ZAPYTAJ RAJCHSFIRERA  zobacz opis świata »

Dopis 2:Wieża przypominała latarnię morską ,...

« poprzedni dopis
 

Love 83

Od: 14.02.2010,aktywny: dawno temu

Tekstów: 23,

Dopisów: 213,


Wieża przypominała latarnię morską, ulicą przejechała ciężarówka i woda z kałuży wystrzeliła w powietrze. Zostawiłem za sobą gąszcz zabudowań i wyszedłem na otwartą przestrzeń. Po chwili zanurzyłem się w przejściu podziemnym.
Nie jestem zbyt dobrze wychowany, ale odkąd sobie to uświadomiłem i przestałem się z tym kryć, jest mi znacznie lepiej. Może pora żebym się przedstawił, nazywam się Miroslav Jablonowski. Gdy popijałem na murku "Złotą rosę" miałem jakieś sześć lat. Dlaczego Miroslav a nie Mirosław? Bo tak mi się podoba. Dla przyjaciół Miro. Noszę czerwony kubraczek i gryzę jabłuszko, nikt mi nie podskoczy bo noszę półbuty które dostałem od ciotki z Adelajdy, to jest takie miasto w Australii. Chłopcy od pani Raus to moi kumple, ale nie ma ich teraz na górce, chyba pracują w polu. Babcia zaprowadziła rower do sieni. Ciocia Gita dopadła mnie na podwórku i podrzuciła do góry, uwielbiałem ją. Uśmiechnęła się do mnie pięknie, postawiła na ziemi i zniknęła w domu.
Zastanawiałem się gdzie może być Ernst. Chciałem zajrzeć do państwa Raus, ale nie wiedziałem co u nich się teraz dzieje, niektóre przypadki nauczyły mnie ostrożności. Któregoś dnia pan Raus postanowił przepędzić osy, które gnieździły się w ziemi przy drodze. Razem z synami, Erikiem i Rudim, wlali tam jakiś płyn. Prawdopodobnie była to benzyna ponieważ kiedy pan Raus przytknął zapałkę, z gniazda buchnęła smuga ognia. Już się malował na ich twarzach tryumf, kiedy pojedyncze osy, a potem całe stado dosłownie podniosło się z ziemi.
Przez szybę w oknie, w pokoju babci, obserwowałem jak oganiając się uciekają co sił. Następnego dnia ujrzałem ich znowu, popuchniętych ale szczęśliwych. Jakby w meczu o wielką stawkę osiągnęli remis.
Wreszcie zdobyłem się na odwagę, co nie było tak naprawdę zbyt trudne, do mego świata nie przenikały problemy dorosłych, a Zatoka Świń kojarzyła mi się z chlewikiem państwa Raus. Miałem dużo swobody, o wiele więcej niż moi koledzy którzy musieli pomagać w obejściu. W czasie żniw w ogóle nie mieli czasu, dlatego starałem się im towarzyszyć kiedy zrzucali snopy w stodole, albo młócili zboże. Wieczorem łaziliśmy na bosaka po ścierniskach. Słońce stało wysoko, ale ja trzymałem się wizji świata płaskiej jak kartka papieru. Marzyłem o tym żeby kiedyś osiągnąć jej kres. Tak właśnie wyobrażałem sobie koniec świata, jako przepaść mgliście kojarzoną z linią horyzontu biegnącą na wschód.
Szedłem wzdłuż zabudowań, tuż obok płota aż zobaczyłem koński pysk. Stajnia była tak pomyślana że zanim się weszło na ich plac, trzeba było minąć okienko w którym zazwyczaj kołysał się koński łeb. Koń miał swój wybieg ogrodzony drewnianą palisadą i kiedy nie pracował tam się pasł. Ale teraz znowu parskał i do mnie mrugał, jak panienka z okienka.
 
Oceń dopis: |
 

Komentarze: 2

plus należy się bez dwóch zdań, komentarz, jak przetrawię :)

Wspomnienia...
To najpiękniejsze, co nam pozostało.
Moim jest blizna na stopie. Odcisnęła się, bo za dużo chodziłam latem w japonkach.

Aby móc dodać komentarz musisz być zalogowany.