Taki jak ja...  zobacz opis świata »

Dopis 44:W ogóle co ja robiłam w tym...

« poprzedni dopis
 

Aletheia 112

Od: bardzo dawna,aktywny: dawno temu

Tekstów: 0,

Dopisów: 188,


W ogóle co ja robiłam w tym pomieszczeniu? U dyrektora? Nie powinno mnie tu być. Ta cała sytuacja nie powinna się wydarzyć, ale… jakimś cudem wydarzyła się. Nie było od niej odwrotu. Nie byłam w stanie cofnąć czasu, choć tak bardzo chciałam.

Zacisnęłam mocniej dłonie, zdenerwowana, zaś twarz wykrzywiła mi się grymasem płaczu. Mimowolnie łzy wysączyły się z mych oczu, cieknąc mi po policzkach. W głowie mi szumiało, nie koncentrowałam się na tym, co działo się w pokoju. To wszystko było zbyt odległe, zupełnie jak cienie majaczące snem na jawie. Jedyne czego pragnęłam, to wstać i opuścić ten przeklęty gabinet. Uciec. Biec co sił w nogach nie oglądając się za siebie. Wiedziałam jednak, że było to niemożliwe i mogłoby doprowadzić do zbyt poważnych konsekwencji. Głęboko zakorzeniony rozsądek nie pozwoliłby mi na aż taką brawurę.

– A pani, pani Lauro, ma coś jeszcze do dodania? – Moje imię zadziałało na mnie jak kubeł zimnej wody, machinalnie odwróciłam głowę w kierunku rozmówcy.
– Słucham? – Zapytałam, smętnym głosem. Zdziwiłam się, słysząc jego płaczliwą barwę. Czułam się przerażona i wycieńczona psychicznie. Nie byłam w stanie powstrzymać łez i drżenia ciała.
– Czy ma pani jeszcze coś do dodania? Musimy zabrać panią na komisariat, spisać zeznania – cierpliwie powtórzył, chłodnym głosem policjant.
Wezbrała we mnie nagła fala frustracji. Pozwoliłam jej płynąć.
– Kogo interesują moje zeznania? – Warknęłam nieco nazbyt agresywnie. – Liczy się przecież tylko zdanie nauczycielki, której nie było w miejscu zdarzenia.
– Proszę liczyć się ze słowami – wtrącił drugi policjant – i uspokoić się. Przypominam, że grozi pani wydalenie ze szkoły, a w najgorszym przypadku zakład poprawczy.
– Za mówienie prawdy? – Nie potrafiłam się opanować, spojrzałam wściekle na nauczycielkę. – Pani Śliwińska, niech pani przyrzeknie na cokolwiek, co ma dla pani znaczenie, na zdrowie własnych dzieci, jeśli mają one dla pani jakąś wartość, albo cokolwiek innego – prawie krzyczałam, łkając – niech pani przysięgnie, że widziała jak chociaż raz uderzyłam Sebastiana.
– Co za bezczelna dziewczyna! – Krzyknęła Węgierka.
– Proszę o spokój pani Lauro, bo będziemy musieli panią skuć – stwierdził suchym, formalnym głosem policjant.
– Wolę zostać wydalona ze szkoły – kontynuowałam – niż spoglądać co dzień w lustro i widzieć tam odbicie kłamcy, który zrujnował życie młodemu człowiekowi, unosząc się dumą.
– Dość gówniaro! – Zawołała nauczycielka, z trudem opanowując wzburzenie.
– Nic to pani nie da – policjant spojrzał na mnie bezceremonialnie, niemal szydząc. – Tylko pogarsza pani swoją sytuację.
– Nie ma sensu tego kontynuować – wtrącił drugi funkcjonariusz. – Tracimy tylko czas. Zabierzemy tą dwójkę, spisać zeznania. Poczekamy, dopóki wyjaśni się stan poszkodowanego i wtedy zadecydujemy co dalej.
– Pani Śliwińska – podjął milczący dotychczas z policjantów – Pani, jako świadek również pojedzie z nami.
– Dobrze – skinęła głową nauczycielka. – Choć może lepiej byłoby wysłać któregoś z uczniów, którzy widzieli całe wydarzenie?
– W porządku – westchnął funkcjonariusz. – Jeśli jest taka możliwość, proszę przyprowadzić tu natychmiast takiego ucznia. Zabierzemy się wszyscy radiowozem.
– A co z nami? – Zapytała niepewnym tonem matka Konrada.
– Proszę zostać – odezwał się dyrektor, zdejmując okulary i wycierając, przedramieniem czoło, zroszone od potu. – Omówimy sprawę tych dwojga. Mam nadzieję, że w domu przeprowadzą państwo z nimi dosadną rozmowę wychowawczą.
– O… oczywiście – dodała matka oprawcy Sebastiana.
W pokoju zapanował chaos. Węgierka wyszła wywołać Marcina z klasy, w której miał zapewne o tej porze zajęcia. Policjanci rozpoczęli konwersację między sobą, zaś rodzice wstali ze swoich krzeseł, podążając w kierunku biurka dyrektora. Nie wiedząc na czym zawiesić wzrok i jak uspokoić rozkołatane myśli, wlepiłam beznamiętnie oczy w Konrada, który nie odezwał się słowem podczas całej rozmowy. Siedział, skulony jak wystraszona mysz, ze spojrzeniem natrętnie wbijającym się w barwne wzory dywanu na podłodze. O czym dumał? Nie miałam pojęcia, ale po trzęsących się dłoniach domyśliłam się, iż po prostu zamknął się w sobie, w skorupie strachu, która zapewne separowała go od wszystkich wydarzeń mających miejsce w tym pokoju. Zrozumiałam, że musi być naprawdę przerażony, świadom iż cokolwiek zrobi, nie będzie w stanie wyjść obronną ręką z tej sytuacji. W końcu był winny. Doprowadził do tej tragedii. Jednak, patrząc na niego nie czułam już gniewu. Było mi go szkoda. Konrad nie był złym człowiekiem, był po prostu głupi, zaś teraz przyszło mu ponieść tego konsekwencję. Ja, szczerze mówiąc także nie zachowałam się lepiej niż on. W końcu uderzyłam go. Może nie byłam na tyle silna by doprowadzić go do stanu nieprzytomności, ale doskonale zdawałam sobie sprawę, że wtedy, w odwecie za przyjaciela zrobiłabym to, gdybym tylko umiała.

