego próbował owego specjału, używając małego widelca.
- Witaj przyjacielu, czy zechcesz mnie przedstawić reszcie towarzystwa? Oczywiście Wrzosową Gałązkę już znam – próbował skubnąć dziewczynę w szyję, jak koń.
- Witaj Kiks, widzę, że jesteś w humorze. Oto pan Salvadore, który pięknie maluje, lecz jeśli poprosisz, to może przepisze ci coś na sen – odpowiedziałem.
Twarz Kiksa wydłużyła się, lecz na Salvadore nie zrobiło to żadnego wrażenia. Widocznie w swojej pracowni malował podobne typy. Nagle zza filara wyłoniła się kolejna znajoma postać Był to Leon, w białym, kowbojskim kapeluszu, otoczony wianuszkiem rozchichotanych króliczków.
- Juppi, juppi, juppi, juppi, jaj – zaśpiewał Leon.
- Jeszcze chwila i można będzie zagrać w piłkę – pomyślałem.
W swoim czasie byliśmy zgraną paczką, i to nie tylko na boisku. Każdy jednak trochę się zmienił, więc teraz łączyła nas głównie pamięć. Wypiliśmy kolejkę za stare, dobre czasy,
z tym jednak zastrzeżeniem, że nowe są jeszcze lepsze. Salvadore grzecznie podziękował, wytarł usta i oddalił się.
W pewnym momencie Wrzosowa Gałązka poprosiła o ciszę i wywołała na środek obleganą przez tłum wielbicieli Konkwidor. Nie było przy niej Brodacza, chyba że skrył się pod jakimś kostiumem, ale i tak pewnie zdradziłby go dym.
Na środek sali, popychany przez Herkulesowe roboty, wjechał okazały, choć nieco banalny tort. Wrzosowa Gałązka podniosła dłoń i przemówiła.
- Drodzy państwo. Spotkaliśmy się, by uczcić przybycie tej oto pani, oraz jej świty. Ponieważ pan Pomidorowy zaproponował gościnę, Donna zostanie u nas przez jakiś czas.
Rozległy się brawa, a Pomidorowy ukłonił się nisko, szorując nosem o parkiet i wypinając w górę pokaźne żądło zamocowane między kośćmi miednicznymi, upodabniające go trochę do kaktusa.
Belladonna podziękowała, chciała jeszcze coś dodać, lecz zagłuszyły ją salwy armatnie zamówione na jej cześć, które długo nie cichły, przemieniając się z czasem w beczenie owiec. Salvadore, jak wprawny matador, pokroił tort szpadą, a zwinne roboty rozjechały się po sali z poczęstunkiem.
Okazało się, że tort jest bardzo słodki, by nie powiedzieć - przesłodzony. Wielu osobom posłużył za pretekst do wypicia większej niż wypadało ilości wytrawnego wina, którym ową słodycz spłukiwano z gardeł do późnej nocy.

Coś sprawiało, że towarzystwo nie chciało się rozchodzić, jakby w powietrzu, niczym wonne kadzidło, unosiła się jakaś tajemnica - pytanie, którego na razie nikt nie mógł zadać, ani tym bardziej na nie odpowiedzieć.
Belladonna okazała się świetnym kompanionem, Pomidorowy i Herkules, obaj co najmniej oczarowani, nie odstępowali jej na krok. Gdy usiadła za fortepianem, by odegrać zaimprowizowaną etiudę, oparli się o instrument, łasząc się jak szopy.
- Ja byłam w Mediolanie i gram na fortepianie. A ty? – zagadnęła w stronę Herkulesa.
- Jestem elektrykiem do czterech i pół wolta – wybełkotał Herkules.
- Bardzo dobrym elektrykiem – potwierdził Pomidorowy, puszczając nosem bąbelki.
- Ha, ha, ha, ha, ha! – roześmiała się sięgając po kieliszek.
Chwilę potem mina jej zrzedła, ponieważ na salę weszła stukając kopytami o marmurową posadzkę owca rasy karakuł. Rozmowy ucichły. W naszej okolicy widok owcy nie jest czymś nadzwyczajnym, natomiast miejsce i moment, który wybrała, by się zaprezentować, zmuszał do zastanowienia.
Wtem rozległo się głośne pukanie do okna. Roboty otwarły je na oścież. Przypominały giermków z żelaza, osłaniając się srebrem tac.
Poczułem zapach prochu. Do środka wpadło światło księżyca, na którego tle rysowała się postać w rajtuzach i fioletowej kurtce, stojąca pewnie na długich, drewnianych szczudłach. Posłaniec przytknął do ust dużą tubę wykonaną z blachy falistej i zakomunikował;
- Za pomoc udzieloną przestępcom - uciekinierom z hrabstwa Gild, jesteście aresztowani!
- Beee! – odezwała się owca, i pewnie wywołałaby salwę śmiechu, gdyby nie fakt, że na zewnątrz stał wielki oddział wojska, z rozwiniętymi chorągwiami, pod które podciągano armaty.
Herkules z Pomidorowym rzucili się do okna, rozumiejąc, że ktoś przyszedł zabrać im Belladonnę. Szarpali się z gościem na szczudłach, w końcu fundując mu krótki lot.
- Szybko, do piwnicy! – Salvadore złapał ją za rękę i pociągnął w swoją stronę.
Po chwili w oknie pojawili się rycerze, którym, choć pewnie nie miały tego w programie, stanęły na drodze roboty.
Towarzystwo rozpierzchało się. Za uciekającą Konkwidor pobiegło kilka osób, byłem wśród nich i ja. Na korytarzu natknęliśmy się na żołnierzy, brodzących po pas w stadzie owiec, przewracających halabardników, którzy rozbijali się na schodach.
Byliśmy poza ich zasięgiem. Salvadore porzucił szpadę i zamienił ją w srebrny szlaban.

