"Wrzesień był znośny.
Październik, owszem. Listopad...
Tydzień wystarczył, by kształty spłynęły do stóp.
Pociąg przemieszcza się z Gdańska do Tczewa
Na przemian domy, na przemian drzewa
Po łukach wślizgują się w noc" (Coma - "Osobowy")
Nie miało prawa cieszyć jej to, co widziała przez okno. Deszcz uderzał o szyby tak wściekle i pretensjonalnie, jak by w odwecie za to, że nie umyła ich na święta. Bo i po co? Święta były dla niej tylko kolejnym przymusowym spotkaniem z rodziną i bezsensownym "wszystkiego najlepszego". Problem w tym, że wszystko najlepsze albo nie istnieje, albo banici podpieprzyli i zakopali na Wyspach Kokosowych (są takie, pani mówiła na geografii).
Oglądała ludzi szczęśliwych tak, że zbierało jej się na wymioty. Mimo ulewnego deszczu dumnym krokiem defilowali z parasolami i z jakimiś durnymi sprawami: tu podpisz, zapłać, tam skseruj. No mówię, że pierdoły. Oni są szczęśliwi, bo stawiają stopy w szczęśliwą stronę miasta.
Nie miała dłużej ochoty patrzeć na nich choćby kątem oka. Dla niej szczęście było grzechem. Wyrzutem sumienia, czymś zakazanym. Tak ją wtedy postrzegałam.
Dniało na burzowo jeszcze ładnych parę godzin. Drzewa z trudem opierały się salwom wiatru, a konary z żalem żegnały gałęzie posyłane z wichrem gdziebądź. Tylko trawy zaspane nie łamały się, poddając się jedynie procesowi gwałtownego czesania.
Siedziała już tak drugą godzinę w obecności stolika, krzesła, firanki, popielniczki i paczki fajek. Marlboro czerwone. Doborowe towarzystwo! Paliła powoli, a dym pieścił jej podniebienie i nozdrza. Usta obdarzyły szczerym pocałunkiem filtr, a koniuszki palców głaskały niewypaloną jeszcze część papierosa. Jakaś rytualna świętość biła z procesu petowania.
Zdawała się kreślić jakieś wzory z popiołu. Bo czymże jest nasze życie, jak nie prochem, który Ktoś z góry układa według własnego upodobania?
Nie dopaliła do końca. Złamała fajkę wpół uderzając nią pod kątem prostym o Bogu ducha winną szklaną ścianę popielniczki. Leniwym krokiem doczłapała do kredensu. Wyjęła z szuflady foliowe zawiniątko. Na jej twarzy pojawił się nieznany dotąd obłędny uśmiech. Machinalnie powróciła do swoich przyokiennych towarzyszy. Cisnęła się na krzesło, które z bólem zaskrzypiało. Lekki grymas zagościł na jej twarzy, bynajmniej nie przez to, że uderzyła się łokciem o ścianę. Bolało ją mocno, ale w środku, nie na skórze. Nieważne. Za chwilę nic nie będzie czuła. Ułożyła na stoliku białą ścieżkę, jakby Drogę Mleczną.
„I nie potrafię przejść po Drodze Mlecznej. Nie potrafię…” (Republika – Obcy Astronom)
Rurka była długa. Wciągała powoli, w każdej chwili mogła się wycofać. Pyłek powoli wciskał się w nozdrza czułe jeszcze od nikotynowych pieszczot. Poczuła przyjemne ciepło przepływające do czaszki. Jak wiosenne ocieplenie po zbyt długiej zimie. Lód zalegający na jej sercu w końcu zaczął odtajać. Trwała w tej boskości ładnych parę chwil, aż osiągnęła apogeum tego cudownego rozpierdzielu.
Wcisnęła na stopy buty nie do pary. Jeden trampek był czerwony, drugi zielony. Skoro na dworze ulewa, to i tak będzie tęcza, więc kto by się przejmował kolorem butów. Przepasała kark płaszczem, chyba jesiennym i elegancko długim. Wyszła na ulicę. Nie szła w kierunku szczęśliwej strony miasta. Nie musiała. Szczęście odczuwała tutaj, na tym zadupiu, jak to trafnie zwykli określać gówniarze z papierosami i bez dowodów. Wszystko wokół było różowe i zielone. Ostrość widzenia lekko wytrąciła jej się z równowagi. Śmiała się w twarz ludziom z parasolami, którzy usiłowali schronić się przed łzami deszczu i bombami gradu. Szła tak jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów, powoli tracąc siły. Wiatr wiał coraz mocniej. Średnio co trzy kroki otrzymywała w pysk kałużowym pluskiem, którym biły samochody, a na dodatek cholernie kręciło jej się w głowie. Prawie na czworakach przemierzyła ulicę na czerwonym świetle. Kierowcy chyba nie byli zadowoleni, kilku z nich nawet ją okrzyczało, na co zareagowała pozdrowieniem palca, tego najdłuższego. Zresztą zrobiła na niej niemałe wrażenie ta symfonia klaksonów samochodowych przy dodatkowym akompaniamencie grzmotów burzowych. Czuła się jak gwiazda idąca przez pozbawiony wyrazu i ostrości tłum, a błyskawice, w jej mniemaniu, były błyskiem fleszy. Teraz to ona była w centrum.
