Ból pojawia się nagle, niespodziewanie -wywołany przypomnieniem, słowem, marzeniem by wróciło to co było.
Umieram z miłości. A umieranie to nie ma początku ni końca. To we mnie trwa, rozwija się i nie pozwala zapomnieć.
Czy można umierać tak co dnia? Gdy ból wspomnień rozdziera serce? Gdy marzenia szybują wysoko?
Widać można. Ja umieram, by znów podnieść się w nadziei, że coś się zmieni. Ale wokół pustka i żal.
Jak długo tak można? Dlaczego ja?
Tyle pytań i ciągle brak odpowiedzi.
Umieram, gdy słońce na niebie i gdy pada deszcz, umieram w towarzystwie innych facetów, bo to nie on. Umieram a moje umieranie nie ma końca. Ból, żal, nawet gniew, że to wszystko nie tak...
I co mi to da? Nic. Ale ja nie umiem inaczej. Nie potrafię odciąć się, nie potrafię zapomnieć, ciągle w tym trwam.
Cholera, dobrze, że chociaż jest ten szpital dla takich wariatów jak ja, mogę chociaż się wygadać...
On, cóż on - jak każdy facet wylizał rany, poszedł w świat - i pewnie mu tam dobrze.
A ja? Wciąż umieram z miłości i to we mnie wciąż trwa.
Cholera jak długo jeszcze wytrzymam???!!!


