Viol, w obecnym stanie ducha, nie była wielką pomocą w rozstrzygnięciu zmartwień Wybrańca. Elda zniknęła, a oni nie mogli liczyć na niczyją pomoc.
- Viol - odezwał się łagodnie - musimy odpocząć. Pada, kończy nam się żywność i muszę zająć się moimi ranami. Nie znam tych stron, więc jeśli znasz jakieś miejsce, gdzie możemy się zatrzymać, daj znać.
Dziewczyna milczała, tuląc się do jego pleców. Od śmierci Strzygi przestała być tą radosną, pełną optymizmu Viol, którą Octavo zdołał już polubić.
- Nie wiem - posłyszał jej cichy głos. - Wydaje mi się, ale nie jestem pewna, że na wschód stąd są ruiny miasta. W większości porośnięte lasem, ale może tam udałoby nam się na trochę zatrzymać? Powinieneś odpocząć.
- Prowadź wobec tego - powiedział, uznając, że i tak nie mają większego wyboru.
Mogli polować, zastawić sidła na jakieś zwierzęta. Może w pobliżu będzie też jakaś wioska, gdzie kupią prowiant? Później będą się zastanawiać nad następnymi krokami. Viol od czasu do czasu odzywała się, kierując go cały czas na wschód. Octavo modlił się, by starczyło im sił i zapasów do ruin opuszczonego miasta.
***
Vilijar wysłuchał tego, co miała mu do powiedzenia Alee. Przetrawił to, ale wcale nie poczuł się spokojniejszy. Brzydził się wiedźmą, która była odrażająca pod każdym względem i wiedział, że się jej pozbędzie, gdy nie będzie potrzebował jej pomocy. Ale na razie potrzebował, więc musiał ufać jej słowom. Zaklęcie było wiążące, a więc musiał odnaleźć smarkacza nim ktoś go ukatrupi. Jednak magowie byliby głupcami, gdyby na każde zaklęcie nie wymyślali przeciwzaklęcia, choćby było nie wiadomo jak trudne. W tym wypadku Alee obiecała znaleźć kogoś, kto zna się na prastarej magii lepiej niż ona. Do tego czasu smarkacz musiał być w obozie pod kluczem, inaczej nici z powodzenia rytuału. Vilijar zauważył powracających z poszukiwań łowców.
- I co? - spytał gniewnie.
- Nic nie znaleźliśmy.
- Przecież to tylko szczeniak! Do tego ranny!
Vilijar zaczął krążyć po swoim namiocie. W końcu wydał rozkazy i został tylko z garstką swoich zaufanych towarzyszy.
- Nie możemy już dłużej tu siedzieć - powiedział jeden z mężczyzn. - Ludzie się niepokoją, gadają, że nic nie robimy. Polubili tego chłopaka.
- Masz dla mnie tylko takie wieści? Tyle to sam wiem.
Zamyślił się.
- Weźcie tropicieli, Sur. Chłopaka chcę żywego, dziewczyna mnie nie obchodzi. My ruszamy na północ do Falgaren.
- Viol - odezwał się łagodnie - musimy odpocząć. Pada, kończy nam się żywność i muszę zająć się moimi ranami. Nie znam tych stron, więc jeśli znasz jakieś miejsce, gdzie możemy się zatrzymać, daj znać.
Dziewczyna milczała, tuląc się do jego pleców. Od śmierci Strzygi przestała być tą radosną, pełną optymizmu Viol, którą Octavo zdołał już polubić.
- Nie wiem - posłyszał jej cichy głos. - Wydaje mi się, ale nie jestem pewna, że na wschód stąd są ruiny miasta. W większości porośnięte lasem, ale może tam udałoby nam się na trochę zatrzymać? Powinieneś odpocząć.
- Prowadź wobec tego - powiedział, uznając, że i tak nie mają większego wyboru.
Mogli polować, zastawić sidła na jakieś zwierzęta. Może w pobliżu będzie też jakaś wioska, gdzie kupią prowiant? Później będą się zastanawiać nad następnymi krokami. Viol od czasu do czasu odzywała się, kierując go cały czas na wschód. Octavo modlił się, by starczyło im sił i zapasów do ruin opuszczonego miasta.
***
Vilijar wysłuchał tego, co miała mu do powiedzenia Alee. Przetrawił to, ale wcale nie poczuł się spokojniejszy. Brzydził się wiedźmą, która była odrażająca pod każdym względem i wiedział, że się jej pozbędzie, gdy nie będzie potrzebował jej pomocy. Ale na razie potrzebował, więc musiał ufać jej słowom. Zaklęcie było wiążące, a więc musiał odnaleźć smarkacza nim ktoś go ukatrupi. Jednak magowie byliby głupcami, gdyby na każde zaklęcie nie wymyślali przeciwzaklęcia, choćby było nie wiadomo jak trudne. W tym wypadku Alee obiecała znaleźć kogoś, kto zna się na prastarej magii lepiej niż ona. Do tego czasu smarkacz musiał być w obozie pod kluczem, inaczej nici z powodzenia rytuału. Vilijar zauważył powracających z poszukiwań łowców.
- I co? - spytał gniewnie.
- Nic nie znaleźliśmy.
- Przecież to tylko szczeniak! Do tego ranny!
Vilijar zaczął krążyć po swoim namiocie. W końcu wydał rozkazy i został tylko z garstką swoich zaufanych towarzyszy.
- Nie możemy już dłużej tu siedzieć - powiedział jeden z mężczyzn. - Ludzie się niepokoją, gadają, że nic nie robimy. Polubili tego chłopaka.
- Masz dla mnie tylko takie wieści? Tyle to sam wiem.
Zamyślił się.
- Weźcie tropicieli, Sur. Chłopaka chcę żywego, dziewczyna mnie nie obchodzi. My ruszamy na północ do Falgaren.


