Wszędzie wokół trwała bitwa. Walka żołnierzy z istotami. Przeważali wśród nich ludzie, ale rzucało się w oczy, że nie tylko. Były wśród nich istoty, które nie mogły być ludźmi. Chłopak patrzył na toczącą się bitwę z szeroko otwartymi oczami. Obrońcy, mimo liczebnej przewagi, przegrywali. Napastnicy atakowali tak zawzięcie, z takim zapałem, z taką wiarą w sukces, że żołnierze króla cofali się w obronie. Na miejsce każdej zabitej przez obrońców istoty pojawiała się natychmiast kolejna, nie dając nawet chwili na oddech. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy na blankach pojawił się król. Żołnierze, widząc swego władcę, rzucili się na nowo do walki, jakby sam widok króla dodawał im sił. Remi patrzył na to, nic nie rozumiejąc. Po co to wszystko? Po co ta cała przemoc, to zniszczone życie? Dlaczego tyle śmierci wokół?
Stał, gdy prosto przed jego stopami, upadł jeden z napastników, z oszczepem w dłoni oraz bełtem, sterczącym z piersi. Podczas upadku z głowy zsunął się kaptur, ukazując twarz młodej istoty, bardzo podobnej do człowieka, z wyjątkiem oczu - oczu całkowicie zielonych, i tak głębokich, że mimo niknącego w dali ciepła życia, można było w nich utonąć. Chłopak patrzył w te oczy. Patrzył do samego końca. Do momentu, gdy ostania iskierka życia przepadła. A nawet chwilę dłużej.
Następnie, wcale nie myśląc o tym, co robi, wyciągnął z martwej dłoni oszczep i rzucił w stronę króla z całej siły. Tym gestem chciał wyrazić swoją złość. Nie spodziewał się, że broń dotrze do celu. Dotarła. Wbiła się w klatkę piersiową władcy krainy, tuż poniżej serca. Król, zdziwionym wzrokiem, spojrzał na wystającą mu z piersi broń, po czym osunął się na ziemię bez życia.