W końcu opadła z sił. Nie rozpoznawała już większości kształtów. Widziała jedynie wysoki wieżowiec, który w rzeczywistości był kościołem. Na pierwszy rzut trzeźwego oka neogotyk, ale na pewno nie katolik. Chyba spadek po Prusach.
Weszła do środka, chcąc się ogrzać, choć w rzeczywistości nie czuła ani chłodu, ani lodowatych strug deszczu nurtem wypływających z rękawów. Nie czuła też żadnej fizyczności, poza intensywnym biciem serca. Dyszała coraz głośniej i częściej, zupełnie jak lokomotywa z dziecięcego wierszyka. Wtargnęła się pod schody prowadzące na chór, bo tam było trochę cienia. Kurz przyległ jej do płaszcza i najwidoczniej miał się dobrze. Rozejrzała się na boki. Kościół stał pusty. Czuła się błogo. Fakt, że oderwała się od ciała, sprawił, że poczuła się jeszcze bliżej Boga. Nie czuła żadnego bólu, bo pozbawiła się cielesnej powłoki, która na co dzień obcierała jej nadwrażliwą duszę i nakazywała kochać według wzoru. Ona miała dość miłości, o jakiej się mówi. Za wszelką cenę pragnęła stworzyć swój nowy algorytm miłości i kochać według własnego pojęcia.
Zdawało jej się, że widzi Boga w postaci ognia. Właściwe do końca nie widziała, czy to płomienie. Witraże na skutek interferencji, dyfrakcji, czy czegoś tam jeszcze, tworzyły na posadzce świątyni czerwonawy obraz. Jak wielką radość sprawił jej pobudzonej duszy ten widok. Uklękła, ale straciła równowagę i legła krzyżem. Starała się kleić jakieś modły, ale język nie tworzył żadnych słów. Zamilkła więc po prostu trwając w tej ekstazie.
Wyszła stamtąd po upływie jakiejś godziny, co mogę stwierdzić sugerując się jedynie tym, że słońce wspięło się kilka szczebli wyżej. Była nad wyraz szczęśliwa. Doskwierała jej jedynie gorączka głowy wprost proporcjonalna do chłodu pozostałych członków ciała. Chciała obniżyć temperaturę, która dała się we znaki, tworząc rumienie na skroniach, ale deszcz, jak na złość, zaniechał ataku . Szła w kierunku słońca. Stanęła na chwilę, by zlizać wzrokiem przepiękny widok tęczy, łapiąc przy okazji maksymalną dawkę powietrza o smaku likieru kawowego.
W końcu doszła do mostu, który był ciągiem linii kolejowej Poznań – Olsztyn – Skandawa. Spuściła głowę, aby obserwować Wisłę, która puszczała do niej błękitne uśmiechy na lekko wzburzonej resztkami wiatru tafli.
Nie pamiętam, kiedy znalazła się na barierce. Stała prosto. Wyciągnęła ręce tak, jak by chciała objąć cały ten świat. Naprawdę, wyglądała, jakby chciała ramionami ogarnąć wszystko żyjące stworzenie, przyciągnąć do piersi i dać mu nasłuchać się tętentowi szalejącego w ekstazie serca. O, jak bardzo pragnęła teraz pieszczoty, szaleństwa.
Nie słyszałam krzyku. Jedynym dźwiękiem, jaki zapamiętałam był głośny gwizd i plusk, jaki po nim nastąpił. Pamiętam jeszcze bicie dzwonu, który krzyczał z wieży tamtego kościoła, jakby chciał zawołać: Wróć! Znów zerwał się wiatr. Echo dzwonu odbijało się od drzew, które zaś posyłały swe gałęzie z wichrem gdziebądź. Tylko trawy zaspane nie łamały się, poddając się jedynie procesowi gwałtownego czesania.