Schowaliśmy się w piwnicy, gdzie czekał Brodacz, który zgasił peta i uruchomił latarkę.
Bez słów biegliśmy dalej, korytarzami prowadzącymi w dół. Wkrótce stanęliśmy naprzeciw płaskiej ściany, w której wykutych było pięć prostokątnych otworów zaopatrzonych w drzwi. Salvadore zbliżył się do nich i chwycił za klamkę.
- Chwileczkę – zareagowałem, widząc coś, czego nie dostrzegł nikt inny.
Białą plamkę na przegubie rękawa jego błyszczącej koszuli, jakby wysypał się puder.
- Dlaczego akurat te drzwi? – zapytałem.
Spojrzałem po twarzach Atlety i brata Marks, a także pana Kiksa, zataczającego się jakby zgubił piłkę w polu karnym.
- Pójdziemy tędy – wskazałem inne drzwi. Nikt nie protestował.
Brodacz szedł z przodu. Pewny siebie, jakby nieraz już tędy przechodził, omiatał światłem nagie ściany. Korytarz, którym się przemieszczaliśmy mnie także wydawał się znajomy, szczególnie schody. Wreszcie dotarliśmy do dużej komnaty. Natknęliśmy się na regał, gdzie skierowano światło latarki. Ujrzeliśmy słoje stojące na półkach i unoszące się w płynie, przyklejone jak do laboratoryjnych szkieł, wynaturzone twarze istot z innego świata. Nagle zrozumiałem, gdzie jestem.
- To tylko słoiki z marynowanymi rydzami mojej Hoshi – oświeciło mnie.
Wspięliśmy się wyżej, popchnąłem drzwi, które okazały się otwarte. Weszliśmy do kuchni, ostrożnie uchyliłem firankę, by przekonać się, że ulicą, w zwartym szyku, osłonięci przez pojazd na gąsienicach, podążają rycerze.
Spojrzałem na Belladonnę. W zniszczonej sukni przypominała zabawkę ocalałą z pożaru fabryki lalek, ale byłem pewien, że drzemiące w niej siły potrafią zarówno wzniecać, jak i gasić płomień – coś ty im zrobiła, zakochał się w tobie dyktator? – spytałem.
- Jakbyś zgadł – zdawała się mówić wzrokiem, odkrywając swą tajemnicę, miłości nieuznającej granic.
-Wracamy – postanowiłem.
Pan Kiks miał jakieś obiekcje, lecz ucichł na widok czołgu.