Jednakże moja sytuacja była inna. Byłam i czułam się niewinna. Wraz z pojawieniem się Marcina, kolejnego i tym razem zdecydowanie przychylnego mi świadka, wzrosła nadzieja na sprawiedliwe, według mnie rozstrzygnięcie sprawy. Nie obchodziło mnie jakie konsekwencje poniesie Konrad. Miałam to głęboko gdzieś. Jedynie czego pragnęłam, to zostać oczyszczoną z zarzutów.

***
Zdjęłam bezwiednie plecak i buty. Z impetem rzuciłam się na łóżko. Byłam wykończona, miałam ochotę odrobinę się przespać, jednak myśli dręczyły mnie bezlitośnie. Rodzice jeszcze nie wrócili z pracy, z czego się ogromnie cieszyłam, jednak zdawałam sobie sprawę, iż chwila kiedy się pojawią z pewnością nadejdzie. Bałam się jej. Na samą myśl żołądek kurczył mi się gwałtownie. Zastanawiałam się co powiedzą, na spotkanie ze swą idealną córką, która nieoczekiwanie okazała się tak inna od… no właśnie od czego? Od ich wyobrażeń na temat tego jaka powinna być? Westchnęłam ciężko, czując się wyjątkowo niekomfortowo. Przeturlałam się na drugi bok. Zmiana pozycji bynajmniej wiele nie pomogła.

