Wrzosowy jogurt miodowy według ostrężynowego, kremowego paliwąsa   zobacz opis świata »

Dopis 2: Według...

« poprzedni dopis
 

Aletheia 112

Od: bardzo dawna,aktywny: dawno temu

Tekstów: 0,

Dopisów: 188,


***
Według wszelkich standardów nadszedł już ranek, mimo iż słonko jeszcze smacznie spało na parapecie. Koniowąs kończył swe żniwo rozwichrzonych włosów przedziałka międzypośladkowego, które zbierał od swego, śpiącego jeszcze kolegi, zardzewiałą brzytwą.
– Nie wiedziałem, że tam też masz dredy – powiedział namiętnie, czochrając małą, hiszpańską bródkę kompana, który szykował się właśnie do skomplikowanego manewru rozlepienia powiek.
– Chciałbym, byś mnie nie lubił – szepnął mu Koniowąs. – Da się zrobić?
– Jasne. Najpierw tylko uczyń mnie rasowym owczarkiem – odparł tamten i zaskamlał wymownie.
Jakby w odpowiedzi rozległ się gromki ryk strun fortepianu z za ściany.
– Śniły mi się piękne, męskie figi – mlasnął Chemik. – Różowe.
– Ha! Proroczy sen! Zrobiłem dla ciebie takie na drutach!
– Uczcijmy to cytryną! – zawołali zgodnym tonem.

Fortepian brzmiał coraz powabniej. Słodko i delikatnie. Jak usta młodej niewiasty podane o poranku. Zdało by się, że jego brzmienie, owładnęło rzeczywistością, zakrzywiło czasoprzestrzeń, gdyż oto dwaj panowie znów znaleźli się w środku miasta, o zmroku.

Chemik bezwiednie wzruszył ramionami, zupełnie jakby sytuacja ta wydawała mu się czymś jak najbardziej naturalnym i przyzwoitym w swej istocie. Ileż to razy był już świadkiem podobnego rozdarcia giętkiego sznura czasu na splątane, ruchliwe nici... Mężczyzna mlasnął przeciągle, z niemałą aprobatą i rozejrzał się, łypiąc ciekawskim okiem w około. Wzrok szybko przyzwyczaił się do brzemiennej ciemności, leniwie zwisającej z upstrzonego gwiazdami nieboskłonu. Kompani spostrzegli, że znajdują się w przepysznej alejce, malowniczo rozpiętej w poprzek parku miejskiego, światłem latarni i baldachimem łysiejących koron drzewnych...

– Potrzebne nam ubranie – stwierdził z namysłem Chemik.
– Chyba zwariowałeś – Koniowąs zamaszyście potrząsnął rękoma, niczym żołnierz strzelający z karabinu maszynowego. – Skąd niby mamy je wytrzasnąć? Chyba nie utkać z powietrza?
– Lepiej zacznijmy tkać. Jeśli tego nie zrobimy, szybko wylądujemy na komisariacie, albo w szpitalu dla obłąkanych – Chemik rozłożył przepraszająco dłonie.
– A guzik! – Wzruszył ramionami Koniowąs. – To prześwietna okazja! Paradujemy w samym środku parku! Nadzy! Czy może istnieć coś lepszego dla rasowego, pełnokrwistego, prawdziwego do szpiku kości czipendejlsa?
– O tak, tak, tak, tak, tak! – zawołał natchniony przez kompana Chemik i pomknął w noc, przed siebie, rozkładając szeroko ramiona, niczym kołująca jaskółka.


 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2

Mały psikus!

Zachęcam do dalszego pisania.

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.