Taki jak ja...  zobacz opis świata »

Dopis 6:Tego dnia byłam gotowa . Tak...

« poprzedni dopis
 

Aletheia 112

Od: bardzo dawna,aktywny: dawno temu

Tekstów: 0,

Dopisów: 188,


Tego dnia byłam gotowa. Tak przynajmniej czułam w napięciu mięśni i włosów. Usłużnie zapaliłam kadzidło w rogach sali, czekając na przybycie Śliwki Węgierki. Ta jednak spóźniała się przeciągle, pozostawiając mnie sam na sam ze zgrzytem ławek i dudnieniem okien. Na cóż było czekać. Postanowiłam zacząć koło bez Węgierki. W tym celu ułamałam kawałek kredy, by mieć pewność, że będzie gładko się prowadzić i narysowałam na parkiecie ogromny okrąg. Stanęłam w jego środku, zaś na miejscu, gdzie kreda stykała się z lakierem posadzki, wyrosły kwiaty. Oto stało się koło przyrodnicze. Chwyciłam jego brzegi zamaszyście, podnosząc zieloność, niczym olbrzymi wieniec. Po drugiej jednak stronie zobaczyłam światło. Bardzo ładne było to światło, toteż stwierdziłam, że przyjrzę mu się bliżej. W tym celu przeszłam przez okrąg. Znalazłam się na dzikiej polanie porośniętej łopianem i krwawnikiem. Pod stopami czułam wilgotną, sypką ziemię, zaś słońce wschodziło gdzieś za mymi plecami. Wtedy stało się coś, co zmieniło dogłębnie moje jestestwo. Zobaczyłem go. Moje oczy i jego ślepia spotkały się na moment. Na sekundę czas przestał płynąć i stał się wiecznością. Jego futerko falowało na wietrze, ostre kły nieporadnie wystawały z pyszczka. A ja… zniknęłam. Stałam się wonnością, wietrznością, gorącem, zimmnem, gęstością i drżeniem. Nienawiścią i miłością. To był on. Mysikrólik. Ten, którego tak wytrwale szukałam, zjawił się sam. Nieproszony.


KONFITURY.

Z konfitur najbardziej lubię te śliwkowe. Z dojrzałych Węgierek. Śliwka zlustrowała mnie od czubka nosa, po ogonek, stwierdzając, że zapewne innych nie próbowałam. Zmrużyłam oczy w uśmiechu. Oczywiście miała rację. Mimo wszystko Węgierki są po prostu smakowite, cudowny kwaśny miąższ, słodki sok, cieknący po brodzie, kładący się na podniebieniu plastrami lata. Oto było coś, co uwielbiałam.
– A cóż lubią Śliwki Węgierki? – zapytałam, kładąc się plecami na ławce, by móc łatwiej śledzić króliczki, puszczane po suficie zegarkiem.
– Pestki – odrzekła ma nauczycielka, z fachowością potrząsając dłonią.
– Niech i tak będzie! – zaśmiałam się porozumiewawczo.
Słońce zachodziło już, kładąc półmrok przepasany pomarańczowymi kwadratami na parkiecie. Węgierka stwierdziła ze znawstwem, że jest już spóźniona na wiele zebrań, acz nie ruszyła się miejsca. Dzień płynął.


KRUSZYNA.

Kruszyna pojawiła się znienacka. Była lekko zdenerwowana, acz nie zniesmaczona, czy wystraszona. Stała cierpliwie, podnosząc swe dwa szczurze paluchy, łypiąc na prawo i lewo.
– Chciałabym również wstąpić do koła – powiedziała zwyczajnie.
Takoż i się stało. Koło przyrodnicze wzbogaciło się o nowego członka. Toteż były nas teraz dwie osoby, nie licząc tajemniczego Mysikrólika.
 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2

Aż by się chciało zagrać w piłkę. Żeby wygrać jakiś puchar. Żeby Ci go dać:-)

Podziękować!:) Nie myślałam, że tekst może dla kogoś stać się motywacją do uprawiania mniej czy bardziej ekstremalnych sportów piłkarskich:)

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.