Październik, owszem. Listopad...
Tydzień wystarczył, by kształty spłynęły do stóp.
Pociąg przemieszcza się z Gdańska do Tczewa
Na przemian domy, na przemian drzewa
Po łukach wślizgują się w noc" (Coma - "Osobowy")
Nie miało prawa cieszyć jej to, co widziała przez okno. Deszcz uderzał o szyby tak wściekle i pretensjonalnie, jak by w odwecie za to, że nie umyła ich na święta. Bo i po co? Święta były dla niej tylko kolejnym przymusowym spotkaniem z rodziną i bezsensownym "wszystkiego najlepszego". Problem w tym, że wszystko najlepsze albo nie istnieje, albo banici podpieprzyli i zakopali na Wyspach Kokosowych (są takie, pani mówiła na geografii).
Oglądała ludzi szczęśliwych tak, że zbierało jej się na wymioty. Mimo ulewnego deszczu dumnym krokiem defilowali z parasolami i z jakimiś durnymi sprawami: tu podpisz, zapłać, tam skseruj. No mówię, że pierdoły. Oni są szczęśliwi, bo stawiają stopy w szczęśliwą stronę miasta.
Nie miała dłużej ochoty patrzeć na nich choćby kątem oka. Dla niej szczęście było grzechem. Wyrzutem sumienia, czymś zakazanym. Tak ją wtedy postrzegałam.
Dniało na burzowo jeszcze ładnych parę godzin. Drzewa z trudem opierały się salwom wiatru, a konary z żalem żegnały gałęzie posyłane z wichrem gdziebądź. Tylko trawy zaspane nie łamały się, poddając się jedynie procesowi gwałtownego czesania.
Siedziała już tak drugą godzinę w obecności stolika, krzesła, firanki, popielniczki i paczki fajek. Marlboro czerwone. Doborowe towarzystwo! Paliła powoli, a dym pieścił jej podniebienie i nozdrza. Usta obdarzyły szczerym pocałunkiem filtr, a koniuszki palców głaskały niewypaloną jeszcze część papierosa. Jakaś rytualna świętość biła z procesu petowania.
Zdawała się kreślić jakieś wzory z popiołu. Bo czymże jest nasze życie, jak nie prochem, który Ktoś z góry układa według własnego upodobania?
Nie dopaliła do końca. Złamała fajkę wpół uderzając nią pod kątem prostym o Bogu ducha winną szklaną ścianę popielniczki. Leniwym krokiem doczłapała do kredensu. Wyjęła z szuflady foliowe zawiniątko. Na jej twarzy pojawił się nieznany dotąd obłędny uśmiech. Machinalnie powróciła do swoich przyokiennych towarzyszy. Cisnęła się na krzesło, które z bólem zaskrzypiało. Lekki grymas zagościł na jej twarzy, bynajmniej nie przez to, że uderzyła się łokciem o ścianę. Bolało ją mocno, ale w środku, nie na skórze. Nieważne. Za chwilę nic nie będzie czuła. Ułożyła na stoliku białą ścieżkę, jakby Drogę Mleczną.
„I nie potrafię przejść po Drodze Mlecznej. Nie potrafię…” (Republika – Obcy Astronom)
Rurka była długa. Wciągała powoli, w każdej chwili mogła się wycofać. Pyłek powoli wciskał się w nozdrza czułe jeszcze od nikotynowych pieszczot. Poczuła przyjemne ciepło przepływające do czaszki. Jak wiosenne ocieplenie po zbyt długiej zimie. Lód zalegający na jej sercu w końcu zaczął odtajać. Trwała w tej boskości ładnych parę chwil, aż osiągnęła apogeum tego cudownego rozpierdzielu.
Wcisnęła na stopy buty nie do pary. Jeden trampek był czerwony, drugi zielony. Skoro na dworze ulewa, to i tak będzie tęcza, więc kto by się przejmował kolorem butów. Przepasała kark płaszczem, chyba jesiennym i elegancko długim. Wyszła na ulicę. Nie szła w kierunku szczęśliwej strony miasta. Nie musiała. Szczęście odczuwała tutaj, na tym zadupiu, jak to trafnie zwykli określać gówniarze z papierosami i bez dowodów. Wszystko wokół było różowe i zielone. Ostrość widzenia lekko wytrąciła jej się z równowagi. Śmiała się w twarz ludziom z parasolami, którzy usiłowali schronić się przed łzami deszczu i bombami gradu. Szła tak jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów, powoli tracąc siły. Wiatr wiał coraz mocniej. Średnio co trzy kroki otrzymywała w pysk kałużowym pluskiem, którym biły samochody, a na dodatek cholernie kręciło jej się w głowie. Prawie na czworakach przemierzyła ulicę na czerwonym świetle. Kierowcy chyba nie byli zadowoleni, kilku z nich nawet ją okrzyczało, na co zareagowała pozdrowieniem palca, tego najdłuższego. Zresztą zrobiła na niej niemałe wrażenie ta symfonia klaksonów samochodowych przy dodatkowym akompaniamencie grzmotów burzowych. Czuła się jak gwiazda idąca przez pozbawiony wyrazu i ostrości tłum, a błyskawice, w jej mniemaniu, były błyskiem fleszy. Teraz to ona była w centrum.