Kiedy ponownie przyszło wybierać, tym razem to Salvadore wskazał drzwi. Zauważyłem jeszcze jak wyciera chusteczką biały znak kredą, ale nie miało to już dla mnie większego znaczenia. Wchłonął nas powiew świeżego powietrza i ciepło piaszczystej plaży.
Otwarła się przede mną cudowna przestrzeń zielonych wzgórz, zatoki i bezmiar morza.
Na wodzie unosiła się wielka fregata, z białymi jak skrzydła Aniołów żaglami.
„Łaska Opatrzności” - przeczytałem napis na burcie.
Okręt wydawał się lekki jak piórko, na jego pokładzie nie było dział. Nie byłem tym faktem zdziwiony, widziałem przecież jak jego kapitan, przy pomocy szpady, właściwie nawet jej nie używając, zatrzymał pościg. Na wietrze łopotał sztandar - biały krzyż na czerwonym tle. Marynarze wydawali mi się jacyś dziwnie mali. Z początku myślałem, że zmyliła mnie perspektywa, ale okazało się, że rzeczywiście tacy są. Podobni byli do łasic i nosili koszulki w kolorze ochry.
- Ahoj kapitanie! – dało się słyszeć ich głosy.
- Zapowiada się niezłe kino – odezwał się Marks wychodząc z cienia Atlety.
- Jeśli chcecie, mogę was zabrać ze sobą – rzekł Salvadore, sprawdzając wzrokiem położenie słońca.
Nagle usłyszeliśmy szum skrzydeł. Na plaży wylądowały Bernardyny, nie zachowywały się jednak jak psy. Przypominały raczej rozjemców, którym przypadło w udziale trudne zadanie.
- Ambasador państwa Gild obiecał, że wycofają natychmiast wojska. Lecz Belladonna musi opuścić nasz kraj – zakomunikowały.
Konkwidor kiwnęła głową na znak, że rozumie swoje położenie.
- Pocałuj mnie jeszcze raz – szepnęła mi do ucha.
Nachyliłem się do jej twarzy, a pocałunek trwał trochę za długo, by można było mieć nadzieję, że już nigdy się nie spotkamy.
- Zaopiekuj się moim kotem – poprosiła na koniec, pakując się do szalupy.
Naprzeciw mnie stanął uśmiechnięty od ucha do ucha kapitan „Łaski Opatrzności”,
który życie traktował chyba jak dobry żart. Być może była to zasługa esencji?
Nad nami przelatywały mewy, a z oddali dochodziły nawoływania marynarzy. Salvadore położył mi dłoń na ramieniu. Przyglądał się spod zmrużonych powiek, jakby podziwiał rzadki kwiat. Wkrótce „Łaska Opatrzności” wypłynęła z zatoki przy pełnych żaglach.
Jej kolor wraz z pokonywanym dystansem się zmieniał. Statek tonął w błękicie rozedrganych, powietrznych fal. Aż w końcu żagiel zlał się z chmurami.
Na plaży był jeszcze pan Kiks, który nie mógł się zdecydować. Siedział skulony jak embrion w ciszy kołysanej wiatrem i szumem fal.



AMBASADOR HRABSTWA GILD.

1.
Na Wzgórzu Wschodzącego Słońca zapanowała jesień.
Liście spadały już bez pardonu, tworząc na ziemi pstrokate mozaiki. Drzewa zanurzały się w błogim śnie.
Czasami zaglądałem na plażę, patrząc na fale i ptaki.
Oczekiwałem wiadomości, która nie mogła nadejść, rozbijając się o brzeg kaskadą wody, piany i piasku. Konkwidor zniknęła, pozostawiając po sobie swój obraz, rozmywający się powoli w oceanie czasu.
Hoshi zadzwoniła tylko raz, by się upewnić, czy wszystko u mnie w porządku, kiedy rozeszły się wieści o interwencji zbrojnej. Na szczęście dzieci odzywały się częściej. Chodziły do szkoły i z tego co zrozumiałem, było im dobrze. Ciągle jednak pytały, kiedy do nich przyjadę.
Tego dnia znowu siedziałem na plaży, przyglądając się mężczyźnie spacerującemu z łaciatym psem, zostawiającym wszędzie mokre ślady.
Zastanawiałem się, jak to jest? – czy, gdybym wsiadł na statek, tak samo patrzyłbym teraz w dal?
Mewy nurkowały w otchłań przestrzeni, wydzierając sobie dziobami skrawek czegoś, co w ich mniemaniu nadawało się do jedzenia.
Nagle poczułem za sobą czyjąś obecność. Odwróciłem się i ujrzałem Pomidorowego, który niósł w jednej ręce wędkę, a w drugiej wiaderko na zdobycz.
- Więc jednak postanowiłeś coś złowić? – zagadałem.
- Nie można ciągle siedzieć w domu i liczyć gwiazdy – zrewanżował się.
Chciałem mu pomóc. Ale nigdy w życiu nie łowiłem ryb, więc moja pomoc ograniczyła się do dotrzymywania towarzystwa. Rozmowa jednak średnio nam się kleiła i gdyby łowienie ryb polegało na wciąganiu ich w ja