Nagle w pokoju rozległ się bzyczący odgłos wibracji telefonu. Z ociąganiem wyciągnęłam komórkę z plecaka. Kruszyna. Czego mogła chcieć? Odebrałam.
– Laura? – Szum w tle pozwolił domyśleć się, iż przyjaciółka dzwoniła ze szkoły. Najwyraźniej trwała przerwa. – Powiedz mi, w coś ty się wpakowała?
– W nic – odburknęłam apatycznym głosem.
– Po co ty się w ogóle w to mieszałaś? Bić się z Konradem? Z chłopakiem ze starszej klasy? Odbiło ci do reszty?
– Co cię to obchodzi? – Poczułam nagły uścisk w brzuchu, nie miałam ochoty kontynuować tej rozmowy.
– Zwariowałaś? – Zapiszczała komórka. – Jak to, co mnie to obchodzi? Cała szkoła o tym trąbi.
– No ładnie. – Stwierdziłam, wzdychając głęboko.
Kruszyna zamilkła na chwilę. Niezręczna cisza rozpostarła się między nami.
– Powiedz – odezwała się wreszcie przyjaciółka – ten cały Sebastian. Kim on dla ciebie był, że zdecydowałaś się zrobić coś takiego?
Włosy zjeżyły mi się na ciele. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Zdawałam sobie sprawę, że do obrony przyjaciela popchnęły mnie emocje. Samo wspomnienie go poniżanego, leżącego w kałuży krwi wywoływało moje wzburzenie. Nie umiałam jednak wytłumaczyć tego Kruszynie, obawiałam się że nie zrozumie, że przeinterpretuje moje niezgrabne słowa, więc wolałam milczeć.
– To był ktoś bliski? – Zapytała, nieco nazbyt nachalnie.
Miałam zdecydowanie dość tej bezsensownej konwersacji. Rozmowa sprawiała dziwne wrażenie monologu, miałam poczucie, jakby Kruszyna nie poszukiwała odpowiedzi na pytania, a jedynie potwierdzenia swojej wersji.
– Jak blisko byliście? Czemu mi nic o nim nie mówiłaś? – Zdecydowany głos ze słuchawki domagał się natychmiastowej odpowiedzi.
Westchnęłam, zaś w mych oczach znów, mimowolnie pojawiły się łzy. Kolejny raz, dzisiejszego dnia. Czułam, że muszę szybko zakończyć rozmowę. Wspomnienia napływały wielką falą.
– Cóż, on był moją pierwszą, niezrealizowaną miłością – odburknęłam sarkastycznie, nieco agresywnie, gwałtownie rozłączając się. Pozwoliłam łzom płynąć. Przytuliłam się do kołdry, wycierając w nią nos i… łkałam. Telefon zabrzęczał ponownie. Znów Kruszyna. Bez wahania odrzuciłam połączenie. Chciałam być sama. Ostatnie, czego potrzebowałam to rozmów o Sebastianie i całej związanej z nim sytuacji. Oczywiście, byłam ciekawa czy się już obudził oraz jak się czuje, ale nie miałam ochoty na bezsensowne konwersacje o naszych relacjach. Z Sebastianem natomiast nie miałam możliwości się bezpośrednio skontaktować. Nie znałam jego numeru telefonu. Co więcej, w ogóle nie wiedziałam, czy posiada on telefon. Jakby tego było mało, policjanci zabronili zbliżać się do chłopaka mi oraz Konradowi, dopóki nie wydadzą decyzji w sprawie pobicia. Przypomniałam sobie widok funkcjonariusza, któremu dyktowałam przebieg dzisiejszego wydarzenia. Męczył się, pisząc na klawiaturze komputera, jak gdyby robił to po raz pierwszy w życiu. Nie zadawał wielu pytań. Wydawał się raczej zdziwiony, iż musi poświęcać swój czas takiej błahej sprawie. Dla mnie było to raczej pocieszające. Wystarczy, że zeznania wszystkich świadków będą zbieżne, a sytuacja powinna się pomyślnie dla mnie zakończyć. Nie wierzyłam, by Konrad skłamał, był zbyt przestraszony by tak mogło się stać. Marcin nie miał powodów by wymyślać własną wersję wydarzeń, zaś Węgierka nie wydawała się na tyle nieroztropna by opowiadać o rzeczach, których nie widziała. Byłam dobrej myśli, co nie zmieniało faktu, iż poczucie dyskomfortu i uścisku w splocie słonecznym nie opuszczało mnie ani na chwilę. Nie mogłam się oszukiwać. Spieprzyłam sprawę od samego początku, biorąc udział w walce. Potem sama wystrzeliłam zabójczą kulę, wiedząc że odbije się rykoszetem, w momencie, gdy bezmyślnie zaatakowałam Węgierkę.

Wiedziałam jednak jedno. Nie było sensu już rozpaczać nad rozlanym mlekiem. To co się stało, nie odstanie się. Kwestia, na której musiałam się skupić, to jak wybrnąć z całej nieprzyjemnej sytuacji, w którą się w pakowałam i… oczywiście jak przeżyć spotkanie z rodzicami.
 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 1

Jej, tak długo stoi opowiadańsko? W takim razie chyba znów coś dopiszę;)

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.