W końcu opadła z sił. Nie rozpoznawała już większości kształtów. Widziała jedynie wysoki wieżowiec, który w rzeczywistości był kościołem. Na pierwszy rzut trzeźwego oka neogotyk, ale na pewno nie katolik. Chyba spadek po Prusach.
Weszła do środka, chcąc się ogrzać, choć w rzeczywistości nie czuła ani chłodu, ani lodowatych strug deszczu nurtem wypływających z rękawów. Nie czuła też żadnej fizyczności, poza intensywnym biciem serca. Dyszała coraz głośniej i częściej, zupełnie jak lokomotywa z dziecięcego wierszyka. Wtargnęła się pod schody prowadzące na chór, bo tam było trochę cienia. Kurz przyległ jej do płaszcza i najwidoczniej miał się dobrze. Rozejrzała się na boki. Kościół stał pusty. Czuła się błogo. Fakt, że oderwała się od ciała, sprawił, że poczuła się jeszcze bliżej Boga. Nie czuła żadnego bólu, bo pozbawiła się cielesnej powłoki, która na co dzień obcierała jej nadwrażliwą duszę i nakazywała kochać według wzoru. Ona miała dość miłości, o jakiej się mówi. Za wszelką cenę pragnęła stworzyć swój nowy algorytm miłości i kochać według własnego pojęcia.
Zdawało jej się, że widzi Boga w postaci ognia. Właściwe do końca nie widziała, czy to płomienie. Witraże na skutek interferencji, dyfrakcji, czy czegoś tam jeszcze, tworzyły na posadzce świątyni czerwonawy obraz. Jak wielką radość sprawił jej pobudzonej duszy ten widok. Uklękła, ale straciła równowagę i legła krzyżem. Starała się kleić jakieś modły, ale język nie tworzył żadnych słów. Zamilkła więc po prostu trwając w tej ekstazie.
Wyszła stamtąd po upływie jakiejś godziny, co mogę stwierdzić sugerując się jedynie tym, że słońce wspięło się kilka szczebli wyżej. Była nad wyraz szczęśliwa. Doskwierała jej jedynie gorączka głowy wprost proporcjonalna do chłodu pozostałych członków ciała. Chciała obniżyć temperaturę, która dała się we znaki, tworząc rumienie na skroniach, ale deszcz, jak na złość, zaniechał ataku . Szła w kierunku słońca. Stanęła na chwilę, by zlizać wzrokiem przepiękny widok tęczy, łapiąc przy okazji maksymalną dawkę powietrza o smaku likieru kawowego.
W końcu doszła do mostu, który był ciągiem linii kolejowej Poznań – Olsztyn – Skandawa. Spuściła głowę, aby obserwować Wisłę, która puszczała do niej błękitne uśmiechy na lekko wzburzonej resztkami wiatru tafli.
Nie pamiętam, kiedy znalazła się na barierce. Stała prosto. Wyciągnęła ręce tak, jak by chciała objąć cały ten świat. Naprawdę, wyglądała, jakby chciała ramionami ogarnąć wszystko żyjące stworzenie, przyciągnąć do piersi i dać mu nasłuchać się tętentowi szalejącego w ekstazie serca. O, jak bardzo pragnęła teraz pieszczoty, szaleństwa.
Nie słyszałam krzyku. Jedynym dźwiękiem, jaki zapamiętałam był głośny gwizd i plusk, jaki po nim nastąpił. Pamiętam jeszcze bicie dzwonu, który krzyczał z wieży tamtego kościoła, jakby chciał zawołać: Wróć! Znów zerwał się wiatr. Echo dzwonu odbijało się od drzew, które zaś posyłały swe gałęzie z wichrem gdziebądź. Tylko trawy zaspane nie łamały się, poddając się jedynie procesowi gwałtownego czesania.


